Najlepszy piłkarz Belgii 2016 roku: Fałszerz doskonały
Postawić go między Diego Maradoną i Leo Messim to grzech. Ale jeśli poprowadzi Napoli do mistrzostwa albo nawet dubletu i wyeliminuje Real Madryt, grzech będzie jakby mniejszy.
Zadania trudne i ambitne, ale nie niewykonalne. Pod jednym warunkiem, że ofensywny huragan Napoli skutecznie odwróci uwagę od wrażliwej na wszystko defensywy. Dries Mertens za to, co złego dzieje się zbyt często pod bramką Pepe Reiny nie odpowiada, on – mały generał z Belgii dowodzi siłami, które są w stanie złamać każdego przeciwnika.
Czwarty z czwórką
Do momentu kontuzji Arkadiusza Milika był generałem rezerwy. Najlepszym dwunastym zawodnikiem na świecie. Od pierwszego dnia służby w Neapolu zawsze o kroczek z tyłu za Lorenzo Insigne i Jose Callejonem, ale powołany pod broń prawie nigdy nie zawodził. Frekwencję i statystyki miał imponujące. Przerastał etatowców, zwłaszcza bardziej chimerycznego oraz podatnego na kontuzje i humory otoczenia, w którym wzrastał, Insigne. Jednak gdyby przeprowadzić sondę wśród fanów Napoli na temat idealnej obsady skrzydeł, prawdopodobnie Włoch z Hiszpanem zdobyliby nieznaczną przewagę nad Belgiem. Skoro przegrywał rywalizację w klubie, to gdzie tu pasuje nawet nieśmiałe porównanie do największych Argentyńczyków w historii futbolu – zapytacie, jak najbardziej słusznie? Od dnia, kiedy z dwunastki przeistoczył się w dziewiątkę przestało mieć znaczenie to, co było i kim był wcześniej. Niejako powstał lepszy model.
Kontuzja Milika wywołała burzę mózgów i panikę w klubowym sztabie: kogo sprowadzić natychmiast, bo nie ma kontraktu, kogo kupić w styczniu, jak odbudować wiotkiego psychicznie Manolo Gabbiadiniego, co generalnie począć? I okazało się, że najlepsze rozwiązania choć na pierwszy rzut oka niedostrzegalne, znajdują się pod ręką. I tak znalazł się Mertens. Dawny skrzydłowy stał się fałszywą dziewiątką. Fałszywą tylko z nazwy, bo nie wydał ani jednego fałszywego dźwięku. Grał jak z nut, a nawet lepiej. Improwizował też doskonale. Strzelał jak najęty. Do zakończenia siódmej kolejki, czyli ostatniej, w której po raz ostatni jak do tej pory pokazał się Milik, miał dwa gole. Oba z pierwszej kolejki, w której w charakterystycznej dla siebie roli strażaka ugasił pożar na stadionie beniaminka z Pescary. Na czele klasyfikacji strzelców byli ci, którzy mieli być, czyli Argentyńczycy: Mauro Icardi i Gonzalo Higuain z sześcioma trafieniami. Gdyby jednak liczyć od ósmej kolejki w górę, obaj snajperzy oglądaliby plecy Belga. On 10, oni odpowiednio 9 i 8, a przecież nie zawsze panował na środku ataku, bo jeszcze resztek złudzeń trener Maurizio Sarri nie wyzbył się względem miałkiego Gabbiadiniego.
W grudniu żarty się skończyły i Mertens przystąpił do szturmu. Najpierw zdemolował Cagliari, tydzień później sponiewierał Torino. Joe Hart grał przeciwko najlepszym napastnikom świata, ale jeszcze żaden nie wbił mu czterech goli w 90 minut. Aż do 18 grudnia. A to, co Belg zrobił w 80 minucie najpierw chyba każdemu odebrało mowę z wrażenia, a po chwili wywołało zbiorową iluminację: Maradona wrócił. Zresztą w tym tonie pisały nazajutrz sportowe dzienniki: Diego Armando Mertens. W jak najbardziej godny Boskiego Diego sposób Mertens przelobował Harta i tym samym wbił czwarty gwóźdź do jego trumny. Maradona zrobił dla Napoli wiele nieocenionych i niezapomnianych rzeczy, ale o bramkowego pokera nigdy się nie pokusił. Zdarzyło się Edinsonowi Cavaniemu, z tym że w pucharowym meczu z Dnipro Dniepropietrowsk. W Serie A dokonali tego tylko trzej: Szwed Hasse Jepsson i Brazylijczyk Luis Vinicio w latach pięćdziesiątych XX wieku oraz jako ostatni Giuseppe Savoldi 18 grudnia 1977 roku, kiedy Mertens jeszcze grzecznie leżał w kołysce.
Do pary z Holendrem
Urodził się siedem miesięcy wcześniej. Z ojca gimnastyka (pięciokrotnego mistrza kraju) i nauczyciela, z matki naukowca i pracownika uniwersyteckiego. I właśnie nauka stała w jego domu na pierwszym planie. Rodzicom nie bardzo się podobało, że syn na całe popołudnia znikał z domu i ganiał za piłką. Warunkiem trenowania w Leuven, a następnie w Anderlechcie Bruksela były dobre oceny w szkole. Syn spełnił marzenia rodziców i zdobył tytuł magistra wychowania fizycznego, spełnił też swoje i został zawodowym piłkarzem.
Szło mu doskonale w trzeciej i drugiej lidze, więc transfer w 2009 roku do pierwszoligowego Utrechtu stanowił naturalną kolei rzeczy. Tam w styczniu 2011 roku zetknął się i stworzył wyśmienity duet z Kevinem Strootmanem, który choć o trzy lata młodszy wyglądał przy niższym o ponad 20 centymetrów napastniku na jego doświadczonego opiekuna.
Wystarczyło zaledwie pół roku ich współpracy, podań jednego oraz rajdów i strzałów drugiego, żeby w pakiecie za 13 milionów euro kupił obu PSV Eindhoven. To był już duży sportowy awans. W nowym środowisku odnaleźli się bez problemów. Strootman robił swoje i z marszu został liderem drugiej linii, który dzielił i rządził, regulował tempo gry, dawał asysty (w sumie 20) i od czasu do czasu straszył strzałami lewą nogą z dystansu. Natomiast szybkonogi Mertens siał ferment pod bramką przeciwników indywidualnymi akcjami i dośrodkowaniami. A przede wszystkim strzelał gole. W ciągu dwóch sezonów spędzonych w drużynie Philipsa zaliczył 37 ligowych trafień (łącznie uzbierało mu się 45) i niemal dokładnie tyle samo asyst. Z europejskimi pucharami zapoznali się tego samego dnia – 15 września 2011 roku, kiedy do Eindhoven przyjechała Legia Warszawa. Gospodarze wygrali 1:0 po golu Mertensa, który już w barwach Napoli dalej prześladował legionistów.
Prezydent Aurelio de Laurentiis działał szybko i długo się nie targował. Puścił do Holandii przelew na 9,5 miliona euro, dogadał się z menedżerem piłkarza Soerenem Lerby’m i kupił następcę Argentyńczyka Ezequiela Lavezziego, sprzedanego rok wcześniej za 2,5 razy większą sumę do Paris SG. Strootmana zgarnęła Roma.
Z ręką na pulsie miasta
W Neapolu zakochał się szybciej niż w Napoli, zwłaszcza że u Rafy Beniteza początki miał naprawdę trudne i zniechęcające. Ale zaraz, zaraz, czy jego w ogóle można do czegoś zniechęcić? Jest z natury bardzo pogodnym i optymistycznie nastawionym do świata człowiekiem. Tryska pozytywną energią, uśmiech nie znika mu z twarzy. I tą radością i luzem zaczął wreszcie promieniować na boisku.
Czuje się szczęśliwy, bo uwielbia Neapol i w mediach społecznościowych aż kipi od tych uczuć. Nie jest w tym odosobniony. Wspiera go z entuzjazmem żona Kat, która nawet założyła i prowadziła blog poświęcony nowemu miejscu. Jednak po wpisie, że Neapol jest jednym z najbardziej niedocenionych miast w Europie i jeśli przymknie się oko na ogólny chaos i brud, to przeżyć w nim można piękne chwile, spadła na nią taka krytyka, że zamknęła go dla świętego spokoju. W oczach miejscowych popełniła wykroczenie, ale to nic w porównaniu do postępku żony Lavezziego, która po napadzie i rabunku w samym centrum, będąc jeszcze w afekcie, ośmieliła się nazwać Neapol gównianym miastem.
Kat nie obraziła się, wzięła poprawkę na przeczulonych na własnym punkcie neapolitańczyków i teraz na Twitterze oraz w belgijskiej telewizji zachwala uroki miasta, prowadzi coś na kształt przewodnika po restauracjach, hotelach, sklepach i innych miejscach wartych odwiedzenia. Razem z mężem, którego porywa na wycieczki po całym regionie, stali się największymi ambasadorami Kampanii. Na zamieszczanych zdjęciach sprawiają wrażenie turystów na wiecznych wakacjach. Ich pięknie położony dom służy za hostel przybywającej z Belgii rodzinie i znajomym.
Nie wszyscy jednak przyjeżdżają tylko dla przyjemności. Weźmy na przykład matkę piłkarza. Profesor Marijke Van Kampen niedawno gościła w Neapolu na zaproszenie tamtejszego uniwersytetu. Jako jeden z największych na świecie autorytetów w dziedzinie rehabilitacji pacjentów onkologicznych uczestniczyła w zjeździe i wygłosiła wykład. W ławach auli zasiadł także Dries, który trzymał tę wiadomość w tajemnicy – łatwo sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby kibice zwiedzieli się o jego obecności – i całą historię ujawnił dopiero post factum.
On czuje puls miasta. Jest typem społecznego wrażliwca. Odwiedza więzienia, poprawczaki, szpitale, uczy się dialektu, jako wielki miłośnik psów wspiera finansowo trzy neapolitańskie schroniska. Neapolowi wiele daje, ale też odbiera. Gdyby nie popisowe partie w Serie A, efektowne występy w tej edycji Ligi Mistrzów, to nie zostałby doceniony w ojczyźnie i nie zdobyłby tytułu najlepszego piłkarza 2016 roku. Wygrał przed Edenem Hazardem i Radją Nainggolanem. A przecież na Euro 2016 znów był tylko dwunastką, dopiero w jesiennych meczach eliminacyjnych grał pierwsze skrzypce. Jak na przykład z rozgromioną 8:1 Estonią.
W lutym i później aż do maja nie może zwolnić. Real, Juventus, reprezentacja – takie przed nim wyzwania. Zdetronizowanie Królewskich i Starej Damy byłoby na miarę Maradony i Messiego, co do tego w Neapolu nie mają żadnej wątpliwości.