Kibice Lechii Gdańsk głęboko odetchnęli po sobotnim zwycięstwie nad Widzewem. I trudno się dziwić, bo już wydawało się, że nad biało-zielonymi zawisła klątwa własnego stadionu, na którym dotąd zespół z Trójmiasta punktował znacznie słabiej niż na wyjazdach. Być może gdańszczanom posłużyła wymiana murawy, ale trudno analizę przyczyn kiepskich wyników u siebie ograniczyć wyłącznie do tego aspektu. Tym bardziej, że jest wielce prawdopodobne, iż podopieczni Bogusława Kaczmarka zwyczajnie nie radzili sobie z presją.
Konkretnie z presją finansową, ponieważ w regulaminie premiowania Lechii na obecny sezon zapisane jest, że za porażkę przed własną publicznością piłkarze biało-zielonych muszą… wpłacić do kasy klubu 100 tysięcy złotych! To spora kwota zważywszy, że za wyjazdową wygraną otrzymują do podziału 80 tysięcy. Zresztą na kontrakty zawodników, zwłaszcza świeżo zatrudnianych, gdański klub też nie szasta gotówką. Od lata pion szkoleniowy pilnuje, żeby nie było kominów płacowych. Nawet tak stary wyga, jak Grzegorz Rasiak decydując się na angaż w Trójmieście musiał zejść o połowę z wysokości zarobków, które pobierał poprzednio w Jagiellonii – do 25 tysięcy złotych. A na przykład Piotr Brożek musiał się zadowolić kontraktem jeszcze niższym, na poziomie 23 tysięcy miesięcznie.
Płacowy wyjątek trener Kaczmarek jest gotów zrobić dla jednego gracza, którego umiejętności wycenia na 300 tysięcy euro rocznie, zatem ponad 100 tysięcy złotych miesięcznie – Abdou Razacka Traore, któremu w grudniu wygasa obecny kontrakt. I właśnie na takim poziomie Lechia w ostatnich tygodniach negocjowała nowe warunki zatrudnienia dla gracza z Burkina Faso.
Po tym, jak negocjacje między Zagłębiem Lubin a Rakowem Częstochowa ws. wykupu Leonardo Rochy zakończyły się fiaskiem, „Miedziowi” ruszyli na poszukiwania nowego snajpera. Padło na dwukrotnego reprezentanta Węgier.
Michał Synoś znajdował się w kręgu zainteresowań polskich oraz zagranicznych klubów. 18-letni stoper podjął już decyzję, gdzie będzie występował od sezonu 2026-27.