Wtorek 23 marca to dzień ukazania się najnowszego wydania tygodnika „Piłka Nożna”. Oto, co przygotowaliśmy dla Was w tym numerze.
90 MINUT Z MATEUSZEM LISEM: CZERPIĘ PEŁNYMI GARŚCIAMI
Marzył o debiucie w Ekstraklasie w barwach Lecha, ale w Poznaniu nie dostał poważnej szansy. Mateusz Lis odbudował się w drugoligowym wówczas Rakowie, a od dłuższego czasu jest pewnym punktem Wisły Kraków.
PAWEŁ GOŁASZEWSKI
Jak się odnajdujesz w roli taty?
Rewelacyjnie – odpowiada Lis. – W zasadzie nie mogłem się doczekać, kiedy dziecko przyjdzie na świat, czekałem na ten dzień z niecierpliwością. Pomagam narzeczonej przy wszystkim: przewijam, przebieram, myję, czasami nawet karmię butelką. Synek lubi spać, w nocy wstaje tylko raz, kiedy zgłodnieje, więc nie narzekamy. Nie mam problemu z tym, aby wstać w nocy, kiedy na drugi dzień mamy tylko trening. Pierwsze dni były trudne, bo mimo że kładłem się spać, to cały czas czuwałem. Kiedy syn wydał z siebie jakiś dźwięk, od razu stawałem na baczność. Dzisiaj już jest inaczej. Zdaję sobie sprawę, że pierwsze miesiące mogą być męczące, ale na razie nie odczuwam żadnego zmęczenia. Jestem w stu procentach gotowy do gry.
Trener Peter Hyballa patrzy w twoją stronę trochę bardziej łaskawym okiem?
Nie potrzebuję tego i nie chcę, aby tak było. Mam nadzieję, że trener nie zwraca na to w ogóle uwagi, a ja po prostu robię swoje.
Pępkowe już było?
Delikatne, bez większej historii.
Jesteś zadowolony z wiosennej formy Wisły Kraków?
Gramy dobrze, regularnie punktujemy, strzelamy sporo goli, więc są powody do optymizmu. Wiemy jednak, gdzie mamy braki i nad czym musimy pracować. Początek sezonu był dla nas trudny, na pierwsze zwycięstwo czekaliśmy kilka tygodni, ale już pod koniec jesieni było widać światełko w tunelu. Ile meczów wygraliśmy jesienią? W Mielcu, z Podbeskidziem u siebie i w Poznaniu z Lechem. Wiosną już po pięciu kolejkach mieliśmy taką samą liczbę zwycięstw.
Co się zmieniło, że nagle zaczęliście punktować?
Na pewno duże znaczenie miała zmiana trenera. Dla nas był to nowy bodziec do pracy, pojawiły się nowe elementy w treningach i to przyniosło efekty. Kadra została w większości taka sama jak jesienią, ale gra diametralnie się zmieniła. Widać, że zmiana przyniosła odpowiednie efekty.
Słowo „gegenpressing” jest najczęściej używanym w trakcie treningów?
Tak można powiedzieć, to słowo każdemu weszło w krew. Wszyscy mamy już to zaszczepione, więc trener nie musi go tak często powtarzać jak na początku. Trener używa też kilku innych ciekawych słów, które tylko my jesteśmy w stanie rozszyfrować.
Na przykład?
Nie chcę zbyt dużo zdradzać, ale jednym z nich jest „iglo”.
Iglo?
Tak, chodzi o to, abyśmy byli razem, zmniejszyli odległości, ale nie chcę dokładniej wyjaśniać, bo to są takie słówka, których znaczenie zna drużyna i trener. Takich określeń jest sporo, wszyscy je rozumiemy i jesteśmy jeszcze mniej przewidywalni dla rywali, którzy nie wiedzą o co chodzi.
Przeciwnicy nie patrzą się na was dziwnie, kiedy słyszą te hasła?
My chcemy być wariatami na boisku, którzy orzą murawę i chcą zagryźć przeciwnika. Chcemy wywierać cały czas presję na rywalach i kontrolować mecze. (…)
SPECJALNIE DLA NAS: LAJOS DETARI. MARADONA BYŁ Z INNEJ PLANETY
Ostatni Węgier, który strzelił gola na mundialu, Lajos Detari w latach 80-tych i 90-tych był cenioną postacią światowego futbolu. Z Honvedem trzy razy zostawał mistrzem kraju. Zdobył Puchar Niemiec z Eintrachtem Frankfurt, Puchar Grecji z Olympiakosem Pireus, kochali go kibice włoskiej Bolonii. Kapitalnie wykonywał rzuty wolne, czarował techniką, a jeden ze swoich najlepszych meczów w karierze rozegrał w Budapeszcie przeciw Polsce.
JAROMIR KRUK
Lubi pan rozmawiać o spotkaniu z maja 1987 z Polską, które wygraliście 5:3?
Pewnie, czasami sobie nawet zerkam do komputera by obejrzeć fragmenty – mówi Detari. – To było starcie dwóch uczestników mundialu w Meksyku, którzy w tamtym okresie rozczarowywali swoich kibiców. W reprezentacji Polski występował mój przyjaciel z Eintrachtu, świętej pamięci Włodzimierz Smolarek. Gdy dał wam prowadzenie 2:1 byliśmy w dużych opałach, ale mi tego dnia wszystko wychodziło. Wykonałem pewnie rzut karny, z wolnego przechytrzyłem Józefa Wandzika, późniejszą gwiazdę Panathinaikosu. Przy każdym z trzech pozostałych goli zaliczyłem asysty, grało mi się fenomenalnie. Niestety, to zwycięstwo nic nam nie dało, bo Holendrzy wygrali grupę, a potem całe Euro.
Kto był najlepszym polskim piłkarzem lat 80-tych i 90-tych?
Byłem zdziwiony, że w tych eliminacjach przeciw nam nie zagrał Zbigniew Boniek. On cały czas znakomicie spisywał się w Italii, był gwiazdą AS Roma i tworzył wspaniały duet w kadrze ze Smolarkiem. Jak myślę o Włodzimierzu – ogarnia mnie smutek, że już go nie ma z nami… Wlodi w Eintrachcie robił atmosferę w szatni, a na boisku zostawiał serce. Jego nieustępliwość w połączeniu z piłkarską jakością przełożyła się na wiele zwycięstw Eintrachtu. Wiem, że Smolarek senior był dumny, że Ebi, jego syn, odgrywał tak dużą rolę w reprezentacji Polski i wziął udział w mundialu i Euro. Pamiętam malutkiego Ebiego z Niemiec i cieszę się, że poszedł w ślady taty. Trzeba jednak dodać, że styl gry Włodzimierza był niepowtarzalny, kibice nazywali go wojownikiem. Ceniłem też Darka Dziekanowskiego. W dzisiejszych czasach ktoś o takiej boiskowej inteligencji i technice poszedłby od razu do wielkiego klubu. Jego nie puszczono, z tego co słyszałem do Interu Mediolan, gdy znajdował się w optymalnej dyspozycji. Wiem, że komentuje coś w telewizji i nie dziwię się, że sobie radzi. Wielkim talentem obdarzony był Mirek Okoński. Rywalizowałem z nim w Niemczech i Grecji. W Hamburger SV uchodził za idola kibiców, grał wspaniale, w AEK Ateny miał niemal status boga. Kiedyś ograli mój Olympiakos 1:0, a Oko strzelił kapitalnego gola i kibice nosili go na rękach. Ten zawodnik mógł zrobić znacznie większą karierę, bo miał nieprawdopodobne umiejętności. On się bawił piłką, nieskromnie dodam, że tak jak ja.
Kto jest teraz mocniejszy – Węgry czy Polska?
Polska ma znacznie lepszych zawodników, kilka gwiazd światowego futbolu. Roberta Lewandowskiego FIFA wybrała najlepszym piłkarzem na świecie, przecież nie na wyrost. Bez niego Bayern nie osiągałby takich sukcesów na arenie międzynarodowej, a to co Lewy robi w Bundeslidze wymknęło się spod kontroli. Wasz as ma szansę pobić snajperski rekord Gerda Muellera! Lewandowski przekroczył już trzydziestkę i wciąż gra wspaniale. Wiem, słyszałem, że narzeka się na niego, że strzela ostatnio zbyt mało goli w kadrze, ale myślę, że pomoże mu nowy selekcjoner, Paulo Sousa. Co do obecnej reprezentacji Węgier to tworzy dobrze rozumiejący się kolektyw, znajduje się na fali wznoszącej, a wszystko co najlepsze dopiero przed podopiecznymi Marco Rossiego. (…)
DLACZEGO HISZPAŃSKIE KLUBY JUŻ NIE RZĄDZĄ W EUROPIE? ZADŁAWIENIE SUKCESAMI
Awans Realu do ćwierćfinału Ligi Mistrzów nie może przesłonić faktu, że kluby hiszpańskie coraz mniej liczą się w tych rozgrywkach. Kilka lat temu Europa była zaszokowana, gdy wpadała w pucharach na zespoły z La Liga – okazywało się, że grają one zupełnie inną, lepszą piłkę. Dziś jest tak samo, tylko na odwrót: szok przeżywają Hiszpanie. Futbol po prostu odjechał Primera Division. Pozostaje pytanie: dlaczego?
LESZEK ORŁOWSKI
Nie przypadkiem i nie tylko dlatego, że miał najsłabszego rywala w 1/8 finału, to właśnie Real przeszedł dalej. Swój sukces Los Blancos zawdzięczają temu, że w ich pomocy wciąż występują starzy mistrzowie: Luka Modrić i Toni Kroos, podczas gdy drugie linie pozostałych trzech byłych już przedstawicieli La Liga w Champions League były obsadzone przez przedstawicieli nowego pokolenia, za wyjątkiem rezydującego wciąż w Barcelonie Sergio Busquetsa, który jednak zestarzał się bardzo brzydko, w odróżnieniu od Niemca i Chorwata z Realu, wiecznie młodych i witalnych. Ivan Rakitić to bowiem nie ta półka.
Zagłaskani na śmierć
Różnica między grą Kroosa, Modricia i Casemiro, którego mimo wciąż młodego wieku też należy zakwalifikować do owych starych mistrzów, a grą pomocników Barcy, Atletico i Sevilli bije po oczach. Ci pierwsi każdą piłkę dopieszczają, zagrywają starannie, nie wybaczają sami sobie najmniejszych błędów. Dodatkowo z przodu mają Karima Benzemę, a z tyłu Sergio Ramosa, którzy też wymagają od siebie bardzo wiele. Tymczasem Koke i Saul w Atletico, De Jong i Pedri w Barcelonie, Joan Jordan i Oliver Torres w Sevilli prezentują inny poziom staranności. To dlatego, jak sądzę, że kiedyś zbyt szybko ich pochwalono, zbyt szybko obwołano niechybnymi następcami starych mistrzów. Zanim osiągnęli połowę ich klasy już ich z nimi porównywano. Najlepszym przykładem było zestawianie Koke z Xavim – a kudy playmakerowi Atletico do byłego asa Barcy!
To niestety zjawisko często spotykane, wręcz nagminnie, nie tylko w sporcie, ale w ogóle w życiu. Xavi i Iniesta w Barcelonie, Modrić i Kroos w Realu, nawet Gabi w Atletico musieli mozolnie pchać się do góry, walczyć ze sceptycyzmem ekspertów odnośnie ich możliwości. Chwalono ich dopiero, gdy naprawdę zagrali świetny mecz, czyli za trzydzieści znakomitych podań, a nie za trzy. Na poprzednie pokolenie, dzisiejszych starych mistrzów, komentatorzy czekali zrazu z zaostrzonymi klawiaturami i pociskami zjadliwych epitetów na podorędziu. Kolejne pokolenie miało łatwiej: przychodziło na gotowe, miało naprzeciw siebie komentatorów gotowych na obsypywanie komplementami, z dawno znalezionymi i gotowymi do użycia synonimami słowa „wspaniały”. Każdego młodego piłkarza, który wykonał kilka interesujących zagrań w meczu od razu nazywano nowym Xavim, Iniestą, Silvą, Modriciem. A oni wierzyli w to, że tak się stanie, że ich piękna przyszłość została zadekretowana, że za kilka lat to oni będą zdobywać trofea z Ligą Mistrzów na czele, bo przecież pochodzą z Hiszpanii, kraju piłkarskich gigantów, nawet jeśli mikrych wzrostem.
Ten proceder deprawowania młodych zawodników trwa do dzisiaj. Pedri uporczywie jest nazywany nowym Iniestą, a przecież to zaledwie zarodek dobrego piłkarza. Znajduje się na tym etapie rozwoju, na którym należy nie głaskać, lecz nieustannie wskazywać na niedostatki. Potrzebny jest mu nie legion pochlebców, lecz surowi recenzenci. Nie można mu zrobić większej krzywdy, niż zachwycać się każdym jego fajnym podaniem do Messiego. Iniesta musiał czekać na takie komplementy, jakimi dzisiaj obdarzany jest 18-letni Pedri, do 23.-24. roku życia! Najwyższa pora, by zbastować, lecz na to się nie zanosi. Oto Bryan Gil, młody skrzydłowy Sevilli wypożyczony do Eibar, został powołany do reprezentacji przez Luisa Enrique i od razu można było o nim przeczytać, że jest nowym Cruyffem (o czym zresztą szerzej piszemy w innym miejscu tego numeru).
Cztery triumfy w Lidze Mistrzów Barcelony (2006-2015), cztery wiktorie Realu (2014-2018), dwa finały Atletico (2014-16), trzy tytuły reprezentacji Hiszpanii (2008-12), wpędziły wszystkich miłośników tamtejszego futbolu w pychę. Piłka nożna to gra, w której bierze udział 22. zawodników, a na końcu i tak wygrywają Hiszpanie – trawestowano znane powiedzenie Gary’ego Linekera o Niemcach, zresztą prawidłowo, bo istotnie przez pewien czas wygrywali wszystko. Jednak to jest tylko bon mot, dowcip, którego nie można brać na poważnie. A wzięto, zapominając, że pycha kroczy przed upadkiem. Zaczęto traktować młodych hiszpańskich piłkarzy jako z definicji lepszych, bardziej utalentowanych od zawodników z innych krajów. Każdy miał być magikiem, czarodziejem. A przecież od dawna wiadomo, że talent to dziesięć procent sukcesu, a pozostałe dziewięćdziesiąt – praca.
Tymczasem w Anglii stosowano przez ostatnie lata zimniejszy wychów cieląt. Stały napływ znakomitych zawodników zagranicznych sprawiał, że młodzieńcowi naprawdę trudno było przebić się do grania. W Hiszpanii, swoją drogą, został on ostatnio wyhamowany, co też nie przyczyniło się do utrudnienia młodym drogi na szczyt. Efekt jest taki, że na przykład 21-letni Reece James w meczu Chelsea – Atletico grał przez całe 90 minut jak w pełni ukształtowany zawodnik, a 26-letni Marcos Llorente chaotycznością ruchów przypominał juniora, o Joao Feliksie, rówieśniku Jamesa, nie wspominając. (…)
BRUTALNIE POTRAKTOWANA PRZEZ EUROPĘ. ITALIA, CIAO
W pucharach ostała się tylko Roma i rozpoczęło się biadolenie. Że Europa uciekła, że Serie A zacofana, że początek kolejnej dekady jest kontynuacją smutnej poprzedniej, w której żaden włoski klub nie zdobył trofeum.
TOMASZ LIPIŃSKI
Polski kibic wsłuchując się w te lamenty, może się tylko uśmiechnąć. Sezon w sezon przerabiamy przecież to samo, tylko z półrocznym wyprzedzeniem. Dla naszych eksportowych drużyn granice zamykają się jeszcze przed fazą grupową, dla włoskich – na początku fazy pucharowej.
Wymiar europejski
A po pierwszym szoku i rozczarowaniu szuka się pocieszenia w lidze. Ona znów staje się najważniejsza, bo jak nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Ona leczy z wszystkich kompleksów i szybciutko pomaga odzyskać wiarę w swoją siłę i wielkość. Jak pomogła Juventusowi i Cristiano Ronaldo, którzy w środę nie sforsowali dziesięcioosobowego muru Porto, a w niedzielę w pół godziny roznieśli Cagliari. Serie A przestała być miarodajna. Bardziej buduje fałszywe poczucie własnej wartości, które później tak brutalnie burzy Liga Mistrzów lub choćby Europy. W efekcie wyeliminowanie drużyn z Premier League to wyjątek i nie przypadek, że Real Madryt z 13. ostatnich meczów z rywalami z Serie A wygrał 12.
Na otarcie łez ostała się Roma. Paradoksalnie Roma. Bardzo surowo oceniana w Italii, gdzie już nikt nie spodziewa się po niej wielkich rzeczy. W sam raz na małych, za krótka na naprawdę dobrych – taka utarła się opinia. Dokucza się trenerowi Paulo Fonsece, że nie potrafi poprowadzić drużyny do zwycięstwa w prestiżowym meczu. Z ligową czołówką bilans ma rzeczywiście opłakany: zero zwycięstw. Co najwyżej zdarzył się jakiś remis z Juventusem czy Interem. Przegrane z kretesem derby Rzymu dopełniły czarny obraz. I nagle okazało się, że to, co we Włoszech nie przynosi spodziewanych rezultatów, w Europie popłaca. Bo Fonseca to szkoleniowiec mocno przechylony na ofensywę, który nad skostniałą defensywę stawia rozmach. Lubiący mieć piłkę, a nie oddać ją przeciwnikowi, przyczaić się i żyć tylko z jego błędów. I to jest właśnie myślenie europejskie, w którym ryzyko i odwaga są premiowane, natomiast asekuranctwo i pasywność znajdują się w odwrocie.
W związku z tym i przy zastrzeżeniu, że Roma jeszcze na swojej ścieżce do finału w Gdańsku nie spotkała nikogo z Anglii, Hiszpanii czy Niemiec, można zaryzykować stwierdzenie, że prezentuje się i czuje lepiej wstawiona w ramy pucharowe niż ligowe. Podobnie było w sezonie 2017-18, kiedy wprawdzie daleko jej było do nawiązania walki o scudetto, ale wdarła się do pierwszej czwórki Ligi Mistrzów po sensacyjnej rimoncie z Barceloną. Wtedy prym wiedli Alisson Becker, Daniele de Rossi, Radja Nainggolan i Edin Dżeko. Do dziś wytrwał tylko Bośniak. Ten sam, ale nie taki sam. Niewielu jest piłkarzy w Serie A, którzy w porównaniu do poprzedniego sezonu i tych wcześniejszych zrobili tak duży krok do tyłu. W ogóle popsuła się atmosfera wokół niego. A to w związku z niedoszłymi transferami do Juventusu i Interu, a to konfliktem z portugalskim trenerem i odebraniem kapitańskiej opaski. Nie zatem w indywidualności napastnika, który zdarzało się, że sam ciągnął zespół, tkwi siła włoskiego rodzynka w LE, lecz w kreatywnych i skutecznych piłkarzach pokroju Jordana Veretouta, Henrika Mchitarjana, Lorenzo Pellegriniego i Gonzalo Villara. A jeszcze w poczekalni czeka tak ciężko doświadczany przez kontuzje Nicolo Zaniolo, który mimo tylko 21 lat dał się już poznać z jak najlepszej strony na każdym froncie. (…)
PEŁNE TEKSTY ZNAJDZIECIE W NAJNOWSZYM WYDANIU TYGODNIKA „PIŁKA NOŻNA” (12/2021)
SPIS TREŚCI:
4. TEMAT TYGODNIA: KADRA NA ELIMINACYJNY TRÓJMECZ OKROJONA, ALE CZY GOTOWA? 6. PIERWSZY NASZ RYWAL: WĘGRY WCZORAJ I DZIŚ 12. ANDORA MYŚLI, ALE O SAN MARINO 13. PRETEKSTY RYSZARDA NIEMCA 14. REWOLUCJA W REPREZENTACJI KOBIET? 15. ROMAN KOŁTOŃ W „PN” 16. 90 MINUT Z MATEUSZEM LISEM 18. WYJECHALI LATEM Z EKSTRAKLASY I JAK SOBIE RADZĄ? 20. STABiLIZACJA SKŁADU PO POLSKU 23. STARTUJĄ MŁODZIEŻOWE MISTRZOSTWA EUROPY 24. MOURINHO, TOTTENHAM, LEVY… 26. TWO ANGRY MEN, CZYLI FILIP KAPICA I MATEUSZ ŚWIĘCICKI 28. PUCHAROWA SERIE A 30. DLACZEGO RALF RANGNICK TO GORĄCE NAZWISKO NA TRENERSKIEJ GIEŁDZIE 32. ZADŁAWIENI SUKCESAMI – POTĘŻNY KRYZYS LA LIGA 34. ZAPOWIEDŹ ELIMINACJI MŚ W STREFIE EUROPEJSKIEJ 36. LIGA MISTRZÓW – ZNAMY ĆWIERĆFINALISTÓW 44. KIEREŚ W ŁĘCZNEJ, GÓRNIK NA DOBRYM TORZE 46. JAK TO SIĘ ROBI W KALISZU? 49. WP W „PN”: OBRANIAK MIĘDZY INNYMI O MARSYLII I MILIKU 50. PIŁKA W TV 51. NA ZDROWY ROZUM LESZKA ORŁOWSKIEGO 52. DRUŻYNA NA ŻYCZENIE: DUKLA PRAGA 1966
Po tym, jak negocjacje między Zagłębiem Lubin a Rakowem Częstochowa ws. wykupu Leonardo Rochy zakończyły się fiaskiem, „Miedziowi” ruszyli na poszukiwania nowego snajpera. Padło na dwukrotnego reprezentanta Węgier.
Michał Synoś znajdował się w kręgu zainteresowań polskich oraz zagranicznych klubów. 18-letni stoper podjął już decyzję, gdzie będzie występował od sezonu 2026-27.