W kioskach, salonach prasowych, a także za pośrednictwem naszej aplikacji na Androida i IOS czeka już na Was nowy numer tygodnika „Piłka Nożna”. Poniżej prezentujemy fragmenty tekstów i wywiadów, które możecie znaleźć w środku. To jednak nie wszystko, gdyż nr 38 jest po brzegi wypchany dobrą treścią. Sprawdźcie koniecznie!
GÓRNIK ZABRZE NA CZELE PKO BANK POLSKI EKSTRAKLASY. INSTRUKCJA BUDOWY WALCA
– W dziewięćdziesiątej minucie meczu z Legią zadzwonił z Niemiec Rainer Kuchta i drżącym ze wzruszenia głosem oznajmił, że już nie miał nadziei doczekać takiego meczu Górnika – mówi Dariusz Czernik, prezes KSG.
ZBIGNIEW MUCHA
Latem odeszło bodaj dziesięciu zawodników, nie wszyscy równi w hierarchii ważności, ale jednak – podkreśla prezes. – Zmieniliśmy system gry, trudno było prorokować, co z tego wyjdzie. Nie graliśmy żadnego sparingu latem, zresztą nie tylko my, sezon jawił się jako spora niewiadoma. Tymczasem mamy wyniki, ale także jakość, bo nie rozegraliśmy dotąd słabego meczu. Pierwsza połowa meczu z Legią to w ogóle był kosmos, mówiąc nieładnie: z grubej rury. Nazajutrz przez pięć godzin odkopywałem się z SMS-ów gratulacyjnych, dzwonili wspomniany Kuchta, Latocha, Gunia… Przekonywali, że to był Górnik jak za najlepszych czasów. Czuć było entuzjazm. Co dalej? Za długo jestem przy piłce, więc nawet nie rozmawiajmy o mistrzostwie.
Zmiana wajchy
Ale i tak o 15. gwiazdce mistrzowskiej wszyscy w Zabrzu marzą. Tyle że marzenia trzeba realizować, a nie o nich opowiadać. Po takim zwycięstwie jak na Łazienkowskiej, nawet jeśli Legia zagrała fatalnie, Górnik zdaje się nie mieć sufitu. Obok Lecha to dziś najlepiej, najefektowniej grający zespół w lidze. Obok Rakowa – chyba najmądrzej, bo prezentujący wyjątkowo uporządkowany futbol.
– Czy I połowa meczu z Legią to był najlepszy Górnik za mojej kadencji? Nie wiem, był dobry, to na pewno – nie ma wątpliwości trener Marcin Brosz. – Ale to wcale nie był łatwy mecz, akcje Legii mogły zrobić nam dużo przykrości, popełnialiśmy błędy. Cichym bohaterem był Martin Chudy, świetnie zagrała trójka obrońców, a także – zwłaszcza w defensywie – wahadłowi.
Kibicom Górnika natychmiast przypomniały się wielkie wiktorie nad rywalem z Warszawy – te z lat 70., i późniejsze, z następnej dekady.
– Ja też byłem od zawsze kibicem Górnika, ale nie porównujmy zespołów z kompletnie innych epok – mówi Czernik. – Ten z lat 80., który seryjnie wygrywał mistrzostwo Polski oczywiście pamiętam najlepiej. Także inaugurację sezonu w 1985 roku, kiedy wygraliśmy w Sosnowcu z Zagłębiem 6:0, a mogło być nawet 10:0. Cóż to była za ekipa, to byli dominatorzy, więc naprawdę nie sięgajmy zbyt daleko w korelacjach. Przypomnę tylko, że na mundial do Meksyku pojechało sześciu piłkarzy Górnika, a powinno nawet ośmiu, bo jeszcze Majka i Kostrzewa, lecz Antoni Piechniczek chyba nie chciał przesadzać w proporcjach, być może były też naciski, że za dużo tych zabrzan w kadrze…
Fakty jednak są takie, że Górnik wygrał cztery pierwsze spotkania w sezonie, a licząc z Pucharem Polski – nawet pięć. Jako małe potknięcie trzeba w tej sytuacji zaklasyfikować bezbramkowy remis z Wisłą Kraków. Pokonał beniaminków z Mielca, Bielska-Białej, pokonał Lechię, Legię i pucharowo – Jagiellonię. Zdobył najwięcej punktów, strzelił najwięcej – obok Rakowa – goli, stracił najmniej. Jego zawodnicy zaakcentowali swoją obecność w klasyfikacjach indywidualnych. Rozbłysła gwiazda Jesusa Jimeneza. Lepsze ligowe starty oczywiście Górnik notował, ale przed półwieczem. I to wszystko przy dość mocno ograniczonych możliwościach finansowych, w dodatku po lecie, w którym zespół opuściło wielu zawodników, w tym liderzy poszczególnych formacji – Paweł Bochniewicz, Erik Jirka, Igor Angulo…
(…)
***
SZKOLENIE ZA GRANICĄ OZNACZA KŁOPOTY W EKSTRAKLASIE? WYJECHAĆ NIEŁATWO, WRÓCIĆ TRUDNIEJ
Polski absolwent zagranicznej uczelni zwykle nie ma problemu ze znalezieniem dobrej pracy na rodzimym rynku. Z piłkarzami bywa gorzej: szlify zebrane w akademii zachodniego klubu wcale nie dają gwarancji powodzenia w Ekstraklasie.
KONRAD WITKOWSKI
(…)
UNIKNĄĆ ZACHŁYŚNIĘCIA
Występy w rozgrywkach juniorskich w kraju, przyjęcie zagranicznej oferty w bardzo młodym wieku, powrót do Polski na tarczy – to najpowszechniejszy schemat. Do Ekstraklasy prowadzą jednak także inne drogi. W lidze pomału rośnie liczba piłkarzy, którzy poza występami w juniorskich reprezentacjach, nigdy wcześniej nie mieli styczności z futbolem w polskim wydaniu. To gracze wyedukowani od A do Z w zagranicznych klubach. Jak Javier Hyjek, który od dziecka trenował w Atletico Madryt, a także Marcel Zylla, absolwent akademii Bayernu Monachium. Do Wisły – kolejny młody Polak „z odzysku” w kadrze płockiego klubu – dwa miesiące temu dołączył Paweł Żuk. Urodzony w Gdańsku, lecz wychowany w Anglii. Jako 14-latek przeszedł z Oldham Athletic do Evertonu za około pół miliona funtów. Niedługo później odbierał nagrodę dla najlepszego zawodnika U-15 w szkółce klubu z Liverpoolu. Żukowi wiodło się dobrze, aż nastąpił moment przejścia do dorosłej piłki. Szanse na miejsce w pierwszej drużynie The Toffees były iluzoryczne, zatem prawy obrońca bądź pomocnik postanowił wrócić do ojczyzny. Lechia była naturalnym wyborem, jednak przez rok nie zdołał przekonać trenera Piotra Stokowca. U Radosława Sobolewskiego 19-latek od początku sezonu ma znacznie wyższe notowania.
– Bardzo wiele zależy od charakteru i podejścia zawodnika. Jeżeli ktoś przyjeżdża do Polski zdeterminowany, nastawiony na rywalizację, z chęcią systematycznej pracy, a także z wiarą w swoje umiejętności, powinien sobie poradzić – twierdzi Tomaszewski. – Inna kwestia to otrzymanie szansy po powrocie. Nie każdy szkoleniowiec potrafi obdarzyć młodego zawodnika zaufaniem.
Specyficzny jest przykład Przemysława Bargiela. Jeszcze zanim jako 17-latek dał się skusić Milanowi, zdążył zadebiutować na poziomie Ekstraklasy w barwach Ruchu Chorzów. Rok temu pomocnik dołączył do Śląska Wrocław i od tamtej pory zdecydowanie częściej grywa w rezerwach niż w zespole numer jeden.
– Łatwo się zachłysnąć, kiedy zaprasza do siebie wielki klub z Anglii czy Włoch. Ani 12, ani 16 lat nie jest jednak odpowiednim momentem na zagraniczny wyjazd. To zbyt szybko – ocenia Tomaszewski. – Za dobry czas na transfer uważam 21-22 lata. Ruszać w świat powinno się z pewnym bagażem doświadczeń. Jeżeli ktoś nie zderzył się z realiami seniorskiej piłki w Polsce, jest mu zdecydowanie trudniej przebić się za granicą. Kilka sezonów rozegranych w rodzimej lidze bardzo pomaga odnaleźć się w mocniejszym otoczeniu.
***
FINANSOWE KŁOPOTY ANGIELSKIEGO FUTBOLU. STRACONE POKOLENIE?
To nie będzie kolejna wyliczanka, ile futbol na Wyspach straci przez pandemię – a traci sto milionów funtów miesięcznie – lecz warto wiedzieć, do czego może doprowadzić chaos w komunikacji między całym sportowym środowiskiem a stroną rządową Wielkiej Brytanii.
MICHAŁ ZACHODNY
Był to przyjemny wieczór dla ponad pięciuset widzów na Broadhurst Park w Manchesterze, którzy obejrzeli jedno ze spotkań rundy wstępnej Pucharu Anglii. Były i śpiewy, i oklaski po sześciu bramkach gospodarzy, FC United, czyli klubu stworzonego przez kibiców z Old Trafford, którzy poczuli się oszukani przez rodzinę Glazerów i rozczarowani rzeczywistością współczesnego futbolu. Dziś to oni mogą się cieszyć, bo na mecze ich drużyny można za drobną opłatą wejść i doświadczyć piłki nożnej na żywo. Tego samego wieczoru w Luton spotkanie rozgrywał przecież Manchester United w Pucharze Ligi i to starcie było dostępne wyłącznie w telewizji. Możliwe, że będzie tak do końca roku, a jeśli brytyjski rząd pozostanie bierny, niekonsekwentny i ślepy na problemy profesjonalnego futbolu, nawet dłużej.
To już nie jest nawet PR. Na Wyspach otwarte są puby, restauracje i galerie handlowe, choć 23 września Wielka Brytania pobiła rekord wyników pozytywnych koronawirusa (6208 zakażeń na COVID-19, poprzedni, o siedem przypadków niższy, przypadł na początek maja, tuż przed restartem rozgrywek ligowych), choć rząd stwierdził, że ograniczy otwarcie barów do godziny 22, bez wytłumaczenia, czy godzinę, czy dwie później ryzyko złapania choroby jest większe. Gdy ktoś z rozbawieniem zauważył, że kibice nie będą mogli obejrzeć ostatnich minut poniedziałkowego meczu Liverpoolu z Arsenalem – właśnie przez wcześniejsze zamknięcie pubów – Premier League przełożyła spotkanie o kwadrans. I na razie może robić tylko to, ograniczać się do kolejnych oświadczeń i wskazywać palcem na kolejne europejskie ligi, które pomimo drugiej fali zakażeń starają się do pewnego stopnia otwierać na fanów.
Nawet w Bundeslidze potrzebowali na to czasu, nawet jeszcze w pierwszy weekend sezonu nie wszędzie fani pojawili się na trybunach – w Monachium z ośmiu goli Bayernu przeciwko Schalke nie cieszył się w zasadzie nikt, bo średnia zakażeń na 100 tysięcy mieszkańców Bawarii przekroczyła 35 osób. Ale już prawie 50 tysięcy mogło cieszyć się z bramek w innych miastach, w tym w Dortmundzie. Przykładowo, w Berlinie na stadionie Unionu zasiadło ponad 4,5 tys. ludzi, ale prezydent klubu myśli już o zwiększeniu tej liczby. – Futbol i dystans społeczny, maski… To nie działa – powiedział w ARD i zaznaczył, że już w październiku z pomocą szybkich testów, które sfinansuje Union, chciałby dopuścić kibiców do zajęcia wszystkich 22 tysięcy miejsc. – To, co udało nam się zbudować w ostatnich latach zostało przekreślone w zaledwie kilka miesięcy – mówił o efektach pandemii, obawiając się przede wszystkim o odwagę kibiców w powrocie na stadiony.
(…)
***
ROZWÓD PO WŁOSKU. WYKIWANY
Juventus musiałby w sierpniu wygrać Ligę Mistrzów, żeby następnie zawrzeć małżeństwo z Arkadiuszem Milikiem. A że odpadł w 1/8 finału, to na oświadczynach się skończyło. Polak został uwiedziony, porzucony przez Starą Damę już przed samym ołtarzem i dlatego też upokorzony. Po czymś takim trudno zdecydować się na nowy związek.
TOMASZ LIPIŃSKI
Z pucharem w gablocie, która stoi pusta od 1996 roku, Juventus bez najmniejszych turbulencji wszedłby w nowy sezon. Nikomu przez myśl by nie przeszło, żeby odprawić Maurizio Sarriego. Andrea Pirlo pozostałby w cieniu i obrastał w doświadczenie przy drużynie do lat 23, w innych stronach zwanej rezerwami.
Jeden za drugiego, trzeci za drugiego
Przed swoim drugim sezonem w Turynie włoski odpowiednik Marcelo Bielsy rozsiadłby się wygodniej w fotelu, może poczuł bardziej u siebie i śmiało rozdawał karty. Jego głos co do kształtu drużyny musiałby zostać wysłuchany. A według dobrze poinformowanych źródeł upierał się przy trzech nowych zawodnikach. Numer 1 miał Jorginho, pod dwójką czekał Milik, trzeci w kolejności stał Emerson Palmieri. Prawdopodobnie trener był z nimi w kontakcie i po słowie, prawdopodobnie przekazał sprawy w kompetentne ręce dyrektora Fabio Paraticiego, który napisał wstępne scenariusze i uczynił pierwsze ustalenia. W mediach zaczęły pojawiać się wiarygodne przecieki.
Bo też w tej układance wszystko do siebie pasowało. Sarri doskonale znał każdego i miał przekonanie, że trafiają w największe potrzeby drużyny. Pierwszy włoski Brazylijczyk, który swego czasu w Napoli pociągał za wszystkie sznurki, podmieniłby odpornego na nauki trenera Miralema Pjanicia. Drugi włoski Brazylijczyk stanowiłby mocną konkurencję dla blednącego z roku na rok Alexa Sandro. Natomiast Polak z krwi i kości zastąpiłby Gonzalo Higuaina, któremu życie pod dyktando Cristiano Ronaldo nie było w smak. A to boiskowy egoizm CR7 kwitował nerwowym machaniem rękami, a to poza boiskiem kaprysił, domagając się swoich praw gwiazdy. To tylko mogło Portugalczykowi niepotrzebnie podnosić ciśnienie, a przecież jego komfort, także psychiczny, był najważniejszy. Milik posiadał wiele zalet Higuaina (gwarantował liczbę goli na podobnym poziomie) i pozbawiony jest większości jego wad. Z charakteru złoty chłopak, do każdego się dopasuje i nie będzie wychodził przed szereg.
Porażka z Lyonem całą tę precyzyjną rozpiskę obróciła w nic niewarte świstki. Sarri wyleciał z pracy, nastał Pirlo, który zmienił priorytety. Pojawiła się nowa układanka, w której poszczególne części szybko przestały do siebie pasować.
Nowy trener uznał, że do Ronaldo dobierze Edina Dżeko, oni stworzą idealną parę, i na Bośniaka kazał skierować celowniki. Roma na zakusy na swojego kapitana początkowo odpowiedziała groźnym pomrukiem, ale jej sztywne stanowisko dało się zmiękczyć, podsuwając apetycznego następcę. I do tej roli Milik nadawał się znakomicie. – Sprzedacie nam Dżeko, kupicie Milika, Napoli zarobi i wszyscy będziemy zadowoleni – jak Juventus zagrał, tak wszyscy mieli zatańczyć. Wyłamał się jeden.
(…)
WSZYSTKIE TEKSTY I WYWIADY MOŻNA ZNALEŹĆ W NOWYM NUMERZE (39/2020) TYGODNIKA „PIŁKA NOŻNA”
Co jeszcze można znaleźć w nowej „Piłce Nożnej”?
4. GÓRNIK ZABRZE – INSTRUKCJA BUDOWY WALCA
7. FELIETON RYSZARDA NIEMCA
8. 90 MINUT Z FATOSEM BEQIRAJEM
10. JAK TO SIĘ ROBI W LUBINIE?
12. PROBLEMY MŁODZIEŻY WRACAJĄCEJ Z ZAGRANICZNYCH AKADEMII
14. 20-LECIE POLSATU SPORT
15. ROMAN KOŁTOŃ W „PN”
16. DOGRYWKA Z KRZYSZTOFEM BREDE
18. JESIENNA REWOLUCJA W LEGII
20. POLSKIE KLUBY W EUROPEJSKICH PUCHARACH
22. RODZINA ROGALSKICH RAZEM NA BOISKU
23. ROMAN JUŻ NIE JOAN
24. POWRÓT BALE’A DO TOTTENHAMU
26. TWO ANGRY MEN, CZYLI FILIP KAPICA I MATEUSZ ŚWIĘCICKI
28. FINANSOWE KŁOPOTY ANGIELSKICH KLUBÓW
30. ROZWÓD MILIKA PO WŁOSKU
32. ATLETICO MADRYT I NAPASTNICY
34. LUIS RUBIALES WCIĄŻ PREZESEM HISZPAŃSKIEJ FEDERACJI
Po tym, jak negocjacje między Zagłębiem Lubin a Rakowem Częstochowa ws. wykupu Leonardo Rochy zakończyły się fiaskiem, „Miedziowi” ruszyli na poszukiwania nowego snajpera. Padło na dwukrotnego reprezentanta Węgier.
Michał Synoś znajdował się w kręgu zainteresowań polskich oraz zagranicznych klubów. 18-letni stoper podjął już decyzję, gdzie będzie występował od sezonu 2026-27.