Mila dla PN: Dlaczego nie dogadałem się ze Śląskiem? To pytanie nie do mnie!
Sebastian Mila po zwycięstwie nad Legią nie świętował udanego zakończenia rundy jesiennej. W sobotę już z samego rana ruszył autem w kierunku Wiednia. Chciał pooddychać alpejskim powietrzem, poczuć atmosferę światowej stolicy walca, a przy okazji rzucić pańskim okiem na nieruchomość, którą ma w Austrii od czasu występów w tamtejszej Bundeslidze. Rozmowę z „PN” kapitan mistrzów Polski odbył już w trakcie tej podróży.
Gratulacje za zwycięstwo w meczu z Legią. Mecz, jak na polskie standardy, był bardzo dobry, a wygrana Śląska zasłużona. Dziękuję, też uważam, że obie drużyny zasłużyły na ciepłe słowa. A szczególnie oczywiście zwycięzcy – mówi Mila. – Poziom spotkania rzeczywiście był niezły, ale to my kontrolowaliśmy wydarzenia na boisku. Fajnie stało się dla Śląska, że zniwelowaliśmy stratę do siedmiu punktów, ale i dla całej ligi, która dzięki piątkowemu wynikowi będzie wiosną ciekawsza.
Naprawdę pan tak uważa? Czy tylko chce poprawić humory kibicom Śląska? Skoro ubiegłą jesień zakończyliśmy z przewagą pięciu punktów, a wiosną Legia bardzo szybko odrobiła stratę i losy tytułu rozstrzygały się na finiszu, to dlaczego siedem oczek miałoby okazać się nie do zniwelowania? To w końcu tylko dwa punkty więcej.
Gdybym dziś zapytał, kto zostanie mistrzem Polski… …to odpowiedź brzmiałaby: Śląsk Wrocław! Chyba w piątkowym meczu przekonaliśmy nawet najbardziej niechętnych nam krytyków, że nie zapomnieliśmy, jak gra się w piłkę na wysokim poziomie.
Żałujecie trochę, że runda jesienna już się zakończyła? No pewnie! Przecież właściwie dopiero w ostatnich tygodniach pokazaliśmy faktyczną wartość Śląska. Po meczach z Lechem i Legią moglibyśmy płynąć dalej na tej wysokiej fali, osiągnęliśmy taką formę, że moglibyśmy spokojnie rozjechać każdego przeciwnika w Ekstraklasie.
Jakoś w poprzedzającym dwa wspomniane klasyki spotkaniu nie udało się Śląskowi dobić Jagiellonii? Umie pan wytłumaczyć, dlaczego? Dotąd nie pojmuję, jak to się stało. Prowadziliśmy wysoko, 3:0, wszystko wydawało się pod kontrolą w tym meczu. Potem nagle przyszło jednak siedem minut, które wstrząsnęło Śląskiem. To było głupie i niewybaczalne, ale potrafiliśmy znaleźć także pozytyw w zaistniałej sytuacji. Drużyna Śląska pokazała nerw. Niejeden zespół w takich okolicznościach załamałby się, a my pokazaliśmy sportową złość, którą wyładowaliśmy na Lechu i Legii. Udowodniliśmy, że mamy świetną paczkę, zgraną nie tylko na boisku, ale także w szatni.
O szatni Śląska porozmawiamy za chwilę. Wcześniej proszę powiedzieć, dlaczego tak późno nastąpiło przebudzenie? Dobre wyniki i bardzo wysoka forma na zakończenie rozgrywek to efekt pracy Stanislava Levy’ego. Trener potrzebował po prostu czasu, żeby wszystko poukładać i przystawić swój stempel. A tak naprawdę dopiero wiosną będzie to jego autorski projekt. Uważam zresztą, że pozytywnych skutków nowych metod i tak doczekaliśmy się nadspodziewanie szybko.
Treningi i w ogóle sposób prowadzenia drużyny rzeczywiście bardzo się zmieniły? Pytam, bo Śląsk jakoś nie ma szczęścia do szkoleniowców, którzy mogliby pochwalić się końskim zdrowiem. O Oreście Lenczyku mawiano, że zawsze kiedy trochę powiało, miał obawy, iż na boisku mógłby się przeziębić, i przenosił zajęcia do hali. I nawet latem często ćwiczyliście na parkiecie. Z kolei Levy zasłabł w trakcie meczu z Lechem. W Poznaniu rzeczywiście byliśmy świadkami niecodziennej sytuacji, której na pewno nikt się nie spodziewał, na czele z trenerem Levym, ale obu trenerów w ogóle nie można porównywać. Od momentu zmiany na ławce ani razu nie trenowaliśmy w hali, tylko tak jak nakazują najlepsze piłkarskie podręczniki. Nasz szkoleniowiec to porządny człowiek, a przy okazji taki, któremu bardzo zależy na pracy, którą wykonuje. Przykłada się, więc w sumie niedziwne, że potem bardzo emocjonalnie reaguje na meczach. Ostatnio stresów nie brakowało, roboty też nie i wysiłek przypłacił zasłabnięciem. Dobrze więc, że teraz będzie mógł odpocząć, przede wszystkim psychicznie.
Kiedy na treningu Jagiellonii z nieświeżym oddechem i oznakami niewyspania pojawił się Kamil Grosicki, Tomasz Frankowski natychmiast użył swego autorytetu i skarcił młokosa. Pan, jako lider Śląska, zachował się inaczej w przypadku alkoholowego incydentu Patrika Mraza… …chwileczkę, a skąd pan to wie? A właśnie, że zareagowałem stanowczo i tak jak tego wymagała sytuacja. Nie mogłem jednak od razu zwrócić uwagi byłemu już koledze z zespołu, bo akurat wtedy nie trenowałem w tamtej grupie. W profesjonalnym futbolu nie ma miejsca na pracę pod wpływem, i zostało to Patrikowi przypomniane. Tyle że wcale nie zamierzałem wywlekać tego publicznie.
Skoro tak, to dlaczego wystąpił pan przeciw Łukaszowi Gikiewiczowi, który całą tę aferę z Mrazem w roli głównej ujawnił pracodawcom? Śląsk jest zespołem, w którym każdy może powiedzieć, co mu leży na wątrobie. I poruszyć nawet najbardziej niewygodny i przykry temat. Niepisana zasada jest jednak taka, że wszystko, co dzieje się w szatni i w zespole, zostaje w szatni. A kto wchodzi do drużyny, której jestem kapitanem, musi zaakceptować ten najważniejszy punkt regulaminu.
A jeśli ktoś nie akceptuje, ten wylatuje poza nawias na zawsze? Trzyma pan szatnię, jak to się kolokwialnie mówi, za mordę? Kto nie akceptuje, ten po prostu nie akceptuje. Tylko że wówczas sam nie jest akceptowany. Bo w szatni zasady są najważniejsze. Tyle w tym temacie.
Można z tego wnioskować, że czas Gikiewicza w Śląsku dobiegł końca? Jeśli ktoś na pana donosi w pracy, w redakcji, to pan go nie zwolni. To może zrobić tylko właściciel gazety, który zatrudniał takiego delikwenta. Na pewno jednak chętnie pan na takiego współpracownika patrzeć nie będzie, a i atmosfera bardzo się zagęści. I wszyscy będą się męczyć. Powtórzę jednak: zwolnienie może wręczyć tylko ten, kto przyjmował.
A jeśli Gikiewicz przyszedłby do szatni i powiedział: panowie, zachowałem się jak leszcz, jest mi głupio, dajcie mi jeszcze jedną szansę? Każdy ma prawo do błędu, ja też, więc także i do rehabilitacji. Jeśli Giki przemyślałby całą sytuację i doszedł do wniosku, że się zagalopował, oraz przeprosił za złamanie zasad, na pewno od szatni dostałby nową szansę.
Miał pan sygnał, że Giki, jak pan mawia, zamierza się pokajać? Nie nasłuchiwałem i nie zastanawiałem się nad tym. To na dziś nie mój problem.
Uważa pan, że napis na koszulce Omara Diaza z podziękowaniami dla Mraza po wybuchu afery był mądrym pomysłem? Był sympatycznym gestem z naszej strony w kierunku Patrika, źle zinterpretowanym przez media. Chcieliśmy po prostu podziękować koledze za wspólną grę, w końcu razem sięgaliśmy po tytuł mistrza Polski.
Gikiewicz też był częścią tej drużyny. To oznacza, że gdyby odszedł zimą, w pierwszej wiosennej kolejce, jego też specjalnie pożegnacie? Dla Gikiego w takiej sytuacji nie byłoby podziękowań. Odejście z klubu po rundzie to coś innego, normalnego. W tym wypadku okoliczności były nadzwyczajne, więc i nasza reakcja trochę niestandardowa.
Pańska samokrytyka, nazwanie siebie piłkarskim debilem, też była niestandardowa. Nie za mocna? Cóż, takie klopsy, jaki przytrafił mi się w meczu z Wisłą, zwyczajnie mi nie przystoją. Wysoko zawiesiłem poprzeczkę, jeśli idzie o wymagania wobec siebie, dlatego musiałem się jakoś ukarać. Byłem wtedy wściekły, dziś na spokojnie przyznaję, że dobór słów nie był najbardziej fortunny. Na pewno jednak zasłużyłem na burę od siebie, i gdyby sytuacja jeszcze raz się powtórzyła, znów bym jej sobie udzielił.
Ojciec albo życiowa partnerka zwrócili panu uwagę na niestosowność użytego epitetu? Rodzina nie komentowała tamtej wypowiedzi, nikt już nie chciał dokładać do pieca. Bo wiedzą, że na meczu skacze mi adrenalina.
Dlaczego nie dogadał się pan w sprawie nowego kontraktu ze Śląskiem? To pytanie nie do mnie. Mogę tylko powiedzieć, że jest mi z tego powodu smutno.
Liczy pan jeszcze na przełom w negocjacjach? Ostatni raz rozmawialiśmy z prezesem na temat nowej umowy pewnie miesiąc temu, a skoro od tamtej pory nie było już kontaktu w tej sprawie, to nie wiem, czy powinienem. Dawałem zresztą w lipcu czytelne sygnały, że chciałbym poznać zdanie Śląska do października, bo chciałem z wyprzedzeniem podjąć ważne życiowe decyzje. Córka po wakacjach pójdzie do przedszkola, więc chciałem w pierwszej kolejności rozwiązać tę kwestię. Niestety, nie miałem możliwości.
Jak to się przełoży na pańskie zachowanie w styczniu, kiedy będzie mógł pan już podjąć negocjacje z innymi klubami? Do końca roku Śląsk miał pierwszeństwo, w styczniu zaczną obowiązywać komercyjne zasady. Będę patrzył na wszystkie aspekty propozycji i wybiorę najkorzystniejszą. Nikt we Wrocławiu nie ma prawa narzekać na moją lojalność. Naprawdę od początku do końca gram fair.
A może okazał się pan za drogi dla Śląska? To „Piłka Nożna” napisała, że zażądałem 100 tysięcy złotych pensji. Nie wiem, skąd mieliście tę informację, skoro nawet prezes Śląska temu zaprzeczył. I stwierdził, że moje oczekiwania są racjonalne.
Proszę pamiętać, że w klubie pracuje nie tylko prezes. Mam rozumieć, że nie zażądał pan podwyżki? Zażądałem, ale to przy przedłużeniu kontraktu jest przecież normalne. Wiem, ile dał mi Śląsk, ale mam też świadomość, ile ja zrobiłem dla klubu.
O ile? O 10 procent? A może o 25 procent? Skoro macie swoje źródła klubowe, to sobie sprawdzicie. Ja o tajemnicach handlowych dyskutować nie będę.
Pomówmy zatem o zaległościach płacowych w Śląsku. Nadal są duże? W 2012 roku nie dostaliśmy żadnej premii, klub zalega nam z wypłatami z tego tytułu równe 12 miesięcy. Nikt jednak nie nachodzi prezesa, zaakceptowaliśmy ten poślizg. Trzeba bowiem oddać władzom Śląska, że pensje są płacone na bieżąco, bez najmniejszych opóźnień. Niczego nie brakowało również w pracy, mieliśmy stworzone komfortowe, w pełni profesjonalne warunki do treningów.
Jedzie pan do Austrii, tymczasem kadra złożona z ligowców wybierze się do Turcji. Nie jest pan zaskoczony brakiem zaproszenia od Waldemara Fornalika? Każdy piłkarz powie, że był wystarczająco dobry, aby zasłużyć na powołanie. W ocenie selekcjonera najwyraźniej jednak nie wypadłem zadowalająco. Zawsze podkreślałem, że dla mnie możliwość reprezentowania kilkudziesięciomilionowego kraju jest ogromnym zaszczytem. Nie będę zatem ukrywał, że po ogłoszeniu kadry poczułem niedosyt. Cóż, wiosną postaram się wrzucić wyższy bieg i przekonać do siebie selekcjonera Waldemara Fornalika. Sam się przecież nie powołam…
Rozmawiał Adam GODLEWSKI fot. Łukasz Skwiot
Artykuł opublikowany także w najnowszym tygodniku Piłka Nożna
Po tym, jak negocjacje między Zagłębiem Lubin a Rakowem Częstochowa ws. wykupu Leonardo Rochy zakończyły się fiaskiem, „Miedziowi” ruszyli na poszukiwania nowego snajpera. Padło na dwukrotnego reprezentanta Węgier.
Michał Synoś znajdował się w kręgu zainteresowań polskich oraz zagranicznych klubów. 18-letni stoper podjął już decyzję, gdzie będzie występował od sezonu 2026-27.