Wcale nie było takie pewne, że Edin Dżeko zostanie na kolejny rok w Rzymie. Właściwie więcej przemawiało za tym, że powie basta i ciao.
Marna kopia
Złośliwości i kpiny pod jego adresem wyłaziły z każdego rzymskiego zaułka. Trudno było ich nie słyszeć i pozostać obojętnym. Kibice wyżywali się na nim w rewanżu za stracone nadzieje i źle zainwestowane uczucia. Czuli się oszukani i zdradzeni. Obiecywali im drugiego Gabriela Omara Batistutę, a dostarczyli jakąś ofiarę losu, która nie trafiała do bramki w najprostszych sytuacjach. Jak na przykład w lutym w meczu na Stadio Olimpico z Palermo, kiedy po podaniu Maicona stojąc już przed pustą bramką posłał piłkę obok słupka. Kto nie widział miny Brazylijczyka, niech pospiesznie przeszuka internetowe archiwa. Warto.
Nie do uwierzenia, że tak wyglądał król strzelców Bundesligi i czołowy snajper Premier League, który łącznie w obu tych ligach strzelił 116 goli. Z jego podbramkowych pudeł w Romie z powodzeniem dało się stworzyć Top 10, ze strzelonych goli na styk uzbierała się najmniejsza dwucyfrówka. W Serie A i Lidze Mistrzów było źle lub bardzo źle. Znikąd pomocy. Nawet z reprezentacją utknął w barażach na Irlandii. Między pierwszym a drugim ligowym golem z akcji upłynęło pięć miesięcy i zmienił się trener. Za Rudiego Garcię przyszedł Luciano Spalletti i Bośniak coraz częściej lądował na ławce. Romie zaczęło być bardziej do twarzy w taktyce z fałszywą dziewiątką i z Diego Perottim na boisku.
Na domiar złego w nowy sezon też wszedł nie tą nogą. W eliminacjach Ligi Mistrzów w Porto nie wykorzystał kolejnej znakomitej okazji, ale przynajmniej obronił go wynik całej drużyny – bramkowy remis. W rewanżu, tak jak inni, nie miał nic do powiedzenia. Jeszcze mógł uciekać z Rzymu, nikt by go nie gonił. Czekała oferta z Chin, od beniaminka tamtejszej ligi Tianjin Quanjian: dla Romy 30 milionów euro, dla Bośniaka połowa tego (we Włoszech zarabia 4,5). Odpowiedział, że jest zbyt poważnym piłkarzem, żeby sprzedać się do niepoważnej ligi. Został. Zagrał va banque i wygrał.
30 procent
Po 9 kolejkach miał już 8 goli, wcześniej strzelenie tylu samo zabrało mu cały sezon. Był pierwszym napastnikiem z czołowych lig w Europie, który przekroczył barierę dziesięciu bramek. Porównywanie do Batistuty wreszcie zaczęło mieć sens. Po 15 kolejkach pamiętnego sezonu 2000-01, w którym Roma po raz trzeci i ostatni w historii, sięgnęła po scudetto, Argentyńczyk uzbierał na koncie już 13 goli, jego następca zatrzymał się na 12. Nie tylko ligowe weekendy należały do niego, świetnie też sobie radził w czwartkowe wieczory z Ligą Europy, o czym najbardziej przekonała się Viktoria Pilzno – to z nią zaliczył pierwszego hat-tricka dla Romy i w europejskich pucharach. Po 22 występach miał 17 goli, co stanowiło ponad 30 procent dorobku całego zespołu. Na przełomie listopada i grudnia okazał się najbardziej wpływowym napastnikiem w całej Europie, a nie dalej jak w maju był uważany za jednego z najbardziej przepłaconych. Roma zapłaciła City blisko 18 milionów euro i długo drżała, żeby nie podzielić losu Fiorentiny, która przejechała się finansowo i sportowo na Niemcu Mario Gomezie
(…)
Tomasz LIPIŃSKI
Cały tekst można znaleźć w nowym numerze tygodnika „Piłka Nożna”