Mila dla PN: Ten cały Profesjonalizm mógłby od Lewego sporo się nauczyć
Sebastian Mila nie był w tak doskonałym nastroju jak tej jesieni od wielu miesięcy. To nieprawda, że nie zrobił kariery, a już totalną głupotą byłoby sugerowanie, iż wyłącznie tracił czas w ostatnich latach. Trzy razy w czterech poprzednich sezonach stawał na podium mistrzostw Polski, a raz zgarnął w tym czasie tytuł. Był też uznawany przez Tygodnik „Piłka Nożna” za ligowca roku, co oznacza, iż osiągnął w futbolu więcej, niż niż znakomitej większości zawodników grających w T-ME w ogóle mogłoby się zamarzyć. Czy jednak skala talentu nie predestynowała Seby do gry na takim poziomie jak w kwalifikacyjnym spotkaniu z Niemcami już od 10 lat? O tym można dyskutować. Zatem – podyskutujmy.
Sebastian Mila przyznaje, że znalazł się na wyjątkowym etapie kariery
Rozmawiał Adam Godlewski
Jest pan właśnie w
trakcie najpiękniejszego momentu w karierze?
– Najpiękniejszego to
mało powiedziane! Fantastycznie jest mieć taki czas, czuję się jak małe
dziecko, które dostało ulubiony cukierek, ale wcale się tego nie spodziewało.
Jestem w euforii – mówi „PN” Sebastian Mila (na zdjęciu). – Dojście do tej
chwili nie było łatwe, swój wkład pracy miało wiele osób, ale powiem nie tylko
za siebie: było warto!
Spodziewał się pan,
że w ogóle może odbudować się jeszcze do takiego poziomu?
– A jaki to pańskim
zdaniem poziom?
Najpopularniejszego
zawodnika w kraju.
– Czy jestem
najpopularniejszy, to nie mam pojęcia, ale rzeczywiście wróciłem do poważnej
gry i spotkałem się z wieloma pozytywnymi opiniami. I to w sytuacji, kiedy
niektórzy przymykali już na mnie oko, a inni traktowali moją karierę niczym
zamknięty rozdział. Czułem się wtedy źle, nawet podle, bo ciężko pracowałem na
swoje nazwisko, tymczasem znalazłem się na ostrym wirażu. Miałem jednak
szczęście, ponieważ spotkałem na swojej drodze wielu fajnych ludzi, dzięki
którym wziąłem ten zakręt bezkolizyjnie. Dzięki nim napędziłem się tak bardzo,
i wciąż napędzam, że z wielkim optymizmem patrzę w przyszłość. Przekonałem się,
iż w piłce, tak samo jak w ogóle w życiu, czasami trzeba zrobić dwa kroki do
tyłu, aby potem postawić jeden, za to porządny do przodu. I ja właśnie go
stawiam!
Jak dużym optymistą
jest pan obecnie? Gdybym zapytał o spodziewany wynik w marcowym meczu
kwalifikacji Euro 2016 z Irlandią, na jaki konkretnie rezultat postawiłby pan w
Dublinie?
– Rozje…, to znaczy
rozjedziemy ich! Proszę mnie trzymać za słowo. Nie mam żadnych wątpliwości.
Mamy lepszych zawodników i lepszą drużynę. Wszystkie argumenty są po naszej
stronie.
I mówi to piłkarz,
który zimą, czyli na początku obecnego roku, miał być odsunięty – w celach
wychowawczych, aby dać mu do myślenia – od pierwszego zespołu Śląska. Tuż przed
obozem w Turcji. Słyszałem to z bardzo dobrego źródła.
– Do myślenia to daje
się w inny sposób. A jeśli nie zabiera się piłkarza na pierwszy zimowy obóz, to
znaczy, że nie chce się go w drużynie w ogóle. Przecież jeśli zawodnik nie
weźmie udziału w najważniejszym zgrupowaniu, to nie będzie przygotowany do
rundy rewanżowej. A jak będzie nieprzygotowany, to będzie niepotrzebny. Jeśli
tak rzeczywiście było, to nie mogło chodzić o względy wychowawcze. Do mnie taka
informacja jednak nie dotarła. Powiem więc tylko tyle: trener Stanislav Levy
nie był wobec mnie fair. I na tym zakończę wypowiedź na ten temat.
Chciał wyrzucić pana
ze Śląska?
– Ten wątek już
naprawdę wyczerpałem. Wolę o ludziach mówić pozytywnie. Czyli o takich, którzy
w moim życiu odegrali dobre role. Na innych szkoda czasu. Zresztą wyciąganie
brudów mnie nie interesuje.
Szanuję pana
nastawienie, ale trudno obejść wszystkie przykre tematy. Miał pan przecież
nadwagę. Na dodatek – znaczną.
– Przyznałem się do
tego. I nie chcę szukać łatwych usprawiedliwień. Zaniedbałem się, to moja wina,
którą biorę na klatę. Miałem kontuzje, które nie pomagały, ale jeszcze gorszy
był marazm, jaki zapanował w klubie. Sytuacja finansowa była zła, a perspektywy
na poprawę w pewnym momencie żadne. Zespół zaczął się rozsypywać, bo wiadomo
było, że ulegnie przebudowie. Wtedy zacząłem łapać niepotrzebne kilogramy. Nie
skontrolowałem tego, nie zareagowałem, i znalazłem się na wirażu, o którym
wspominałem.
Co panu dolegało?
– Najpierw miałem
kontuzję pięty, a potem kolana. Nie trenowałem tyle, ile wcześniej, i
przyplątały się te zbędne kilogramy. Ale żeby nie było – urazy to rzecz normalna
w piłce, więc nie będę się w ten sposób tłumaczył. Biorę to na siebie.
Może niepotrzebnie?
Przecież po trzech latach na podium w mistrzostwach Polski miał prawo przyjść
gorszy okres. Zdrowotnie i sportowo. A nawet rozprężenie.
– To był złoty okres
pod względem wyników. Taki, którym mogę się pochwalić i szczycić. Wszystko
układało się naprawdę bajkowo, ale potem, dość nagle, zaczęło wymykać się spod
kontroli. Zaczęło brakować mi świeżego bodźca, nie wypracowałem też mechanizmu
obronnego przed marazmem. No i stało się. Wszystko, do czego dochodziłem
wcześniej na boisku, musiałem ciężko wypracowywać. A w pewnym momencie nie
mogłem, nie byłem w stanie wejść w swój roboczy cykl. Skutki sporo, hm, ważyły.
Nie przesadza pan z
koniecznością ciężkiej pracy? Przecież od początku, od momentu, w którym
pojawił się pan w reprezentacjach juniorów i w lidze, mówiło się, że Mila jest
talenciakiem, jakich mało.
– Owszem, były
zagrania, które przychodziły mi łatwiej niż innym, ale jak spojrzę na kadrę
juniorów, z którą zdobywałem medale na mistrzostwach Europy, to pod względem
skali talentu byłem w środku stawki. Albo nawet w dolnych rejonach. Aby
doskoczyć do czołówki, musiałem więc pracować więcej niż ci najbardziej
utalentowani. Tylko w ten sposób mogłem zniwelować różnicę. Zresztą podobnie
było z moim tatą. Był solidnym zawodnikiem, ale do wszystkiego dochodził orką
na treningach. I, najwyraźniej, mnie przekazał to w genach.
A wie pan, że podczas
kadencji trenera Levy’ego pracownicy Śląska tropili po Wrocławiu grupę bankietową?
Może jej istnienie także nie najlepiej wpływało na formę zespołu i utrzymywanie
wagi przynajmniej przez niektórych zawodników?
– Nie wiem za bardzo, o
co chodzi, więc nawet nie potrafię odnieść się do pańskiego pytania. Złe
kwestie wyrzuciłem już z głowy i nie zamierzam wracać do tamtego okresu.
Umawialiśmy się zresztą, że będziemy rozmawiali tylko o realnych zdarzeniach, a
nie o wirtualnych przypuszczeniach. Proszę mnie również nie pytać o głośny
ostatnio w mediach temat zainteresowania moją osobą ze strony Lechii Gdańsk, bo
także nie zamierzam odnosić się do tego zagadnienia.
W ogóle? I już nigdy?
– Przynajmniej do końca
roku.
Ile miał pan nadwagi
w szczytowym momencie?
– Porównując do okresu,
w którym byłem w optymalnej formie, to pewnie nawet siedem kilogramów.
To już jednak
historia. Też zła, ale miniona. Proszę opowiedzieć, jak udało się pozbyć
zbędnego balastu?
– Zmieniłem żywienie,
pory posiłków, także jakość i częstotliwość treningów. Wiek mi już przyszedł
słuszny jak na piłkarza, a niedobre nawyki z młodości jednak pozostały.
Tymczasem metabolizmu już nie udawało się oszukać. Trzeba więc było zmienić
przyzwyczajenia. To była prawdziwa rewolucja w moim życiu!
Na czym polegała?
– Głównie na tym, że
moja narzeczona, Ula, przez cały dzień zaczęła siedzieć w garach. Pichciła mi
regularnie po sześć różnych posiłków. I pilnowała, żebym jadł nieduże porcje,
za to często i regularnie. W tamtym okresie, kiedy przychodziłem do domu, to
poza posiłkami tylko spałem i odpoczywałem. Odciąłem się nawet od mediów. Byłem
psychicznie zmęczonym wrakiem i nie miałem nic mądrego do powiedzenia. A głupot
nie chciałem gadać.
O której jadał pan
ostatni posiłek?
– Jak to jadałem, ja
nadal trzymam ten reżim! Przynajmniej dwie, trzy godziny przed snem. Później
już nie mogę, mam zabronione przez dietetyczkę. Trzymam się także
restrykcyjnego menu, które mi narzuciła.
To co pan teraz je?
– Szybciej mogę
wymienić, czego nie jem. Nie piję soków z kartonów. Jeśli już, to tylko świeżo
wyciśnięte z owoców. Nie dotykam niczego gazowanego. Z mojego jadłospisu
wypadły także słodycze, białe pieczywo, masło. Alkohol także pojawia się
bardzo, ale to bardzo sporadycznie.
A jeśli już, to jaki?
Nie brakuje już takich, co mówią, że Mila jest jak dobre wino, czyli im
starszy, tym lepszy. Więc…
– …piwo, jeśli już
miałbym wybierać. Ale ostatnio jakoś mi nie smakuje. Czas, kiedy było inaczej,
już dawno za mną.
Utrata apetytu na
browar zbiegła się w czasie z przykrą rozmową z Tadeuszem Pawłowskim, podczas
której trener odebrał panu opaskę? Jak pan wspomina tę dyskusję?
– Fatalnie, to być może
był w ogóle najtrudniejszy moment. Wróciłem do domu sfrustrowany i bardzo
rozczarowany swoją osobą. Miałem czarne myśli i złe przeczucie, że moja
przygoda ze Śląskiem właśnie dobiega końca. Byłem naprawdę zdołowany, bo całe
życie walczyłem o dobre nazwisko, i starałem się walczyć o wysokie cele. I nie
chciałem, żeby mnie zapamiętano z najgorszego okresu w klubie, który mógł
stanowić koniec. Ta myśl mnie zmotywowała, byłem zdeterminowany, aby powalczyć
o to, jakie wspomnienia pozostawię po sobie we Wrocławiu.
To była trudna
rozmowa także dla Pawłowskiego? Założę się, że nie pokochał pan trenera w
tamtym momencie.
– Jasne, że nie
pomyślałem wtedy, że to superfacet. Bo nikt na moim miejscu tak by tego nie
zinterpretował. Dopiero kiedy wróciłem do domu i wszystko przemyślałem na
chłodno, doszedłem do wniosku, że trener chce dla mnie dobrze. Był ze mną
szczery, grał w otwarte karty. Wyjaśnił mi wszystko jasno, prosto i
przejrzyście. To, czego ode mnie oczekuje. I natchnął mnie, że to rzeczywiście
dobry moment, być może zresztą ostatni, aby wrócić na właściwe tory.
Tak od razu przyszły
pozytywne wnioski i przemyślenia?
– Nie. Kiedy wyszedłem
z jego gabinetu, miałem wrażenie, że ktoś za mną idzie i wali mnie pałą po
łbie. Centralnie w tył głowy. Byłem bardzo smutny. Byłem oddany klubowi,
starałem się dbać o atmosferę w drużynie w bardzo trudnych chwilach, aż tu
nagle mój świat zupełnie się zawalił. Tak… Był moment, że nie tyle pomyślałem,
że nadszedł już mój koniec w Śląsku, ile byłem tego pewien. Dopiero kiedy
pogadałem szczerze z Ulą, to wówczas razem zadecydowaliśmy, że to nie będzie
jednak koniec, a nasz wrocławski świat się jeszcze nie skończy! Potem, choć
często wobec kolegów byłem wymagający i nie raz miałem dla nich szorstkie
słowo, również inni zawodnicy bardzo mnie wspierali. Wówczas już wiedziałem, że
wrócę na właściwe tory.
Kończył pan technikum
kolejowe?
– Nie. A co to w ogóle
za pytanie?
To czemu znów wrócił
pan na właściwe tory w naszej rozmowie?
– (ze śmiechem) Pewnie
dlatego, że po zdobyciu mistrzostwa prowadziłem we Wrocławiu tramwaj. Dobrze mi
się to kojarzy, więc chyba z tego powodu.
Z pańskich słów można
wywnioskować, że przezwyciężanie kryzysu – już po zdiagnozowaniu przyczyn –
przebiegło sprawnie i szybko.
– Tak jednak nie było.
Ani łatwo, ani szybko. Może w ekspresowym tempie zrzuciłem jedynie pięć
kilogramów, ale to zrodziło komplikacje. Przede wszystkim byłem strasznie
osłabiony. Pierwsze symptomy poprawy przyszły dopiero w rundzie finałowej ESA
37, kiedy walczyliśmy w grupie spadkowej. Potrafiłem już zagrać na wysokim
poziomie, ale po meczach byłem bardzo wyczerpany, a nawet – wycieńczony. Do
siebie wróciłem dopiero w letnim okresie przygotowawczym. W czerwcu wykonałem
sto procent planu z rozpiski, którą dostałem w klubie, i jeszcze dołożyłem od
siebie trochę zajęć ponad plan. Unormowałem wagę, byłem głodny gry. Osłabienie
ustąpiło, nie ciągnęło mnie też już do gazowanych napojów i słodyczy.
Zapanowałem nad takimi odruchami, zgubiłem gdzieś złe nawyki. Wtedy już
wiedziałem, że będzie dobrze. Ale dopiero wtedy!
A kiedy dowiedział
się pan, że dostanie powołanie od Adama Nawałki na mecz z Gibraltarem?
– Tego nie wiedziałem
do ostatniego momentu.
Nie wierzę.
– Tak było! Selekcjoner
dzwonił do mnie właściwie od początku swojej kadencji w reprezentacji. Nawet
wtedy, kiedy byłem gruby. Mimo nadwagi monitorował mnie, często przyjeżdżał na
mecze do Wrocławia albo wysyłał kogoś ze sztabu, ale ja myślałem, że robi to
wyłącznie z osobistej sympatii. Sądziłem, że zwyczajnie tak po ludzku mnie lubi.
I dlatego martwi się o mnie. Jakieś pół roku później, gdy sobie jak zwykle miło
rozmawialiśmy, powiedział ciekawe zdanie. Mianowicie, że nie będzie patrzył w
metrykę przy powołaniach. I nie zamierza odmładzać reprezentacji. Wtedy
pomyślałem, że fajnie, że tak na bieżąco znam strategię selekcjonera, bo
przynajmniej wiem, iż kadra będzie miała szansę na stabilizację składu. Nawet
jednak nie sądziłem, że to może mieć znaczenie również dla mnie. Albo przede
wszystkim dla mnie.
A kiedy to się
wydało?
– W ostatnim możliwym
momencie. Za każdym razem, kiedy kończyliśmy rozmowę przez telefon,
zapewniałem, że będę trzymał kciuki. Za Nawałkę i kadrę. Dlatego że szanowałem
trenera za to, co zrobił w lidze. No i również dlatego że chłopaki, których
znałem, a prowadził ich w klubach, też go szanowali. Przed meczem z Gibraltarem
dodałem tylko, iż życzę wszystkiego najlepszego w kwalifikacjach, a przede
wszystkim – udanego rozpoczęcia walki o finały Euro 2016. I dopiero wtedy
powiedział: – Właściwie to dzwonię głównie w tej sprawie. Jesteś mi potrzebny.
Myślałem, że spadnę z krzesła! Szok mieszał się z euforią, wyjątkowo długo
docierała do mnie wiadomość, że znów jestem powołany do reprezentacji.
Czym kadra Nawałki
różni się od tej, którą znał pan najlepiej? Czyli tej budowanej przez Pawła
Janasa na finały MŚ 2006?
– Trener Janas też
potrafił zbudować świetną atmosferę, ale miał do dyspozycji mniej
utalentowanych zawodników. Teraz są w drużynie piłkarze na światowym poziomie,
grający w megaklubach, których wtedy nie było. No i jest młodzież z ogromnym
potencjałem, która też wówczas nie atakowała taką falą. Ludzie tacy jak Karol
Linetty, Piotr Zieliński czy nawet Gajosik i Rafał Janicki, którzy byli na
ostatnim zgrupowaniu, szybko mogą przeskoczyć starszych kolegów. Bo przewyższają
ich skalą talentu.
Nie przesadza pan
trochę z tą pochwałą młodości?
– Nawet odrobinę nie.
To naprawdę zawodnicy, którzy już za chwilę mogą wieść prym w kadrze. Tym
bardziej że trener Nawałka buduje naprawdę dobre i zdrowe relacje wewnątrz
zespołu. Na dziś brakuje im jeszcze doświadczenia, ale za chwilę i to się
zmieni.
Tyle że to „dziadek”
Mila doskoczył momentalnie do grupy trzymającej władzę w reprezentacji, a nie
młokosi.
– W kadrze rzeczywiście
jest grupa ludzi, którzy dbają o szczegóły, detale i klimat, ale poza tym nie
ma żadnych podziałów. Jestem cząstką całej drużyny, a nie jakiegoś wybranego
fragmentu.
Przy stole siada pan
jednak z Robertem Lewandowskim, Grzegorzem Krychowiakiem czy Wojtkiem
Szczęsnym. W tym raczej nie ma przypadku.
– Ależ to właśnie
czysty przypadek. Zresztą to nieważne, kto z kim je. Ważne, jak grupa czuje się
ze sobą, jak się rozumie. A w tej kadrze wszystko jest naprawdę znakomicie
poukładane.
Zatem wchodząc na
boisko w meczu ze Szwajcarią, wiedział pan, że przejmie opaskę od Lewego?
– U trenera Nawałki nie
ma miejsca na spontaniczne akcje. Wszystko jest zaplanowane w detalach i chodzi
niczym w szwajcarskim zegarku. Wiedziałem, że dostanę opaskę, a wynikało to z
tego, że będę występował przed własną publicznością. Głębszej ideologii
naprawdę nie doszukiwałbym się przy tej okazji.
Ale już słychać, że
będzie problem, gdy do kadry wróci Kuba Błaszczykowski, komu dać opaskę: jemu
czy Robertowi Lewandowskiemu. To może pan by ją wziął, jako najstarszy wiekiem,
i byłoby po kłopocie?
– Pewnie, że mogę
wziąć! To znaczy… wziąć sobie taką opaskę na czoło, jaką zwykle zakłada Roger
Federer, potówkę, i nawet wybiec w niej na boisko. A tak zupełnie poważnie, to
trener Nawałka będzie wiedział najlepiej, jak rozegrać tę kwestię. Nie ma więc
sensu, abyśmy go dziś wyręczali. Najważniejsze zresztą jest to, żeby Kuba jak
najszybciej wrócił do kadry. Bo jest jej niezwykle potrzebny. To jest ważne,
tylko to się liczy. A cała reszta to wyłącznie dodatki.
Czuł się pan
bohaterem meczów z Niemcami, Szkocją i Gruzją? Albo któregoś ze spotkań w
szczególny sposób?
– Jaki tam ze mnie
bohater, nie przesadzajmy. Dla mnie bycie w tej grupie to zaszczyt. A możliwość
gry w obecnej reprezentacji to więcej niż spełnienie marzeń. Cieszę się każdą
minutą spędzoną w tej kadrze. Już jadąc na zgrupowanie, jestem podekscytowany.
A po meczach czasami nawet do tego stopnia bywam wzruszony, że mogę nie do
końca racjonalnie spoglądać na możliwości zespołu albo konkretne występy.
Wiedział pan
wcześniej, że będzie miał niezapomnianą rolę do odegrania w spotkaniu z
Niemcami?
– A skąd! Przecież ja
nawet nie miałem pojęcia, że w ogóle wejdę na boisko. To znaczy nie miałem
pewności, bo trener Nawałka z każdym rozmawiał indywidualnie i każdego
rezerwowego przekonywał, że w pewnym momencie może być bardzo potrzebny.
Dlatego bardziej niż zaskoczony wejściem na boisko, byłem zdeterminowany, aby
dowieźć prowadzenie do końcowego gwizdka. Słowo daję, gdyby ze mną w składzie
nie udało się wygrać, tylko mecz z Niemcami skończyłby się na przykład remisem
1:1, to następnego dnia zdałbym sprzęt i zakończył karierę.
Słyszę, że naprawdę
nieźle był pan odjechany. Czy w takich okolicznościach można było spokojnie
zastanowić się, w jaki sposób wygrać pojedynek z Manuelem Neuerem?
– Akurat w decydującej
akcji byłem bardzo przytomny, od początku do końca. Nie wiedziałem, czy Robert
zrobi zwód na lewą nogę i sam zechce skończyć akcję, czy poda do mnie. Kiedy
już jednak miałem piłkę, wiedziałem, że nie ma sensu strzelać na siłę. Pierwsza
myśl była taka, aby strzelać w krótki róg. Ale tam był jeszcze Neuer i istniała
możliwość, że zostawi nogę. Nawet przypadkowo. Więc spokojnie przymierzyłem po
długim. Na chłodno.
Taka akcja, z
założonym kanałem, i świetną wystawą do Kamila Grosickiego jak w meczu ze
Szkocją może śnić się po nocach?
– To także dodatek.
Nieważne, kto przeprowadza efektowne akcje i strzela gole. Liczy się tylko to,
że wygrywamy, zdobywamy punkty i prowadzimy w grupie.
W Gruzji bez pańskich
dodatków w postaci bramki, asysty i tak zwanej asysty drugiego stopnia nie
byłoby jednak zbyt dobrze.
– Bo to było bardzo
trudne spotkanie. Musieliśmy się naorać, żeby pokonać gospodarzy, którzy u
siebie zawsze grają twardo. I nigdy w eliminacjach nie przegrali tak wysoko jak
z nami. To się teraz liczy, a nie fakt, że dali nam się mocno we znaki w
pierwszej połowie. Nikt zresztą nie mówił, że w Tbilisi będzie łatwo.
A pan ma jakąś teorię
potwierdzającą regułę, wedle której kadra Nawałki gra katastrofalnie między 15
a 45 minutą, a wyższy bieg wrzuca dopiero po przerwie?
– Chwileczkę, tylko nie
katastrofalnie, dobrze?! Nie jesteśmy w tych momentach skuteczni, ale też
staramy się realizować taktykę. A czemu nie wychodzi tak, jak byśmy chcieli?
Jedyne rozsądne wytłumaczenie jest takie, że my wciąż za mało w siebie
wierzymy. A fakt, że gramy o punkty w eliminacjach, jeszcze trochę za mocno
wpływa na naszą psychikę. Może nie paraliżuje, ale powoduje, że nie gramy przez
90 minut równo. Zresztą co tu dużo gadać – to jest futbol. Nie wszystko da się
racjonalnie wytłumaczyć i nie na wszystko znaleźć zasadę. Gdyby to było takie
proste, to ktoś już dawno by to wymyślił i w piłce nie byłoby niespodzianek. A
przecież są. I to coraz więcej!
W przerwie w szatni
jest jakaś niesamowita atmosfera? Trener włącza wam suszarkę albo podłącza wszystkich
pod sprężarkę? Bo wychodzicie niczym odmienieni.
– Nie. Selekcjoner
Nawałka jest stonowany, bardzo spokojny i merytoryczny. Oczywiście motywuje,
ale przede wszystkim przekazuje uwagi. Konkretne i bardzo precyzyjne. Nie
wywiera dodatkowej presji, koncentruje się na analizie. Pewnie też dlatego
drużyna ufa mu bardzo mocno.
Czuje się pan po
minionej reprezentacyjnej jesieni piłkarzem spełnionym? Uważa pan własną
karierę za udaną?
– Nie. I pewnie już do
końca, dopóki będę kopał piłkę, nie doświadczę takiego uczucia. Ba, nie
uważałbym, że osiągnąłem wszystko, co było do osiągnięcia, nawet wówczas,
gdybym trafił do Barcelony. A przecież już nie trafię. OK, ktoś może
powiedzieć, i będzie miał rację, że mam ambicje większe niż umiejętności, bo ja
sobie z tego doskonale zdaję sprawę, ale fakt, że wciąż czuję niedosyt,
najmocniej mnie napędza. Zresztą nie oszukujmy się – sporo wygrałem w kraju, za
co dziękuję losowi, niebiosom i wszystkim, którzy mieli wpływ i przyczynili się
do tego, ale już do moich zagranicznych osiągnięć można się przyczepić. I
osobiście czepiam się siebie nawet często. Wiem, że oddawałem zawsze serce na
boisku, a w zamian dostawałem szacunek i zyskiwałem pozytywną energię, ale po
stronie plusów i zdobyczy mogło i powinno być więcej.
Czego zatem panu
najbardziej brakuje? I jakie cele chciałby jeszcze zrealizować?
– W pierwszej
kolejności marzy mi się występ w finałach Euro. To zresztą oczywiste. Chciałbym
też jeszcze przynajmniej raz zostać mistrzem Polski. Bo to też piękne uczucie.
Do francuskich
finałów mistrzostw Europy pozostało nieco ponad półtora roku. Będzie pan w
stanie wytrwać w obecnej dyspozycji kilkanaście kolejnych miesięcy?
– Szczerze? Proszę nie
patrzeć tak skrupulatnie w moją metrykę. Bo fakt, że miałem nieudane
zagraniczne epizody, ma również pozytywny wymiar. Paradoksalnie, jestem dwa
lata do przodu. Te sezony, które uważałem za bezpowrotnie stracone w Austrii i
Norwegii, teraz pracują na moją korzyść. Przecież nie zużywałem się wówczas,
licznik nie bił, więc na koniec pary powinno mi wystarczyć właśnie o te dwa
lata dłużej. Zresztą w ogóle liczę, że jeśli zdrowie dopisze, a prowadzę się
teraz niemal wzorowo, utrzymam poziom, na który wskoczyłem w tej rundzie, co
najmniej przez trzy, cztery sezony. Pewnie, nie za darmo, będę musiał o taką
formę stoczyć heroiczny bój z samym sobą. Mam jednak pewność, iż jestem na tę
wewnętrzną walkę przygotowany. Także dlatego, że ostatnio dostałem bardzo dobrą
lekcję profesjonalizmu.
Gdzie i od kogo?
– Oczywiście na
zgrupowaniu kadry. Kiedy po raz pierwszy wyszedłem na dziadka w kadrze,
wydawało mi się, że Lewy podejdzie do niego na luzie. Tymczasem on biegał i
walczył o piłkę na pełnych obrotach, z pełnym zaangażowaniem i serduchem. Co ja
zresztą mówię? Robert w tym dziadku orał! Naprawdę zasuwał niczym zbity pies.
Bardzo mnie tym zaskoczył, ale też wywołał stres. Wtedy złapałem się na tym, że
ja wcześniej nie widziałem drużyny, w której najlepsi zawodnicy tak bardzo, i
na takiej żyle, przykładali się do treningu. Pamiętam, że po zgrupowaniu przed
meczem z Gibraltarem wróciłem do klubu bardzo zmęczony pod względem
psychicznym. Dlatego że na każdych zajęciach musiałem nie tylko być w stu
procentach skoncentrowany, ale i dawać z siebie maksa, żeby nie odstawać od
reszty zespołu.
Naprawdę z
Lewandowskiego aż taki zawodowiec?
– Szczerze? Jestem
przekonany, że cały ten mityczny Profesjonalizm, którego nikt jeszcze nie
widział, mógłby uczyć się od Lewego podejścia do treningu i w ogóle do futbolu.
I sporo by się nauczył! Dlatego nie dziwię się, że na przykład Arek Milik jest
wpatrzony w Roberta jak w obrazek, i chciałby być taki jak on. Bo nie jest
osamotniony…
Wywiad można przeczytać również w najnowszym numerze Tygodnika „Piłka Nożna”
Jakub Błasczykowski po Gali Tygodnika „Piłka Nożna”. „Myślałem, że wygra Oskar Pietuszewski”
Jednym ze znakomitych gości Gali 2026 był Jakub Błaszczykowski, który do hotelu Hilton przybył wraz z małżonką Agatą. Piłkarz Roku 2010 i 2012 chętnie skomentował tegoroczne nagrody.
Co z Pietuszewskim w reprezentacji? Jan Urban zabiera głos!
Oskar Pietuszewski jest ostatnio na ustach wielu kibiców, chcących zobaczyć go w pierwszej reprezentacji. O młodym talencie FC Porto wypowiedział się selekcjoner Jan Urban.
Gala Tygodnika „Piłka Nożna”. Piłkarz Roku 2025 – Robert Lewandowski
Czy Robert Lewandowski jest najlepszym piłkarzem w historii Polski, pozostaje kwestią otwartą. W futbolu nie ma obiektywnej miary pozwalającej szacować klasę poszczególnych sportowców, każdy ma prawo do subiektywnego spojrzenia i własnego wyboru. Być może ktoś, kiedyś, przez krótki czas grał lepiej niż Lewy. Natomiast nie ma żadnych wątpliwości co do trzech kwestii:
Gala Tygodnika „Piłka Nożna”. Piłkarka Roku 2025 – Ewa Pajor
Po raz szósty w karierze i czwarty z rzędu Ewa Pajor została wybrana Piłkarką Roku w plebiscycie tygodnika „Piłka Nożna”. Po takich 12 miesiącach w jej wykonaniu po prostu nie mogło być inaczej.