Wtorek, 20 kwietnia, to dzień ukazania się najnowszego wydania tygodnika „Piłka Nożna”. Jak zwykle znajdziecie mnóstwo znakomitych treści!
MACIEJ SKORŻA W LECHU – PODEJŚCIE DRUGIE. Sentymentalna podróż w nieznane
Przy Bułgarskiej postanowiono nakręcić sequel filmu z Maciejem Skorżą. Część pierwszą, choć bez happy endu, można nazwać udaną. Reżyserzy oraz odtwórca głównej roli są ci sami, jednak gwarancji, że kontynuacja okaże się sukcesem, nie ma żadnej.
KONRAD WITKOWSKI
Lech Poznań nie jest klubem, który chętnie daje trenerom drugą szansę. Dotychczas tylko siedmiu szkoleniowców prowadziło drużynę więcej niż raz. Od kiedy Kolejorzem zarządza rodzina Rutkowskich, to pierwsza sytuacja, aby zwrócono się do trenera, któremu kiedyś już podziękowano. Maciej Skorża to jednak wyjątkowy przypadek. Władze poznańskiego klubu mają bowiem do niego szczególny sentyment: przy Bułgarskiej od dawna myślano o tym szkoleniowcu, tyle że wcześniej nie było sposobności, by drogi Lecha i Skorży przecięły się raz jeszcze. Kiedy nadarzyła się okazja, od razu z niej skorzystano. Już jakiś czas temu w gabinetach zapadła decyzja, że jeśli w Kolejorzu nastąpi zmiana trenera, to właśnie Skorża będzie pierwszym wyborem. Lech był trzecim klubem, z którym 49-letni szkoleniowiec rozmawiał od momentu powrotu do Polski, lecz pierwszym, który był na niego naprawdę zdecydowany.
OBLĘŻONA TWIERDZA
Dariusz Żuraw prowadził poznański zespół przez 24 miesiące – o kilka za długo. Osiągnął niezaprzeczalny sukces, docierając do fazy grupowej Ligi Europy, lecz później stał się jego ofiarą. To fakt, że nie zapewniono mu kadry wystarczająco szerokiej, aby rywalizować na paru frontach, jednak trudną sytuację dodatkowo pogarszał swoimi wyborami. Zaufanie szatni stracił najprawdopodobniej w pierwszym tygodniu grudnia, gdy na mecz przeciwko Benfice wystawił w połowie rezerwową jedenastkę, chcąc oszczędzać kluczowych piłkarzy na ligową potyczkę z Podbeskidziem. Już samo zestawienie nazw obu klubów w jednym zdaniu podchodzi pod groteskę. To mógł być przełomowy moment w relacjach trener – drużyna, na co wskazują słowa Tymoteusza Puchacza wypowiedziane na antenie Canal Plus.
– Decyzja podjęta w Lizbonie była dla nas totalnie niezrozumiała. W szatni panowało duże niezadowolenie. Po to walczyliśmy w eliminacjach, żeby właśnie na takie stadiony wybiegać w najmocniejszym składzie, cieszyć się takimi meczami. To wspomnienia na całe życie – stwierdził 22-latek.
Trener Żuraw od pewnego czasu sprawiał wrażenie zagubionego. Po kolejnych nieudanych meczach, nie będąc w stanie wyciągnąć zespołu z kryzysu, zaczął posługiwać się syndromem oblężonej twierdzy. Jak zresztą wielu jego poprzedników, którym palił się grunt pod nogami. Na każdym kroku doszukiwał się spisków, próbował odseparować drużynę od reszty świata, kompletnie zamknąć ją na jakiekolwiek bodźce z zewnątrz. Nie chciał, by piłkarze udzielali wywiadów (swoją drogą: cisze medialne w Lechu jeszcze nigdy się nie sprawdziły), nie wyrażał zgody na podawanie przez klub informacji dotyczących zespołu, przeszkadzało mu nawet publikowanie przez klubowe media standardowych zdjęć z treningów.
W tym kontekście przeprowadzenie transmisji na żywo z pierwszych zajęć pod wodzą Skorży należy odczytywać jako swoistą demonstrację ze strony Lecha – sygnał, że nastąpiło zupełnie nowe otwarcie.
NIEDOKOŃCZONY PROJEKT
– Lech to klub klasy premium, w którym można zrealizować wiele sportowych marzeń. Obie strony mają coś do udowodnienia. Myślę, że to nas do siebie zbliżyło i sprawiło, że ponownie jestem w tym miejscu – oznajmił Skorża na pierwszej konferencji prasowej. – Po rozstaniu w 2015 roku czułem ogromny niedosyt, byłem bardzo rozczarowany. Coś wtedy wymknęło się z rąk, a nie powinno. Myślałem, że idziemy w kierunku trwałej budowy drużyny, która będzie pokazywać ciekawą piłkę w Europie. Stało się inaczej. Ucieszyłem się więc, kiedy zwrócono się do mnie po raz drugi, poczułem chęć dokończenia projektu, który nie został sfinalizowany kilka lat temu.
Zestawiając obecnego Kolejorza z tym z lat 2014-15, należy jednak stwierdzić, że Skorżę czeka raczej konstruowanie od podstaw niż dokańczenie projektu. Klubem rządzą te same osoby – to właściwie jedyne, co nie uległo zmianie. Obecna drużyna diametralnie różni się od tej, która sięgnęła po ostatni tytuł. Wtedy w wyjściowym składzie dominowali Polacy, wspierani przez czterech-pięciu wartościowych obcokrajowców. Dziś proporcje są odwrotne: w jedenastce na mecz z Legią Warszawa znalazło się tylko trzech polskich zawodników. Zmieniła się także rola wychowanków. Kluczowymi postaciami mistrzowskiego zespołu byli Karol Linetty, Tomasz Kędziora, Marcin Kamiński oraz Dawid Kownacki. W tej chwili istotne role odgrywają jedynie Puchacz i Jakub Kamiński.
– Dostrzegam sporo wspólnych mianowników z początkiem mojej pierwszej kadencji. Przede wszystkim to, że drużyna nie jest w punkcie, w którym chciałaby być. Z różnych względów wielu zawodników nie prezentuje poziomu, na który ich stać. Chcę z nimi popracować, przyjrzeć się im z bliska, pomóc pokazać pełnię możliwości. Dużo sobie po tym obiecuję. Paulus Arajuuri w 2014 roku był uważany za nieudany transfer, tymczasem gdyby nie on, nie byłoby mistrzostwa. Udało się również odbudować formę Darko Jevticia czy Szymona Pawłowskiego – wspominał nowy-stary szkoleniowiec Lecha.
(…)
90 MINUT Z ANDRE MARTINSEM. Grałem z najlepszym piłkarzem w historii futbolu
Od razu było widać, że wyróżniają go nietuzinkowe umiejętności techniczne i ponadprzeciętna inteligencja piłkarska. W końcu ma na koncie dwa występy w reprezentacji Portugalii, a do takiej drużyny nie trafia się przez przypadek.
PAWEŁ GOŁASZEWSKI
Za cztery miesiące miną trzy lata, kiedy trafiłeś do Legii. Rozwinąłeś się w Polsce?
Myślę, że tak, przede wszystkim pod względem fizycznym – mówi Andre Martins. – W każdym spotkaniu musisz być gotowy na walkę, wszyscy grają bardzo kontaktowo. W niektórych meczach jest więcej walki fizycznej niż gry technicznej, ale trzeba się do tego przyzwyczaić. W Legii są topowi piłkarze, z którymi trenuję od wielu miesięcy, dlatego uważam, że poprawiłem się również jako piłkarz w aspektach technicznych. Mamy najlepszą drużynę, najlepszych zawodników w Polsce, więc dzięki temu na każdym treningu mogę się czegoś nauczyć.
(…)
W swojej karierze spotkałeś wielu ciekawych zawodników. Grałeś na przykład z Estebanem Cambiasso, Pepe czy Nanim, ale wybór najlepszego piłkarza, z którym dzieliłeś szatnię jest chyba oczywisty?
Na zgrupowaniach reprezentacji Portugalii miałem zaszczyt trenować oraz grać u boku Cristiano Ronaldo. Każdy wie, że jest wielkim, legendarnym piłkarzem, ale kiedy oglądasz go z trybun czy w telewizji to nie doceniasz go tak bardzo, jak wtedy, kiedy wychodzisz z nim na boisko. Jest genialny. W trakcie treningu wszystko wykonuje na sto procent, w każde ćwiczenie wkłada całe serce. Generalnie nie czujesz, że rozmawiasz z najlepszym piłkarzem w historii futbolu. Udziela wielu wskazówek, podpowiada i przede wszystkim opiekuje się najmłodszymi zawodnikami, którzy są na zgrupowaniu. Da się odczuć, że jest prawdziwym liderem.
Pamiętasz wasze pierwsze spotkanie?
W reprezentacji Portugalii jest taki zwyczaj, że każdy piłkarz, który pierwszy raz przyjeżdża na zgrupowanie musi wyjść na środek i wygłosić krótką przemowę do kolegów oraz trenerów. Po pierwszym treningu na zgrupowaniu debiutanci udali się do hotelu, gdzie mieli układać swoje wystąpienia. Spotkałem wtedy Cristiano. Z uśmiechem na twarzy powiedział, żebym po prostu przygotował w pokoju kilka zdań i wygłosił je po kolacji. Rzucił jeszcze jakimś żartem i odszedł uśmiechnięty.
Powiedziałeś, że to najlepszy piłkarz w historii futbolu. Przesłyszałem się?
Nie było lepszego do tej pory. Od lat trwają dyskusje: Ronaldo czy Messi, Pele czy Maradona, ale trudno ich porównywać, bo grali w innych czasach. Mimo wszystko dla mnie wybór jest oczywisty. Na drugim miejscu umieściłbym Messiego, a niżej dopiero Pelego i Maradonę. Może to dlatego, że Ronaldo i Messi żyją w moich czasach, oglądam ich mecze, a pozostałych dwóch piłkarzy widziałem tylko w urywkach spotkań w internecie.
Z Ronaldo rozegrałeś jeden mecz w reprezentacji Portugalii, ale w młodzieżówce spotkałeś też ciekawego zawodnika, który dzisiaj jest jednym z najlepszych w Premier League.
Z Bruno Fernandesem znamy się od wielu lat. Wspólnie byliśmy na igrzyskach olimpijskich w 2016 roku w Rio de Janeiro i już wtedy było widać, że to bardzo utalentowany zawodnik, który lada chwila trafi do wielkiego klubu. Najpierw przebijał się we Włoszech, w końcu wylądował w Manchesterze United za grube miliony. Wystarczy popatrzeć jak Manchester grał bez Bruno, a gdzie jest dzisiaj z nim w składzie. To jest kolosalna różnica i krok do przodu dla drużyny. On ma taki dar, że nie ciągnie zespołu w pojedynkę, ale również inni piłkarze wchodzą przy nim na wyższy poziom. Mogę czuć dumę, że grałem z nim w jednej drużynie i do dzisiaj mamy kontakt.
Czyli transfer do Premier League nie spowodował, że uderzyła mu woda sodowa?
Absolutnie nie, Bruno na pewno nie czuje się gwiazdą i jest taki sam, jaki był pięć lat temu. Życzliwy, pomocny, regularnie ze sobą rozmawiamy, wymieniamy wiadomości. Czasami nawet potrafi napisać z gratulacjami po wygranym meczu, mimo że nie pytał mnie wcześniej o wynik.
Ogląda mecze Legii?
Nie wiem, czy ogląda, ale na pewno sprawdza wyniki i czy pojawiłem się na boisku. Bruno uwielbia futbol, ogląda wiele spotkań z różnych lig i na pewno potrafiłby niejedną osobę zaskoczyć swoją wiedzą. Na tym punkcie jest zwariowany.
(…)
CZY DONNARUMMA ZASTĄPI SZCZĘSNEGO? Jeden do jednego
Gdyby wczytać się w artykuły włoskich dzienników i głosy płynące z Turynu, można by dojść do wniosku, że głównym problemem Juventusu jest bramkarz, a pierwszym krokiem w drodze powrotnej na szczyt jego wymiana. Co z prawdą ma niewiele wspólnego, a tylko pokazuje, jak silną pozycję zbudował sobie Mino Raiola.
TOMASZ LIPIŃSKI
Jest potężny. Wszechmocny. Może wszystko. Zna każdego. Lepiej mieć go za przyjaciela, w najgorszym przypadku partnera w interesach. Jeśli nie, to znajdujesz się poza głównym nurtem. Wypadasz z mainstreamu. Słabniesz.
Za 12 milionów
Czując władzę nad prezydentami najmocniejszych klubów Włoch przede wszystkim i części Europy, bez skrupułów ją wykorzystuje. Metodami szantażu, twardego targowania, stawiania spraw na ostrzu noża. Bo to nie jest człowiek, do którego przemawiają sentymenty i w ogóle jakieś ludzkie uczucia. W biznesie je odrzuca. Liczą się pieniądze, wznoszenie pod chmury prywatnego imperium, które i tak nigdy nie dorówna jego ego. Ono jest największe. Chce mieć więcej i więcej, żeby czuć się większym. Być numerem 1. O co na europejskim rynku toczy walkę z Jonathanem Barnesem i Jorge Mendesem, a młodsza i niemniej drapieżna konkurencja przecież nie śpi.
W 2020 roku, roku szalejącej pandemii, cięcia kosztów, w tym wydatków na transfery, kluby Serie A wydały na prowizje dla piłkarskich agentów 138 milionów euro. Pierwsze miejsce w tej klasyfikacji zajmuje Juventus z kwotą zbliżoną do 21 milionów, na trzecim był Milan – ponad 14. Nieprzypadkowo, bo akurat oba te kluby największe deale robią z Raiolą. W tej globalnej liczbie nie zostały wyszczególnione jego zarobki, ale nietrudno się domyślić, że były najwyższe i kilka razy przewyższały zyski innych.
Jeśli biedy nie odczuł i kasa mniej więcej zgadzała się, to jednak boleśnie musiała uderzyć w menedżera o przydomku Król Midas klasyfikacja „Forbesa” uwzględniająca zarobki agentów sportowych w 2020 roku. Spadł z podium z bilansem blisko 85 milionów dolarów. O 20 milionów za trzecim Mendesem, o 60 za drugim Jonathanem Barnesem i o 80 za działającym w bejsbolu liderem Scottem Borasem. W duchu musiał podjąć postanowienie poprawy podupadłej pozycji. A miał kim zaatakować. Z propozycjami za Erlinga Haalanda krąży do Madrytu do Barcelony, a pewnie jeszcze o Manchester zahaczy. We Włoszech na scenę za rączkę wyprowadził Gianluigiego Donnarummę.
Tak się świetnie złożyło, że z końcem sezonu wygasa mu kontrakt z Milanem. Ma 22 lata, znakomite opinie i pozycję na rynku, będzie wolnym zawodnikiem. Grzechem tego nie wykorzystać i nie zagrać grubo. Tak żeby odbiło się echem po całym świecie, żeby wszyscy się dowiedzieli, że z podopiecznym Raioli nikt nie może się równać. – Chcecie go mieć, to dajcie 12 milionów euro rocznie – taki stworzył punkt pierwszy w planie na ten ruch transferowy. Milan, który zatrzymał się na 8 milionach i już bardziej się nie wychyli, zbył ciszą (być może w kuluarach także śmiechem). Ma być 12, bo to by oznaczało, że Donnarumma stanie się najlepiej zarabiającym bramkarzem na świecie i zarazem drugim piłkarzem w całej Serie A, a jeśli zdecydowałby się na odejście z Juventusu Cristiano Ronaldo, to nawet pierwszym. Prestiż i demonstracja siły więc niesamowite.
W Italii tylko jeden klub jest w stanie podskoczyć na taką wysokość. Jego przyjście do Juventusu wpisywałoby się w definicję samospełniającej się przepowiedni. Od pierwszego wejrzenia, pierwszych parad i wykopów przypominał wszystkim Gianluigiego Buffona. Tylko on był godzien przejąć koronę z jego rąk. Skoro tak stało się w reprezentacji Włoch, to dlaczego miałoby nie być w Juventusie? Najlepszy włoski bramkarz na lata, w najlepszym włoskim klubie od zawsze – między tymi dwoma plusami wypadało postawić znak równości. Nadarzyła się ku temu idealna okazja. Zresztą nie pierwsza.
O kierunku turyńskim pisało się już w 2017 roku, kiedy Raiola targował się z Milanem o pierwszy dorosły kontrakt kończącego 18 lat Donnarummy, którego kariera rozwijała się w błyskawicznym tempie.
Raz na 20 lat
Nie miał matury, samochodu nie prowadził, bo nie zrobił jeszcze prawa jazdy, nie miał własnego mieszkania, ale też nie mieszkał z rodzicami. Zakotwiczył w internacie po przeprowadzce z małego miasteczka na Południu do dużego miasta z Północy, bo ktoś dostrzegł w nim potencjał i postanowił dać szansę. Sam się nie utrzymywał, ale już zarabiał. Jak na nastolatka raczej sporo: 160 tysięcy rocznie w końcu trudno sprowadzić do poziomu zwykłego kieszonkowego, jak na piłkarza z ligi włoskiej jednak bardzo skromnie. Tak wyglądały jego początki, kiedy już został okrzyknięty Buffonem II.
Jego nastoletnie życie nabrało gwałtownego przyspieszenia latem 2015 roku. Kiedy jego rówieśnicy beztrosko byczyli się na wakacjach i myśleli o tym, jak wesoło i atrakcyjnie spędzić czas pozostały do rozpoczęcia roku szkolnego, on zabrał się z pierwszym zespołem Milanu na obóz przygotowawczy. Polecił go klubowy trener bramkarzy, uważany we Włoszech za jednego z najlepszych specjalistów w tej dziedzinie, Alfredo Magni. Nowy trener Sinisa Mihajlović nie widział żadnych przeszkód, w końcu sezon ogórkowy to najlepszy okres na bramkarskie korepetycje dla żółtodzioba u starych nauczycieli takich jak Christian Abbiati i Diego Lopez. Nikomu się nie śniło, że Donnarumma w krótkim czasie przewróci hierarchię do góry nogami.
(…)
BYŁO, ALE NIE MINĘŁO Z… JANUSZEM CHOMONTKIEM. Sam decydowałem, kiedy miała spaść
Był postacią tak samo popularną jak najlepsi polscy piłkarze. Tańczył z Maradoną, lepiej od niego podbijał piłkę. Chciał to robić całe życie, nie przestał nawet w kryminale. Zastopowała go pandemia.
ZBIGNIEW MUCHA
Janusz Chomontek ma dziś 53 lata. Sporo, ale nie na tyle dużo, by zatracić sprawność w dyscyplinie, którą doprowadził do perfekcji. W normalnych czasach był gościem wielu imprez, na których bawił ludzi i zarabiał. Teraz – co zrozumiałe – nie może, a dla telewizji nie jest już świeżym towarem. Nie jego skala. Z kolei do programów typu „Mam talent” jakoś go nie ciągnie. Radził sobie po swojemu, ale nowa rzeczywistość lekko go podłamała.
Dziekan też zniknął
– Potrafi pan grać w piłkę? – pytam na początek, bo zawsze mnie to interesowało. Nie obraża się.
– Owszem. Z tym że moja technika nie była użytkowa, na boisku liczyły się inne cechy, których mi brakowało, choćby szybkość. Może gdybym mieszkał w dużym mieście, zamiast na wsi z pięcioma chałupami na krzyż, byłoby łatwiej się przebić. Sporo pograłem jednak w okręgówce, w Zawiszy Grzmiąca, potem w trzecioligowej Gwardii Koszalin. Kolegami z boiska byli Mirek Trzeciak i Grzesiek Lewandowski. Dobre towarzystwo, co by nie mówić. Służąc w wojsku trafiłem do Zawiszy Bydgoszcz. To był wówczas mocny klub pierwszoligowy.
Mówi, że ocierał się o pierwszy skład, ale przecież nigdy nie zadebiutował w najwyższej klasie rozgrywkowej. Grał w rezerwach. A skąd się w ogóle wziął?
Pochodzi z małej wsi Gdaniec w zachodniopomorskim. PGR, bieda, rodzice harowali, ojciec był kowalem, Januszek pomagał w polu. Usłyszał o Pele, wyobraźnia zaczęła pracować. Na prawdziwą piłkę nie było go stać, miał gumową. Walił nią o szopę kilka godzin dziennie. Najbardziej lubił podbijać – nogą, głową, obojętnie. Szedł do szkoły w Grzmiącej i przez trzy kilometry podbijał piłkę. Dzień w dzień. I z powrotem też.
Zobaczył w telewizji program „Piłkarska kadra czeka” prowadzony przez Adama Gocela. Napisał list, pochwalił się osiągnięciami. Dostał odpowiedź: przyjeżdżaj na Woronicza. Pojawił się w programie i to było wydarzenie – ludzie we wsi zaczęli podziwiać, czasem trochę się podśmiewywać. Bo niby gwiazda telewizyjna, a bez kasy. Kolejny krok to zaproszenie na mistrzostwa Polski w żonglerce organizowane na stadionie Polonii Warszawa. Przyjechało kilkudziesięciu śmiałków z całej Polski. Była znów telewizja i urywki w Teleexpressie. Po godzinie żonglerki zostało ich ledwie kilku i gość specjalny – Dariusz Dziekanowski. Wreszcie wokół nastolatka z Gdańca zrobiło się pusto.
– Musiałem w końcu zrezygnować, bo nie zdążyłbym na pociąg powrotny. A następny w stronę Kołobrzegu był za osiem godzin. Dlatego przerwałem. Zresztą nigdy w trakcie bicia jakiegokolwiek rekordu piłka nie spadła mi na ziemię. Zawsze sam kończyłem. Sam decydowałem, kiedy ma spaść.
To były szalone lata 80. Gocel rzucił luźną myśl: pobij jakiś rekord, na przykład w marszu, żonglując piłkę. Jakiś Czech przeszedł w ten sposób 26 kilometrów. By go przeskoczyć Janusz nie dołożył symbolicznych stu metrów, zatrzymywał się dopiero na 30 kilometrach.
– Ustaliłem trasę z Ustki do Słupska. Tu już żartów nie było, tym bardziej że moimi próbami wciąż interesowała się telewizja. Skuchy być nie mogło. W wieku 19 lat stałem się popularnym człowiekiem. Do rodzinnej wsi zjeżdżały media. Gdaniec to była straszna dziura, tymczasem w ciągu kilku dni przyjmowałem dwudziestu reporterów. TVP, „Piłka Nożna”, „Trybuna Ludu”, w głowie mogło się zakręcić. Wszyscy pisali o „Maradonie z Grzmiącej”.
Tańce z Diego
Pele był inspiracją, ale w latach młodości Chomontka futbolem rządził Diego. No i Diego miał swój oficjalny rekord w żonglerce – 7 tysięcy podbić. Miał, dopóki nie wziął się za niego młokos z Polski. Przebił go najpierw dwukrotnie, potem poprawił, doszedł z czasem do 35 tysięcy. Bo jak trzeba było pobić jakiś rekord, to wiadomo – zawsze z nawiązką. Jego nazwisko zaczęło być kojarzone zagranicą. Otrzymywał mnóstwo zaproszeń. Nie tylko przy okazji meczów, także rozmaite Dni Miasta, akademie, szkolne imprezy. Stał się człowiekiem popularnym, politycy go znali, nawet ci najważniejsi – Wałęsa, Kwaśniewski. Chyba najmniejszym zainteresowaniem cieszył się we własnej wsi, gminie, województwie. Im dalej, tym było lepiej. A najlepiej we Włoszech. Gdy pobił rekord Maradony otrzymał zaproszenie od stacji Rai Uno. Wsiadł więc w samolot gdzie już omal nie umarł z emocji. A potem studio telewizyjne – w nim Boniek, Rossi i oczywiście Diego. Krótki pokaz, odbijanie głową w parach, ludzie zachwyceni.
– Diego był cudowny, serdeczny, luzak. Dostrzegł, że ja podobny jestem. Zaprosił po nagraniu najpierw na kawkę do lokalu. Był z całą świtą. Poszedłem. Zrobiła się z tego dłuższa impreza, dyskoteka, kluby nocne, drinki, te klimaty. „Taki talent rodzi się jeden na kilka miliardów” – tak mi powiedział Argentyńczyk.
(…)
WSZYSTKIE TEKSTY POCHODZĄ Z NAJNOWSZEGO WYDANIA TYGODNIKA „PIŁKA NOŻNA” (16/2021)
Po tym, jak negocjacje między Zagłębiem Lubin a Rakowem Częstochowa ws. wykupu Leonardo Rochy zakończyły się fiaskiem, „Miedziowi” ruszyli na poszukiwania nowego snajpera. Padło na dwukrotnego reprezentanta Węgier.
Michał Synoś znajdował się w kręgu zainteresowań polskich oraz zagranicznych klubów. 18-letni stoper podjął już decyzję, gdzie będzie występował od sezonu 2026-27.