Gdyby zestawić skład Milanu z 1. kolejki ze składem z 26. i jak na razie ostatniej, to pod tym samym szyldem zmieściłyby się dwie różne ekipy. No prawie dwie, bo 19 różnych piłkarzy. Tam w największym stopniu, ale przecież nie tylko tam, znajdziemy tych, którzy zaczynali ten sezon w glorii, a następnie przez różne perypetie zostali sprowadzeni na ziemię i przeczołgani.
(fot. Reuters)
TOMASZ LIPIŃSKI
Trzech ocalałych w czerwono-czarnych koszulkach, którym udało się przejść wąską kładką zarzuconą między sierpniem a marcem to Alessandro Romagnoli, Samu Castillejo i Hakan Calhanoglu. Gdyby nie uraz, byłby czwarty – Gianluigi Donnarumma, ale to i tak skandalicznie mało. Reszta została zepchnięta w przepaść albo wisi na krawędzi.
Paqueta jak Piątek
Czterech z wyjściowej jedenastki, która na inaugurację dała się pokonać Udinese, nie ma już w klubie. Nielubiany przez kibiców Ricardo Rodriguez kropkę na karierze w Serie A postawił zaraz po niechlubnym laniu 0:5 w Bergamo i wyemigrował do PSV Eindhoven. Fabio Borini jest od stycznia w Hellas Werona wreszcie regularnym piłkarzem, a nie notorycznym rezerwowym. Suso chwali sobie powrót po sześciu latach do ojczyzny. Jaki jest stan ducha i formy Krzysztofa Piątka w Hercie Berlin, ciągle trudno powiedzieć. Natomiast Milan czuł się w miarę usatysfakcjonowany stosunkowo niedużym minusem powstałym w wyniku transferu Polaka do i z. Na to samo liczy w przypadku Paquety.
Brazylijczyk, który miał być drugim Kaką, został w Mediolanie tylko ciałem, bo duchem znajduje się w zupełnie innym miejscu. Już podczas zimowego okienka transferowego dawał wyraźne oznaki zniechęcenia, a nawet desperacji związane z sytuacją w klubie. Przekonał trenera Silvio Piolego, żeby nie brał go pod uwagę przy powołaniach do kadry meczowej. W przypadku zawodnika zdrowego, normalnie trenującego, taka prośba to wyjątkowa rzadkość. Za nowym klubem rozgląda się również Mateo Musacchio. Argentyńczyka wygryzł Simon Kjaer, który – do czego to doszło – był za słaby dla Atalanty, a w Milanie od razu wskoczył do podstawowego składu. Po kontuzji kryształowego Duńczyka trener Pioli nad doświadczenie Musacchio przedłożył szlifowanie talentu wychowanka Matteo Gabii. Inny produkt tamtejszej szkółki, Davide Calabria, z czasem stał się drugim wyborem na prawej obronie. To raport z Milanu, który – o czym niedawno dokładniej pisaliśmy na łamach „PN” – znajduje się w stanie permanentnej i totalnej rewolucji. Wprawdzie gdzie indziej skala inna, ale na przestrzeni tych paru miesięcy również całkiem spore rotacje.
Nie pomogli
Z geograficznego punktu widzenia najbliżej Milanu leży Inter, więc jego weźmy na początek. Od lipca Antonio Conte zagonił wszystkich do roboty. W końcu dystans do nadrobienia był spory, a on nie po to się zatrudnił, żeby wąchać spaliny Juventusu, Napoli i kogoś tam jeszcze. Obiecywał ciężką pracę i pytał: – Pomożecie? – Nie pomogę – usłyszał od Ivana Perisicia, który z racji wieku i związanych z nim ograniczeń fizycznych w porę pojął, że nie spełni oczekiwań trenera i zmył się z pokładu. Pozostali chwycili za wiosła. O dwóch już wiadomo, że przecenili swoje siły.
O Stefano Sensim także my pisaliśmy w samych superlatywach. Trudno było nie zachwycić się tym filigranowym fantasistą niby wyprodukowanym we Włoszech, ale działającym na katalońskiej licencji. Porównania do Xaviego czy Andresa Iniesty choć na pewno na wyrost, nie wydawały się całkiem nie na miejscu. Dobra passa i prasa dość szybko się skończyły. W październiku pierwsza kontuzja, w grudniu powrót, ale w styczniu jak na dłoni było widać, że to nie ten sam zawodnik, co we wrześniu. W lutym druga kontuzja. W efekcie nie udało mu się osiągnąć nawet 50-procentowej frekwencji. Teraz zarówno on jak i klub są w kropce. On musi sobie odpowiedzieć, czy na dłuższą metę jego organizm będzie w stanie wytrzymać obciążenia narzucone przez Conte. Z kolei Inter rozważyć, czy w piłkarza skłonnego do popadania z jednej kontuzji w drugą warto zainwestować kolejnych 20 milionów euro, bo tyle będzie kosztowało definitywne wykupienie go z Sassuolo.
Kwadwo Asamoah znał metody Conte dobrze jak nikt inny w Interze. Co więcej w Juventusie nawet należał do jego ulubieńców. Był nie do zajechania i nie do zabiegania. Był taki, jakich sierżant dyrygujący z ławki lubił najbardziej: mało mówił, dużo robił i wykonywał wszystkie rozkazy. Jednak za trud i wyrzeczenia przyszło mu zapłacić. Massimo Allegri miał z niego coraz mniej pożytku w Juventusie. Ghańska maszyna okazała się tylko człowiekiem, któremu w wykonywaniu kolejnych zadań coraz bardziej przeszkadzało lewe kolano. Zmiana otoczenia w połowie 2018 roku okazała się ozdrowieńcza i w poprzednim sezonie hasał jak za najlepszych lat. O tym sezonie już tego napisać się nie da. Owszem zaczął na wysokich obrotach (6 pełnych występów w 7 pierwszych kolejkach), ale silnik mu się zatarł 29 października i od tamtego czasu stanął w zajezdni. Nie został zgłoszony do rozgrywek Ligi Europy, w jego miejsce sprowadzono i wpisano na pucharową listę Ashleya Younga, który choć starszy o trzy lata wydaje się być ulepiony z innej gliny. Za rok Asamoahowi kończy się kontrakt z Interem, ale z wiadomych względów może on nie być zainteresowany jego przedłużeniem.
Patrząc na skład Interu z inauguracji ze zdumieniem odkryjemy w nim Andreę Ranocchię, który od dłuższego czasu bardziej dba o atmosferę w szatni niż o porządek w defensywie na boisku. Jego obecność należało tłumaczyć problemami zdrowotnymi Stefana de Vrija i adaptacyjnymi Diego Godina. Jeśli Holender z wszystkim szybko się uporał, to Urugwajczyka trudno nie umieścić w pierwszym rzędzie rozczarowań. Po prostu nic nie wniósł takiego, czego w Interze wcześniej by brakowało.
Słabości trenerów
Statystyki Juventusu pokazują, że wprost nie sposób się obejść bez Samiego Khediry. Z nim w składzie 17 razy w tym sezonie: 14 zwycięstw i 3 remisy. Pewnie wielu wielbicieli Starej Damy z niedowierzaniem kręci głowami, bo Khedira do faworytów tłumów nie należy: jakiś taki archaiczny, spowalniający i generalnie bezbarwny. Jednak równocześnie to ten typ piłkarza, którego najbardziej żal, kiedy go zabraknie i przede wszystkim którego jak mało kogo cenią trenerzy. Allegri był w nim zakochany. Mawiał, że to profesor, który nie musiał szybko biegać, wykonywać nie wiadomo jakich cudów z piłką, ważne, że szybko myślał. Swoją taktyczną mądrością Niemiec kupił także Maurizio Sarriego.
Drugą, poza niskimi notowaniami u publiczności, wadą potężnego na pierwszy rzut oka pomocnika zawsze była krucha konstrukcja fizyczna. W końcu zaczęto o nim pisać, że ma jedwabne mięśnie, bo tak często się zrywały. Od grudnia zniknął z innego powodu: artroskopii kolana. Dopiero trzy miesiące później znalazł się ponownie w kadrze meczowej, ale koronawirus zatrzymał jego powrót.
Podobnie, ale mimo wszystko trochę inaczej mają się sprawy z Mattią de Sciglio. Podobnie, bo kibicom jeszcze trudniej zrozumieć tę słabość trenerów do niego. Był uważany za przybranego syna Allegriego, który widział w nim idealnego zmiennika dla Daniego Alvesa albo Joao Cancelo, albo obrońcę do specjalnych poruczeń. U Sarriego miał być dublerem Danilo, ale początkowo znalazł się nawet wyżej w hierarchii. Szybko jednak trener uznał, że ani jeden, ani drugi nie dadzą mu tego, co wycofany do defensywy Juan Cuadrado i to jest teraz pierwsza opcja. Natomiast dlatego inaczej i chyba nie tak wyrozumiale należy podchodzić do De Sciglio, bo to po pierwsze po prostu dużo słabszy piłkarz niż Khedira i nawet w formie dużo mniej daje drużynie, po drugie – akurat jemu zdrowie dopisuje i gotowością na każde wezwanie jakoś się ratuje przed wyrzuceniem.
Zemsta na Brazylijczyku
Pozostając w temacie bocznych obrońców, aż prosi się o przypomnienie o Faouzim Ghoulamie, na którego w okresie niespełna trzech lat spadło co najmniej tyle różnych problemów, co ma samogłosek w imieniu. Algierczyk po cichu rósł i rósł, podobnie zresztą jak całe Napoli pod wodzą Sarriego, aż ktoś rzucił opinię, że stał się jednym z najlepszych lewych obrońców na świecie. Mało kto z tym polemizował. Koszmar zaczął się 1 listopada 2017 roku, kiedy podczas meczu z Manchesterem City zerwał więzadło w kolanie. Pięć miesięcy później wrócił do treningów, ale na jednym z nich uszkodził chrząstkę w tym samym kolanie. W sezonie 2017-18 już nie pojawił się na boisku. W kolejnym nadal nie było jak dawniej. Trochę grał, więcej leczył się lub odpoczywał. Na początku tego sezonu na równych prawach rywalizował z Mario Ruiem, ale od 19 października tym razem problemy mięśniowe odesłały go na długie L4. W Napoli już go nie chcą, Algierczyk sprzeciwiał się wypożyczeniom do Olympique Marsylia, Lille i Newcastle.
Systematycznie z radarów znikał też Allan. Brazylijski bulterier cieszył się zaufaniem Sarriego, Ancelotti również na niego stawiał. Jego sytuacja nieodwracalnie zmieniła się po 5 listopada. W Napoli już wtedy się paliło, wyniki w Serie A rozczarowywały, drużyna przed meczem z Salzburgiem w Lidze Mistrzów przebywała na karnym zgrupowaniu, a po remisie z mistrzem Austrii miała je kontynuować. Doszło do buntu drużyny przeciw Aurelio De Laurentiisowi, a Allan miał nawet rzucić się z rękami na syna prezydenta. Na zemstę nie trzeba było długo czekać. W styczniu do klubu trafili Stanislav Lobotka i Diego Demme, a Allan po zamknięciu zimowego okienka transferowego powąchał murawę tylko dwa razy, łącznie przez 14 minut. W obozie wicemistrzów Italii można jeszcze pochylić się nad losem Aleksa Mereta, który miał systematycznie zbliżać się do Donnarummy i reprezentacji, ale w oczach Gennaro Gattuso przegrał rywalizację z Davidem Ospiną i już myśli o nowym miejscu pracy. Prawdopodobnie żałuje, że latem poprzedniego roku takiej decyzji nie podjął Kalidou Koulibaly. Czołowe kluby z Premier League chciały go za każde pieniądze, tymczasem został, od grudnia pauzuje i jego rynkowa wartość spadła na łeb, na szyję.
Stabilni
Daniel Fonseca zrobił w Romie przewrót w defensywie. Wystawił za drzwi walizki Alessandro Florenziemu, gdyby mógł, to samo by zrobił Federico Fazio i Juanowi Jesusowi. Za to przypadł mu do gustu Bruno Peres, który w styczniu, po dwóch latach, powrócił do Rzymu z wypożyczenia. Miał być tylko przelotem, tymczasem wkradł się do podstawowego składu. Na Brazylijczyka nikt specjalnie nie czekał ani nie liczył, co innego na Nicolo Zaniolo. Niedługo miną trzy miesiące od jego operacji. Najmniej zmian i zawirowań dotknęło Atalantę i Lazio. I chyba nie ma przypadku w tym, że kurs akurat tych klubów był najbardziej stabilny i obliczalny.
TEKST UKAZAŁ SIĘ W TYGODNIKU „PIŁKA NOŻNA” (12/2020)