Ten tytuł należy jeszcze traktować dosłownie i banalnie. Do wymiaru symbolicznego może dopiero urosnąć. Niewykluczone, że już w sobotę. Wszystko w mocy i rękach Bartłomieja Drągowskiego.
TOMASZ LIPIŃSKI
Gdyby wyjechał ze stadionu San Paolo z czystym kontem, gdyby zatrzymał Napoli, byłby kimś. Wreszcie dałby sobie szansę na zaistnienie w lidze, w której niby jest już trzeci sezon, ale jakby ciągle go w niej w ogóle nie było.
AFRONT Z LAFONTEM
Bronił od przypadku do przypadku, nie pozbywając się na dłużej niż dwie kolejki pozycji numeru 2 w Fiorentinie. Działo się tak tylko wtedy, kiedy jedynka zasłużyła na wcześniejsze wakacje i odpuściła ostatnią kolejkę, zobaczyła czerwoną kartkę lub doznała kontuzji. W sumie pięć meczów (plus dwa w Pucharze Włoch), w tym tylko dwa całe na 79 możliwości. Nie na to liczył bramkarz porównywany do Wojciecha Szczęsnego lub z racji przynależności klubowej do Artura Boruca, a wliczając jeszcze Rafała Wolskiego i Jakuba Błaszczykowskiego czwarty Polak w klubie z Florencji.
Jeśli nie wydarzy się nic niespodziewanego, z Napoli zagra dlatego, że uraz wyeliminował Albana Lafonta. Niezły afront Drągowskiemu uczynili działacze z tym transferem Lafonta. Po odejściu Marco Sportiello do Frosinone z pewnością narobił sobie nadziei na dużo więcej w nowym sezonie, a tu nagle jak grom z jasnego nieba spadł młodszy o dwa lata i wart 8 milionów euro ciemnoskóry Francuz, rodem z Burkina Faso. Starszym i bardziej doświadczonym jakoś jeszcze nie wstyd było ustępować, ale młodszemu, prawie juniorowi to już trochę głupio. A chociażby zapłacona słona cena za Lafonta to jemu wskazywała pierwsze miejsce w kolejce do bramki.
Ten fakt musiał dać dużo do myślenia Polakowi. Skoro przez dwa lata nie zdobył zaufania i trenerzy postawili na młodszego, to znaczyło, że stanął przed murem, którego nigdy już nie przeskoczy. Zatem nie warto przed nim dłużej stać i czekać w nieskończoność, lepiej go ominąć i zdecydować się na zmianę otoczenia. Niewykluczone, że nosił się z takim zamiarem, ale napotkał drugi mur: nikt nie chciał go wykupić za kwotę zbliżoną do zapłaconej przez Fiorentinę, która też nie zamierzała go wypożyczać, z kolei jakąkolwiek własną inicjatywę naszego bramkarza blokował ważny do 2021 roku kontrakt.
W drugiej kolejce (mecz z Sampdorią w pierwszej został przełożony) zgodnie z wszystkimi znakami usiadł na ławce, w trzeciej podniósł się z niej w przerwie. I to było to wejście Smoka, bo też takim przydomkiem ochrzciła go klubowa szatnia (drago to po włosku smok). Nie puścił gola z Udinese, choć tradycyjnie o lekkie drżenie serca przyprawiało kibiców każde jego wyjście do dośrodkowań. W tym sezonie, który na razie specjalnie dla bramkarzy w Serie A udany nie jest, został jedynym z grona 24 broniących ze statusem niepokonanego. Na razie o tym statystycznym fakcie cichuteńko, ale Napoli mogłoby go wykreować na prawdziwego bohatera. Lub zepchnąć w czeluście rezerwy.
(…)
CAŁY TEKST MOŻNA ZNALEŹĆ W NOWYM (37/2018) NUMERZE TYGODNIKA „PIŁKA NOŻNA”