Przejdź do treści
Mocne teksty i wywiady. Oto nowa PN

Polska Ekstraklasa

Mocne teksty i wywiady. Oto nowa PN

Wtorek, 21 września, to dzień ukazania się najnowszego wydania tygodnika „Piłka Nożna”. Jak zwykle przygotowaliśmy dla Was mnóstwo znakomitych treści.



CZY LECH DOCZEKAŁ SIĘ DRUŻYNY NA MIARĘ TYTUŁU? Pora na wyjście z cienia


Ambicje w Poznaniu są duże jak zawsze, a cierpliwość bliska kresu jak nigdy. Lech wystartował najefektowniej od lat. Ile jest racjonalnych przesłanek ku temu, że do mety dotrze w lepszym stanie, niż ostatnio miał w zwyczaju?

KONRAD WITKOWSKI

To trochę jak z ocenianiem książki po obejrzeniu okładki i przeczytaniu kilkunastu stron. Niby wiadomo, czy spodziewać się arcydzieła, czy tandety, a jednak ciąg dalszy może zachwycić bądź totalnie rozczarować. Lech przekonał się o tym na własnej skórze: w rozgrywkach 2014-15, ostatnich zakończonych mistrzostwem, po ośmiu kolejkach znajdował się w dolnej połowie tabeli, podczas gdy liderem była Wisła Kraków, ostatecznie dopiero szósta. Albo cztery sezony później, kiedy Ivan Djurdjević ruszył imponująco (komplet punktów w czterech seriach gier), a w listopadzie rozglądał się za nowym miejscem pracy.

– Nie można popaść w euforię i już myśleć, że jest super – przekonuje Bartosz Bosacki, który niebiesko-białe barwy reprezentował w przeszło 300 spotkaniach. – Żeby było, trzeba pracować do ostatniej kolejki. Trener chyba podchodzi do tematu w podobny sposób, bo stara się tonować szum, który powstał wokół zespołu. To może być sezon, na który Lech długo czekał, ale do tego jeszcze daleka droga.

ZDROWOROZSĄDKOWO

Nie ma szkoleniowców idealnych dla konkretnych klubów, ale zdarzają się tacy, którzy w danym okresie najlepiej do nich pasują. Wydaje się, że w obecnych okolicznościach Lech i Maciej Skorża to właśnie takie połączenie. Nie tylko ze względu na umiejętności oraz styl bycia trenera, ale również etap jego kariery. Po rozstaniu z Kolejorzem w gęstej atmosferze w październiku 2015 roku i kompletnie nieudanej przygodzie w Szczecinie (ledwie trzy zwycięstwa w 16 meczach!) 49-latek ma sporo do udowodnienia. To w tej chwili być może najmocniejszy wspólny mianownik między szkoleniowcem a klubem, który – nie licząc Superpucharu Polski w 2016 roku – na trofeum czeka już sześć lat. A przecież Skorża wie, jak je zdobywać. Trener dostał moment na rozpęd: w kwietniu i maju nikt nie oczekiwał od niego cudów, bo sezon 2020-21 był już stracony. Poświęcił więc ten czas na oddzielenie ziaren od plew, przygotowanie gruntu pod kolejne rozgrywki. Pomny doświadczeń z pierwszego podejścia do Lecha doskonale wiedział, że względnym spokojem trzeba się nacieszyć, bo wkrótce zacznie się jazda kolejką górską: będzie musiał tłumaczyć się z niepowodzeń albo pilnować, by towarzystwo zbytnio nie urosło po zwycięstwach. Jak dotąd robi to drugie, co wystawia pozytywną ocenę jego pracy.

Skorża nie trzasnął drzwiami przy wejściu do szatni, nie wywrócił drużyny do góry nogami, nie chciał za wszelką cenę pokazać: od teraz ja tu rządzę, a wasze dotychczasowe ustalenia mnie nie interesują. Podszedł do sprawy w sposób zdroworozsądkowy. Owszem, sukcesywnie wprowadzał w życie zespołu swoje reguły, ale najważniejsze decyzje podjął dopiero po kilkutygodniowych obserwacjach. Postanowił zmienić kapitana – sam wybrał Mikaela Ishaka, nie biorąc pod uwagę stażu w klubie (szwedzki napastnik jest w Poznaniu tylko nieco ponad rok), lecz walory piłkarskie i osobowość. Zdecydował, że między słupkami numerem jeden będzie Mickey van der Hart, chociaż nie brakowało głosów, że Lech powinien sprowadzić nowego bramkarza, gdyż ani Holender, ani Filip Bednarek nie gwarantują odpowiedniego poziomu. Wbrew temu, co mogła sugerować końcówka ubiegłego sezonu, Skorża nie żongluje ustawieniami. Nie wyklucza, że w przyszłości jego drużyna może stosować taktykę z trzema stoperami, jednak na razie pozostaje wierny czwórce w obronie i w najbliższych miesiącach raczej nie ulegnie to zmianie.

W początkowych czterech kolejkach trener Kolejorza był bardzo konsekwentny, jeśli chodzi o ustalanie jedenastki – pomijając jedną zmianę wymuszoną czerwoną kartką, wystawiał do gry identyczny zestaw piłkarzy. Zaczął mieszać w składzie, gdy nadeszły potyczki z bardziej wymagającymi rywalami, począwszy od starcia z Lechią Gdańsk. To pokazało, że Skorża zamierza dobierać jedenastkę pod styl i ustawienie przeciwnika. W Częstochowie jego pomysł na zaskoczenie gospodarzy okazał się nietrafiony, do czego szkoleniowiec przyznał się, dokonując dwóch korekt personalnych już w przerwie. – Wciąż poznaję drużynę i poszczególnych zawodników, potrzeba mi jeszcze trochę czasu – stwierdził później.

Przy Bułgarskiej Skorża prezentuje się jako trener sprawiedliwy. Jednocześnie odważny w podejmowaniu trudnych decyzji, bo tak trzeba nazwać odsunięcie od podstawowego składu Pedro Tiby. Widząc bardzo dobrą dyspozycję Niki Kwekweskiriego i delikatną obniżkę formy 33-latka, szkoleniowiec nie bał się zdegradować do roli rezerwowego piłkarza, wokół którego od kilku sezonów kręci się gra Lecha. Paradoksalnie posadzenie Tiby na ławce tylko wzmocniło piłkarza i jego pozycję w drużynie. Na tym ruchu zyskali wszyscy: grający od początku Gruzin strzelił pięknego gola Lechii, Portugalczyk wejściem przeciwko Pogoni Szczecin udowodnił, kto jest liderem zespołu, wreszcie Skorża, który pokazał zawodnikom, że nikt nie ma u niego abonamentu na miejsce w jedenastce.

DWIE STRONY KADRY

– W grze tej drużyny jest pomysł. Zawodnicy właściwie realizują zadania, które nakreśla im szkoleniowiec. Jest jeszcze zbyt wcześnie, aby mówić, że Lech ma wypracowany charakterystyczny styl, ale dąży do tego i jest na dobrej drodze. Zazwyczaj to przeciwnicy muszą dostosowywać się do Kolejorza, nie odwrotnie. Zespół gra efektownie, a zarazem efektywnie, bo idą za tym punkty – mówi Bosacki.

Inauguracja sezonu wcale na to nie wskazywała. Po spotkaniu z Radomiakiem w wypowiedzi trenera przewijał się zwrot „nie do końca”. Poznańska drużyna istotnie wyglądała na tle beniaminka na niedopracowaną, miała trudności z atakiem pozycyjnym i nie potrafiła znaleźć alternatywnej drogi do wygranej. Remis zwiastował falstart, jednak Lech szybko zapomniał o wpadce. Tydzień później w Zabrzu pokazał bezcenną umiejętność gonienia wyniku i nie był to tylko jednorazowy wyskok, bowiem w konfrontacjach z Pogonią i Rakowem także odrabiał straty. To fundamentalna zmiana w stosunku do ostatnich miesięcy – w całej rundzie wiosennej sezonu 2020-21 Kolejorz tylko dwukrotnie zdołał uniknąć porażki, gdy jako pierwszy tracił bramkę. Zespół myślący o mistrzostwie musi umieć odpowiadać na otrzymane ciosy.

Większość okresu przygotowawczego sztab trenera Skorży poświęcił na szlifowanie defensywy. Być może wychodząc z założenia, że jakości z przodu jest wystarczająco, by o zdobywanie bramek się martwić, więc kluczem do sukcesu będzie zapobieganie ich traceniu. Progres w tym aspekcie widać jak na dłoni: Lech stał się bardziej kompaktowy w działaniach destrukcyjnych, do szóstej kolejki tracił gole wyłącznie po rzutach karnych. Wciąż jednak miewa kłopoty z utrzymaniem koncentracji we własnej szesnastce, co obnażyło spotkanie z Rakowem.

Ile dokładnie zapłacono Viktorii Pilzno za Adriela Ba Louę, nie wiadomo (mówi się o około 1,2 miliona euro i raczej jest to kwota bliska prawdy), natomiast pewne jest, że to rekord pod względem transferów do klubu. Tym posunięciem z Bułgarskiej wysłano jasny sygnał: w tym sezonie gramy o wszystko. Poza 25-letnim skrzydłowym w stolicy Wielkopolski pojawiło się tego lata sześciu nowych zawodników. Lech zrobił to, co powinien już rok temu: zbudował pełnowartościową kadrę. Jesienią 2020 Dariusz Żuraw dysponował całkiem licznym, jednak bardzo nierównym składem. Skorża otrzymał nieporównywalnie więcej jakości. Właśnie ta szeroka i zbalansowana kadra jest największym atutem Kolejorza.

(…)

90 MINUT Z MAHIREM EMRELIM. Zdanie, które zmieniło myślenie


Mahir Emreli przyszedł do Warszawy z opinią łowcy goli. Po pierwszych tygodniach w Polsce można stwierdzić, że to prawda, bo wkroczył do zespołu Legii z drzwiami i futryną.

PAWEŁ GOŁASZEWSKI

Jak ci się podoba Polska?
Klub jest na topowym poziomie, mamy bazę treningową o najwyższym standardzie, gramy w fazie grupowej Ligi Europy, nie mogę na nic narzekać – mówi Emreli. – Oczywiście tęsknię za rodziną i przyjaciółmi, to normalne, pierwszy raz wyjechałem z kraju na tak długo. Ale proces aklimatyzacji w Warszawie mam już za sobą, czuję się jak w domu.

Widziałem na meczach przy Łazienkowskiej kibiców z twoim nazwiskiem na koszulkach.
Serio? Nie zwróciłem uwagi. Żartuję. Też to zauważyłem, ale nie znam tych ludzi, naprawdę. Może to Azerowie, którzy na co dzień mieszkają w Warszawie? Na trybunach przy Łazienkowskiej była moja siostra i to tylko raz, ale ona obecnie przebywa w Azerbejdżanie. Niedługo znowu przyleci do Polski, mama również się wybiera na mój mecz.

Azerowie, którzy mieszkają w Warszawie kontaktowali się z tobą po transferze?
Dostałem kilka wiadomości od nich z gratulacjami i wsparciem. Sam też staram się dbać o relacje z nimi, odwiedziłem kilka razy azerską restaurację, gdzie mogłem zjeść tradycyjne potrawy z mojego kraju i porozmawiać z rodakami.

Czujesz się dzisiaj najpopularniejszym Azerem w Polsce?
Nie mam chyba zbyt dużej konkurencji w tym plebiscycie, bo w polskiej lidze gra tylko dwóch piłkarzy z Azerbejdżanu – jestem ja i w Wiśle Płock Anton Krywociuk, którego znam z reprezentacji i ligi azerskiej. Nigdy nie myślałem o sobie w kontekście popularności. Gram w piłkę, bo ją kocham od dziecka i zawsze chciałem zostać piłkarzem. Zdaję sobie sprawę, że moja popularność rośnie, coraz więcej ludzi mnie docenia, daj mi chwilę, a znajdę jeszcze z tysiąc innych zalet bycia profesjonalnym zawodnikiem. To, że możesz rozgrywać mecze, codziennie trenować i z tego żyć, jest naprawdę świetną sprawą. Mam najlepszą pracę na świecie! Sam to doceniłem dopiero kilka lat temu, kiedy dostałem powołanie do pierwszej reprezentacji Azerbejdżanu. Miałem 19 lat, selekcjoner Robert Prosinecki zaprosił mnie na rozmowę przed pierwszymi meczami w eliminacjach mistrzostw świata 2018. Zauważył, że jestem trochę spięty, chciał mi pomóc, więc zapytał, czym się stresuję. Powiedziałem prawdę, że czuję się stremowany, ponieważ jestem pierwszy raz na zgrupowaniu. Selekcjoner powiedział wtedy właśnie to zdanie: nie ma na świecie lepszej pracy niż granie w piłkę. Te słowa zapadły mi w pamięci, od tamtej pory nigdy nie czuję tremy przed wyjściem na boisko. Jedna rozmowa zmieniła kompletnie moje podejście, myślenie, jestem przekonany, że dzięki niej idę cały czas do przodu.

Czujesz się gwiazdą Legii? Świetnie wprowadziłeś się do zespołu, strzeliłeś ważne gole w eliminacjach Ligi Mistrzów i Ligi Europy.
Kiedy połączysz te fakty, możesz pomyśleć, że jestem gwiazdą drużyny. Ale to twoje zdanie. Ja mam w głowie zupełnie coś innego. Najważniejsza jest drużyna. Oczywiście to super uczucie, kiedy czujesz wielkie wsparcie kibiców, że cię doceniają, ale wiem, że ciągle mogę być lepszy i się rozwijać. Nie mam czasu, aby myśleć o sobie jak o gwieździe. Szczyt kariery jeszcze przede mną, dlatego nie powiem dzisiaj, że czuję się gwiazdą. Takie myślenie byłoby zgubne, mógłbym spocząć na laurach, a to ostatnia rzecz, która jest mi potrzebna. Chcę się rozwijać, być codziennie lepszym piłkarzem. Rozmawiam często z rodziną o futbolu, wiem, że cały czas muszę iść do przodu.

Czyli opinie, że liga polska jest dla ciebie tylko przystankiem w karierze są prawdziwe?
Tak, nie ukrywam tego.

Na jak długo?
Nie wiem, po prostu na tak długo, jak będzie potrzeba. Mam ambicje, które chcę realizować. Chciałbym być pierwszym Azerem w lidze z europejskiego topu. Codziennie ciężko na to pracuję.

Liga polska jest lepszym miejscem do rozwoju niż azerska?
Jeśli porównasz obie ligi jako całość, Ekstraklasa jest lepsza. W lidze azerskiej gra osiem zespołów, w polskiej osiemnaście – tutaj każdy jest w stanie wygrać z każdym. To sprawia, że rozgrywki są atrakcyjniejsze dla kibiców i przyjemniej ogląda się mecze. W Azerbejdżanie mamy bardzo silny Karabach, który góruje nad innymi zespołami, regularnie gra w fazie grupowej europejskich pucharów. To sprawia, że mistrz kraju jest na wysokim poziomie, ale reszta drużyn niekoniecznie.

(…)

SPECJALNIE DLA NAS: AGNIESZKA SYCZEWSKA. Szczęśliwa trzynastka


Na urlop nie wyjeżdżała od dwóch lat. Warto było jednak pracować, bo w lipcu tego roku dostała propozycję objęcia stanowiska prezesa Jagiellonii Białystok. Trudno uznać to za zaskoczenie, już od dawna w klubie z Podlasia była człowiekiem instytucją. Czas jednak wyjść z cienia, sukcesy przypisać sobie, ale też wziąć pełną odpowiedzialność za porażki.

PRZEMYSŁAW PAWLAK

Chyba niespecjalnie została pani zaskoczona propozycją objęcia funkcji prezesa Jagiellonii po odejściu Cezarego Kuleszy?
Akcjonariusze klubu, rada nadzorcza, także pracownicy od dłuższego czasu mieli świadomość, że prezes Kulesza pożegna się z klubem. Jako organizacja przygotowywaliśmy się na jego odejście, trwało to mniej więcej rok. Wiosną prezes właściwie już nie angażował się w działalność Jagiellonii, zajął się kampanią wyborczą na stanowisko prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej – mówi Agnieszka Syczewska. – Powstał dział skautingu i analiz, przeprowadziliśmy zmiany organizacyjne w akademii, krótko mówiąc – zdanie prezesa Kuleszy było bardzo istotne przy dokonywaniu transferów, musieliśmy więc otoczyć się kompetentnymi ludźmi, aby utrzymać poziom zawodników sprowadzanych do klubu. A co do propozycji dla mnie? Nie wiem, czy rada nadzorcza rozważała inne osoby, w każdym razie 15 lipca, gdy na jej posiedzeniu otrzymałam ofertę, innych kandydatów nie zauważyłam.

Pojawił się moment zawahania? Wcześniej odgrywała pani ważną rolę w Jagiellonii, niemniej zawsze można było schować się za prezesem.
Wiele osób mnie pyta, czy nie obawiam się, że teraz wszystko będzie moją winą, ale ja lubię kryzysy. Jestem zadaniowcem, nie boję się wyzwań. Dojrzałam do tej funkcji, nigdy nie traktowałam Jagiellonii jako zwykłego miejsca pracy, teraz odpowiedzialność jest jeszcze większa, ale mam wsparcie akcjonariuszy i pracowników. 22 września minie dokładnie 13 lat odkąd pracuję w klubie. Gdy pierwszy raz pojawiłam się w Jagiellonii, absolutnie nie miałam planu, ani nawet marzeń, żeby zostać jej prezesem. To jednak ewoluowało, podobnie jak cała organizacja. Obawy zatem były, ale wiem, że możemy jeszcze wspólnie w Jagiellonii wiele osiągnąć – przede wszystkim dlatego, że pracuję ze znakomitym, sprawdzonym zespołem. Sama nic nie znaczę.

W ogóle zmienił się zakres pani obowiązków?
Niektórzy twierdzą, że przecież i tak już większość zadań – na stanowisku wiceprezesa – związanych z prowadzeniem klubu wykonywałam, nie jest to jednak takie proste. Nie zmieniłam biurka, pokoju czy numeru telefonu, komórka nadal włączona jest de facto przez całą dobę. I oczywiście, że mam doświadczenie, znam klub od podszewki, przeszłam przez wszystkie szczeble, zaczynając od punktu obsługi mediów. To jest mój atut, bo najtrudniej jest wejść do organizacji od razu na najwyższe stanowisko, nie znając specyfiki danego biznesu. Natomiast do wiosny za dział sportowy odpowiadał Czarek, w tym aspekcie pojawiły się przede mną nowe wyzwania.

A konkretnie?
Choćby zmiana trenera. Decyzję o rozstaniu z Bogdanem Zającem podjęli jeszcze prezes Kulesza z radą nadzorczą, bo tak to się u nas od siedmiu lat odbywa, choć oczywiście Czarek był inicjatorem ruchów kadrowych do i z klubu. Natomiast w proces wyboru nowego szkoleniowca byłam już zaangażowana. Stąd też właśnie powołanie działu analiz i skautingu, aby trener dysponował jak największą wiedzą przy wskazywaniu zawodników, z którymi warto rozpocząć rozmowy transferowe. Właściwie ostatnie miesiące poświęciłam głównie na tematy związane z pierwszą drużyną, co wcześniej nie zawsze do mnie należało. Letnie okienko było dla nas w pewnym sensie szalone.

To znaczy?
Dużo ruchów do, ale i z klubu. Trener Mamrot dołączył do nas w czerwcu, nie chcieliśmy do tego czasu podejmować decyzji personalnych, zdanie szkoleniowca ma przecież bardzo duże znaczenie. Czasu na przygotowanie transferów, ich spięcie, nie było więc dużo. Docelowo chcemy przygotowywać się do transferów z dużym wyprzedzeniem, a nie podejmować decyzję pod wpływem emocji. Latem nie było na to czasu, ale dział analiz pracował pełną parą, zebraliśmy pierwsze doświadczenia. Zimą będzie inaczej, pierwsze spotkanie w sprawie kolejnego okna odbyliśmy już w zeszłym tygodniu.

Dlaczego klub zdecydował się na wejście drugi raz do tej samej rzeki, zatrudniając Mamrota?
Wcześniej taka sytuacja też miała miejsce, przecież zatrudniliśmy po raz drugi Michała Probierza. To przyniosło dobre efekty. Inne kluby na świecie też wznawiały współpracę z wcześniejszymi szkoleniowcami, Jupp Heynckes obejmował Bayern bodaj czterokrotnie. Proces wyboru szkoleniowca trwał kilka miesięcy, w jego trakcie wsparliśmy się audytem zewnętrznym, zamówiliśmy raport dotyczący kilku trenerów. Wyspecjalizowana firma rozłożyła na czynniki sześciu kandydatów, dokument zawierał około 80 stron, które nie dotyczyły tylko strony sportowej trenerów, ale też zawarty był na nich wywiad środowiskowy. To wszystko było połączone z oczekiwaniami klubu względem szkoleniowca i… wytkniętymi naszymi problemami, punktami wartymi zmiany, abyśmy jako organizacja mogli pójść do przodu. Czasem jest wskazane, by ktoś mądry z zewnątrz, z dystansem, ocenił pewne sprawy. Pomysł takiej analizy był różnie odbierany, natomiast na kilku szkoleniowców, których braliśmy pod uwagę, spojrzeliśmy pod innym kątem. A przecież pracujemy w piłce od lat, więc mieliśmy całkiem dużą wiedzę na temat poszczególnych trenerów. To, co wydawało się nam wcześniej, po lekturze raportu przybrało odmienny obraz.

Mamrot również został przeanalizowany?
W trakcie procesu poszukiwania szkoleniowca rozważaliśmy kilkadziesiąt nazwisk, w ostatecznej grupie, która przeszła szczegółową analizę, znalazł się trener Mamrot. Gdy odszedł z klubu, wypadliśmy z ligowej czołówki, dwa ostatnie sezony z punktu widzenia sportowego nie były dla nas udane. To najbardziej bolało. Wiosną zadaliśmy sobie pytanie, czego oczekujemy do nowego trenera. Chcemy wrócić do czołówki w Ekstraklasie, chcemy rozwijać młodych zawodników, chcemy też dokonywać właściwych wyborów transferowych, bo wpływy ze sprzedaży zawodników są ważną gałęzią przychodów klubu. Analiza tylko potwierdziła, że trener Mamrot to dla Jagiellonii najlepszy człowiek. Przecież te cele już wcześniej z nim realizowaliśmy. Wrócił do Białegostoku bogatszy o nowe doświadczenia, rozwinął się, co zrozumieliśmy w trakcie kilku rozmów przed podpisaniem kontraktu. Zresztą, nas również dwa ostatnie lata sporo nauczyły, częste zmiany szkoleniowców nie doprowadziły klubu do oczekiwanych rezultatów. Postawiliśmy więc na trenera, który powinien dać nam stabilizację.

(…)

O CO GRAJĄ W CHAMPIONS LEAGUE? Smak kawioru


Przetrwało logo, hymn, i oczywiście idea wyboru najlepszej drużyny klubowej na Starym Kontynencie. Nie zmieniło się również to, że główne trofeum przypada zazwyczaj bogatemu i silnemu, a niespodzianki mało kto zakłada. Przez trzy dekady Champions League liczebnie urosła czterokrotnie, lecz pula nagród wzrosła niemal stukrotnie.

ZBIGNIEW MUCHA

Geografia futbolowa zmieniła się mocno. 30 lat temu, gdy rodziła się Liga Mistrzów, nie do pomyślenia było, by grał i zdobywał w niej punkty Sheriff Tyraspol. Przypomnijmy – w ramach eksperymentu UEFA zmodyfikowała rozgrywki Pucharu Mistrzów w sezonie 1991-92 i zamiast rozgrywać klasyczne ćwierćfinały oraz półfinały, najlepszą ósemkę wiosną podzielono na dwie grupy, a ich zwycięzcy (Barcelona i Sampdoria) zmierzyli się w finale. Dopiero jednak od następnej edycji oficjalnie zaczęto używać nazwy Champions League. Jej logo składa się z imitujących futbolówkę ośmiu gwiazd. Dokładnie tylu, ile klubów dostało się do fazy grupowej pierwszej edycji. Z dzisiejszego punktu widzenia obecność w niej Olympique Marsylia, Rangers FC, Club Brugge, CSKA Moskwa, Milanu, Porto, PSV i IFK Goeteborg może zaskakiwać. Pamiętać jednak trzeba, że wówczas była to jeszcze zabawa wyłącznie dla krajowych mistrzów. Poza tym Anglicy dopiero otrząsali się z wieloletniej banicji – po tragedii na Heysel ich kluby nie mogły uczestniczyć w międzynarodowej rywalizacji przez pięć, a Liverpool przez sześć lat. Ową football isolation najlepiej wykorzystały chyba kluby szkockie, w siłę urośli Rangersi. Rozgrywki były jednak ubogie. Od sezonu 1994-95 faza grupowa liczyła już jednak 16 zespołów, trzy lata później – 24, od 1999 roku – 32. Champions rozrosła się – pod naciskiem bogatych klubów i lig dopuszczono do rozgrywek po kilka zespołów z jednego kraju.

Szybko dostrzeżono – zwłaszcza tam, gdzie w parze z dobrym wzrokiem szła biegłość w rachunkach – że nowy twór to kura znosząca złote jaja. Błyskawicznie zorientowano się, że demokracja w futbolu jest niepotrzebna. Skoro wielkie kluby generują gros przychodów Champions League, to w końcu zagroziły – właściwie to już dwukrotnie – założeniem własnej Superligi, nie godząc się na traktowanie przez UEFA ich na równi z maluczkimi. Szantażem mocni wywalczyli dla siebie więcej – miejsca i pieniędzy, a małemu coraz trudniej jest doskoczyć do stołu z frykasami. Co więcej, Liga Mistrzów, choć już generująca poważne zyski, musi być coraz bardziej hajsodajna, bo wciąż w powietrzu unosi się duch rebelii. Raz spacyfikowana wcale nie znaczy, że znów nie odżyje.

SIEDMIU WSPANIAŁYCH

Żeby zarobić fortunę, trzeba najpierw zainwestować. Nic dziwnego, że w ścisłym gronie faworytów do wygrania obecnej edycji Champions League są aż cztery kluby angielskie – Liverpool FC, Manchester City, Chelsea FC i Manchester United. Finansowe kryzysy zdają się ich nie dotyczyć. Mają bogatych właścicieli i telewizję, która za prawo pokazywania Premier League płaci horrendalnie wysokie stawki. Siódemkę naszych faworytów uzupełniają: zdrowy ekonomicznie i sportowo Bayern Monachium, głodne sukcesu i mocne kadrowo Atletico Madryt, no i oczywiście Paris Saint-Germain. Klub z najmocniejszą kadrą i największym, bo niczym nieograniczonym, dopływem gotówki od katarskich właścicieli. Jeśli PSG nie zwycięży w maju, będzie to niespodzianka. Jeśli wygra ktoś spoza tej siódemki, dojdzie do sensacji.

Paryż uzbroił się tak mocno, że bardziej się nie da. Kapitalnie wyglądają wzmocnienia Manchesteru United, rozsądnie i obiecująco Chelsea. Inna rzecz, że nie zawsze ci, którzy szaleli na rynku transferowym, mieli później powody do satysfakcji na boisku. Serwis Football365.com jakiś czas temu przedstawił liderów sezonowych wydatków począwszy właśnie od edycji 1992-93. Wówczas był nim Inter Mediolan (33,4 mln funtów), który w ogóle nie brał udziału w europejskich pucharach. Kolejny sezon – Lazio (21,8), uczestnik tylko Pucharu UEFA i to bez większego powodzenia. Dalej Real (12,6) – identycznie… Europejscy liderzy pod względem wydatków triumfowali w rozgrywkach międzynarodowych raptem trzykrotnie – Inter 97-98 w Pucharze UEFA, Lazio rok później w PZP, Real 2013-14 w Champions. Jest w tym gronie jeszcze kilku półfinalistów LM i to wszystko. Ostatnie lata mogą wręcz stanowić przestrogę. Finansowy wyścig katarsko-emiracki nie znalazł ostatecznego przełożenia na boisku. Począwszy od sezonu 2015-16 przez trzy kolejne lata najhojniej gotówkę wydawał Manchester City (kolejno: 150, 171 i 279 mln funtów), tymczasem najlepszy wynik, jaki osiągnął to półfinał LM. Zestawienie zamyka PSG w edycji 2018-19 nieudanym startem w LM i ćwiercią miliarda funtów wydanych na nowych zawodników.

W wydanej kilka lat temu „Futbonomii” autorzy książki zastanawiali się między innymi nad tym, jak to możliwe, że wielki Paryż cały czas pozostaje bez głównego trofeum. Ale nie analizowali walorów ofensywnych i defensywnych PSG, rzucili natomiast inne światło na całe zagadnienie. Jak to na przykład możliwe, że drużyny z pięciu prowincjonalnych brytyjskich miast zdobyły Puchar Europy zanim pierwszy raz udało się to drużynie ze stolicy imperium? Ostatecznie Chelsea „rozdziewiczyła” Londyn, ale nadsekwańska metropolia wciąż pozostaje „niewinna”. Czytamy więc: „Jeszcze mniejsze znaczenie piłka nożna posiada w Paryżu, gdzie można spędzić całe życie, nie wiedząc, że coś takiego w ogóle istnieje. Paris Saint-Germain, którego stadion znajduje się wewnątrz Bulwaru Peryferyjnego, nigdy nie będzie raczej dumą Paryża”. Konstatacja autorów jest następująca: wielkie miasta nie muszą niczego udowadniać, małe swoją dumę budują także dzięki futbolowi. Być może tak jest. Ważne jednak zastrzeżenie: książka powstała wówczas, gdy Leo Messi był takim samym symbolem Barcelony jak wieża Eiffla Paryża. Dziś obie te atrakcje spotkać można w Paryżu. Jeśli więc PSG nie uda się w tym sezonie, to już chyba nigdy.

Teoretycznie pieniądze w piłkę nie grają, ale bez nich (i o nie) grać się też nie da. Tak było, jest i będzie. Nie przypadkiem Real Madryt ma w gablotach 13 uszatych pucharów. Zapracował na nie trzema epokami Galacticos. Najpierw idea prezydenta Santiago Bernabeu zaowocowała skupieniem w jednym miejscu między innymi Alfredo di Stefano, Ferenca Puskasa i Raymonda Kopy, a w konsekwencji zdominowaniem klubowej piłki na długie lata natychmiast od wcielenia w życie pomysłu Gabriela Hanota, czyli zorganizowania europejskich rozgrywek. Potem przyszedł czas Galacticos II – Zinedine’a Zidane’a, Roberto Carlosa i Luisa Figo, choć ich potencjał akurat nie został w pełni wykorzystany, bo znaczony jest zaledwie jednym triumfem w LM. Aż w końcu historia najświeższa, której synonimem są trzy z rzędu wygrane edycje Champions, możliwe głównie dzięki geniuszowi Cristiano Ronaldo, ale otoczonego Luką Modriciem, Tonim Kroosem i Karimem Benzemą.

Bo puchary nie są wcale imprezą dla maluczkich. W starych, dobrych czasach niespodzianki zdarzyć się mogły. Czasem faktycznie wystarczał zbiór solidnych zawodników i geniusz trenera. Tak było, gdy triumfował Nottingham Forest Briana Clougha, HSV Ernsta Happela czy – stosunkowo niedawno – FC Porto Jose Mourinho. Co do zasady jednak – uszaty puchar jest dla tych, którzy mają co inwestować i wiedzą jak to robić z głową. Dawniej też tak było, choć nie tak wyraźnie jak dziś. Nie ma potrzeby więc zżymać się na setki milionów wydane w tym roku na Jacka Grealisha czy Romelu Lukaku. To oni mają uczynić różnicę na największych arenach i w konsekwencji pomóc zrobić skok na wielką kasę. Bo jest ona akurat coraz większa.

(…)

SPIS TREŚCI TYGODNIKA „PIŁKA NOŻNA” NR 38:

4. TEMAT TYGODNIA: LECH WRACA DO GRY O MISTRZOSTWO
7. PRETEKSTY RYSZARDA NIEMCA
10. 90 MINUT Z MAHIREM EMRELIM
11. LEGIA ZDOBYŁA MOSKWĘ
12. SPECJALNIE DLA NAS: AGNIESZKA SYCZEWSKA, PREZES JAGIELLONII BIAŁYSTOK
15. ROMAN KOŁTOŃ W „PN”
16. CZY CHRISTIAN ERIKSEN WRÓCI NA BOISKO?
18. CUD BORDALASOWY W VALENCII
20. HUGO MALLO I AUGUSTO SOLARI O CELCIE VIGO
22. BRENDAN RODGERS I JEGO LEICESTER CITY
24. NOWY KSIĄŻĘ RZYMU
26. TWO ANGRY MEN, CZYLI FILIP KAPICA I MATEUSZ ŚWIĘCICKI
28. ZŁE MIŁEGO POCZĄTKI W WOLFSBURGU?
30. OD A DO Z: AMINE GOUIRI
32. SMAK KAWIORU, CZYLI KTO I O CO GRA W LIDZE MISTRZÓW
36. FK JABLONEC. STABILIZACJA PO CZESKU
37. LIGA EUROPY I LIGA KONFERENCJI EUROPY
38. LIGI W EUROPIE
40. GRAŁY EKSTRAKLASA, 1., 2., 3. LIGA…
44. TOMASZ BRUSIŁO – SZEF MIEDZI LEGNICA O PLANACH KLUBU
47. SIARKA SIĘ NIE PODPALA
48. WP W „PN”: UDANY POCZĄTEK FRANKOWSKIEGO WE FRANCJI
50. PIŁKA W TV
51. NA ZDROWY ROZUM LESZKA ORŁOWSKIEGO
52. DRUŻYNA NA ŻYCZENIE: BOCA JUNIORS 1978



Możliwość komentowania została wyłączona.

Najnowsze wydanie tygodnika PN

Nr 4/2026

Nr 4/2026

Polska Ekstraklasa

Raków Częstochowa wypożyczył piłkarza

Raków Częstochowa wydał komunikat, za pośrednictwem którego poinformował o wypożyczeniu piłkarza.

2024.11.24 Czestochowa
Pilka nozna PKO Ekstraklasa sezon 2024/2025
Rakow Czestochowa - Korona Kielce
N/z Stadion Rakowa
Foto Mateusz Sobczak / PressFocus

2024.11.24 Czestochowa
Football Polish League PKO Ekstraklasa season 2024/2025
Rakow Czestochowa - Korona Kielce
Stadion Rakowa
Credit: Mateusz Sobczak / PressFocus
Czytaj więcej

Polska Ekstraklasa

Oficjalnie: Oto następca Rochy w Zagłębiu

Po tym, jak negocjacje między Zagłębiem Lubin a Rakowem Częstochowa ws. wykupu Leonardo Rochy zakończyły się fiaskiem, „Miedziowi” ruszyli na poszukiwania nowego snajpera. Padło na dwukrotnego reprezentanta Węgier.

Magdeburg, Sachsen-Anhalt, Deutschland, 03.08.2025: Avnet Arena: 1. Spieltag, Saison 2025/26, 2. Fussball-Bundesliga: 1. FC Magdeburg - Eintracht Braunschweig: Levente Szabó 11, Eintracht Braunschweig *** Magdeburg, Saxony-Anhalt, Germany, 03 08 2025 Avnet Arena 1 Matchday, Season 2025 26, 2 Soccer Bundesliga 1 FC Magdeburg Eintracht Braunschweig Levente Szabó 11, Eintracht Braunschweig Copyright: xdtsxNachrichtenagenturx dts_77384
2025.08.03 Magdeburg
pilka nozna , 2. liga niemiecka
1. FC Magdeburg - Eintracht Braunschweig
Foto IMAGO/PressFocus

!!! POLAND ONLY !!!
Czytaj więcej

Polska Ekstraklasa

Motor Lublin przedłużył kontrakt z kluczowym zawodnikiem

Motor Lublin ogłosił przedłużenie kontraktu z jednym z najważniejszych członków drużyny. Solidnie zabezpieczył jego przyszłość.

2025.07.20 Lublin pilka nozna PKO Ekstraklasa sezon 2025/2026 
Motor Lublin - Arka Gdynia
N/z  Bartosz Wolski
Foto Ireneusz Wnuk / PressFocus

2025.07.20 Lublin Football - Polish PKO Ekstraklasa season 2025/2026 
Motor Lublin - Arka Gdynia
Bartosz Wolski
Credit: Ireneusz Wnuk / PressFocus
Czytaj więcej

Polska Ekstraklasa

Hit staje się faktem! Adrian Przyborek trafi do wielkiego klubu Serie A!

Adrian Przyborek będzie grał w Serie A! Polski zawodnik trafi na Półwysep Apeniński, a Pogoń Szczecin zarobi spore pieniądze na swoim zawodniku.

2025.11.09 Szczecin Stadion im. Floriana Krygiera
pilka nozna PKO Ekstraklasa sezon 2025/2026
Pogon Szczecin - Jagiellonia Bialystok
N/z Adrian Przyborek
Foto Szymon Gorski / PressFocus

2025.11.09 Szczecin Stadion im. Floriana Krygiera
football Polish PKO Ekstraklasa season 2025/2026
Pogon Szczecin - Jagiellonia Bialystok
Adrian Przyborek
Credit: Szymon Gorski / PressFocus
Czytaj więcej

Polska Ekstraklasa

Media: Utalentowany obrońca zagra w Ekstraklasie

Michał Synoś znajdował się w kręgu zainteresowań polskich oraz zagranicznych klubów. 18-letni stoper podjął już decyzję, gdzie będzie występował od sezonu 2026-27.

2024.09.30 Rzeszow
Pilka nozna Betclic 1 Liga sezon 2024/2025
Stal Rzeszow - GKS Tychy
N/z Michal Synos
Foto Lukasz Sobala / PressFocus

2024.09.30 Rzeszow
Football Polish First League season 2024/2025
Stal Rzeszow - GKS Tychy
Michal Synos
Credit: Lukasz Sobala / PressFocus
Czytaj więcej