W herbie Madrytu widnieje zwierzę – niedźwiedź. Niedźwiedzie, jak wiadomo, przed zimą zapadają na ogół w sen. I jakoś trudno było uwolnić się od takiego skojarzenia oglądając derby stolicy Hiszpanii między Realem i Atletico: było to starcie dwóch mocnych, ale już nieco śniętych stworzeń.
W zasadzie to oba madryckie kluby, niedawno najlepsze w Europie, przysypiają od dawna, jakby pewne, że gdy się obudzą i rykną, to wystraszą całą Hiszpanię i Europę. Jednak Atletico Europę ostatnio rozśmieszyło, a w lidze oba zespoły śmieszą Barcelonę, która znów wygrała i powiększyła przewagę w tabeli.
Dzisiejszy mecz do 75 minuty był przerażająco wręcz nudny. Przesadą byłoby nawet napisać, że obie drużyny czekały na błąd rywala, bo grały, jakby czekały tylko na końcowy gwizdek sędziego. Golem nie zapachniało w tym okresie nawet przez chwilę. Obrońcy obu ekip grali dobrze, pomocnicy średnio, zaś napastnicy słabo. A bramkarze? Bramkarze nie grali wcale, lecz statystowali; halabardy by im nie zawadzały. Dopiero w końcówce, kiedy Antoine’a Griezmanna i Angela Correę zastąpili Kevin Gameiro i Fernando Torres, coś się ruszyło, co ciekawe – także w zespole Los Blancos.
Ostatnie piętnaście minut miało poziom obiecującego początku derbów stolicy piłkarskiej Europy. Niestety, zanim zawodnicy się rozkręcili na dobre, sędzia zagwizdał po raz ostatni. Doprawdy, nic by się nikomu nie stało, gdyby ten mecz na Wanda Metropolitano się nie odbył. Jeśli takie drużyny, jak obecne Real i Atetico odniosą w tym sezonie jakieś sukcesy, będzie to nielogiczne i demoralizujące.
Real Madryt obserwuje pomocnika. To piłkarz z Serie A
Real Madryt monitoruje rynek transferowy w poszukiwaniu wzmocnień na nowy sezon. Na radarze Królewskich znalazł się zawodnik jednego z włoskich zespołów.