Przyszedł do Legii, aby zdobyć pierwszy w karierze tytuł mistrzowski. Jeszcze się nie udało, ale pod względem indywidualnym Josue wybił się ponad przeciętność warszawskiego zespołu. I całej PKO Bank Polski Ekstraklasy.
Legia może zdobyć tytuł mistrza Polski w tym sezonie?
Musimy stale podnosić jakość kadry – mówi Josue. – Przyszło kilku nowych piłkarzy, oczyściliśmy głowy. Poprzedni sezon potoczył się w taki sposób, jakiego nikt się nie spodziewał. Wszyscy zdobyliśmy doświadczenie, nauczyliśmy się funkcjonować w nieco innej rzeczywistości, niż była tu wcześniej. Poszliśmy jednak do przodu. Nie ma sensu myśleć o tym, co będzie w maju za rok. Musimy myśleć o każdym najbliższym meczu. Tylko taką drogą jesteśmy w stanie złapać odpowiedni rytm, nabrać energii, podnieść pewność siebie w zespole.
Dzisiejsza Legia jest silniejsza niż ta przed rokiem, kiedy przychodziłeś?
Nie wiem, trudno mi odpowiedzieć. Możemy na ten temat porozmawiać za miesiąc, a może za dwa – będę miał wystarczająco czasu, aby dokonać takiego porównania. Mamy nowego trenera, inny pomysł na grę.
Spodobał ci się?
Tak, to jest moja filozofia futbolu. Trener Runjaic wprowadza swoje zasady, gramy inaczej niż w poprzednim sezonie, ale wciąż musimy pracować, aby to wszystko udoskonalać. Wszystko jest jasne, każdy zna swoje zadania, musimy się tego trzymać. Ekstraklasa nie jest łatwą ligą, serio. W Polsce gra się bardzo fizycznie, większość zespołów chciałaby grać tylko z kontry i szukać szans po stałych fragmentach. Wbrew pozorom mecze są dość intensywne, trzeba z ataku szybko przechodzić do bronienia. Pod względem fizyczności jest to najbardziej wymagająca liga, w jakiej grałem. Jeśli chodzi o technikę i jakość natomiast, to na pewno liga portugalska jest lepsza.
Rok temu przyszedłeś do Legii grać o europejskie puchary i pierwszy tytuł mistrzowski w karierze. Co myśli piłkarz, kiedy trafia do klubu, który w założeniu ma walczyć o najwyższe cele, a ląduje na długie tygodnie w strefie spadkowej?
W lidze przegraliśmy siedem spotkań z rzędu, nasza pewność siebie bardzo szybko spadła. Rozmawialiśmy o tym, co się działo, ale nikt nie potrafił wskazać jednej przyczyny, dlaczego przegrywamy tak wiele meczów. Sam o tym myślałem godzinami… To był niezwykle trudny sezon pod względem mentalności. Wiosną pokazaliśmy, że potrafimy się podnieść. Czuliśmy wielką presję, ale to normalne, kiedy pojawiły się takie okoliczności. Nie było w całej Legii ani jednej osoby, która mogłaby być zadowolona z poprzedniego sezonu. Kiedy jesteś na dnie, wiele osób chce cię na nim pogrążyć. To były najtrudniejsze miesiące w mojej karierze. Przyjście trenera Aleksandara Vukovicia wiele zmieniło. Pracował nad naszymi głowami, zaczęliśmy lepiej punktować. To jest bardzo proste: kiedy wygrywasz, atmosfera sama staje się dobra, bo wszyscy czują, że wykonują wartościową pracę. Przyszedłem do Legii, aby zdobywać tytuły i tego się trzymam. Chcę odnosić tutaj sukcesy. Poprzedni sezon jednak nauczył mnie bardzo dużo, może nawet więcej niż taki, gdybyśmy zdobyli trofeum.
Zwolnienie Czesława Michniewicza było potrzebne?
To była decyzja klubu. Ja jestem tylko od grania w piłkę, niezależnie od tego, kto jest na ławce.
Miałeś kiedyś sezon, w którym prowadziło cię trzech trenerów?
Tak, w Turcji takie sytuacje są na porządku dziennym.
Kibice w Turcji są podobni jak w Polsce?
Są inni. Kiedy wygrywasz, wszyscy noszą cię na rękach. Kiedy przegrywasz, musisz mierzyć się z wielką krytyką. Tam nie ma czegoś takiego jak stan pośredni. Albo jesteś bohaterem albo zerem. W Polsce musisz przegrać kilka spotkań, aby mierzyć się z takimi tekstami, jak w Turcji po jednej porażce.
W Warszawie ludzie cię zaczepiają?
Rzadko wychodzę na miasto, praktycznie w ogóle. Moje życie polega na jeżdżeniu z domu do Legia Training Center, ewentualnie na Łazienkowską. I tyle.
To co robisz w domu?
Gram na konsoli z Andre Martinsem i Rafą Lopesem!
Portugalska grupa w Legii się rozpadła.
No tak, kilka miesięcy temu było nas pięciu, a dzisiaj zostałem tylko ja i Yuri Ribeiro, więc trudno nas dwóch nazywać mafią. Za mało nas.
Możesz dać gwarancję, że zostaniesz w Legii na ten sezon? Okno jeszcze trwa.
Czuję się tutaj bardzo dobrze, zarówno w klubie, jak i w mieście. Nikt jednak nie wie, co się wydarzy, więc nie mogę odpowiedzieć na to pytanie. To nie zależy tylko ode mnie. Dzisiaj jestem w Legii, daję z siebie sto procent i kompletnie nie myślę o tym, co będzie za pół roku czy za miesiąc. Wiem tylko tyle, że w piątek gramy z Widzewem Łódź i trzeba wygrać.
Jakie masz relacje z dyrektorem sportowym Jackiem Zielińskim?
Jak pomiędzy piłkarzem a dyrektorem sportowym, czyli dobre, normalne.
Masz łatwy charakter?
Absolutnie nie.
Dlaczego?
Zdaję sobie sprawę, że nie jestem najłatwiejszym człowiekiem w relacjach międzyludzkich. Jeśli kogoś nie polubię, po prostu nie mam ochoty z nim spędzać czasu czy rozmawiać, ale jeśli kogoś polubię, działa to w drugą stronę. Jeśli ludzie mnie lubią, to się cieszę, a jeśli nie, to trudno, nie przejmuję się tym. Taką mam osobowość i nic tego nie zmieni.
Ludzie w Legii cię lubią?
Tak. A przynajmniej w ten sposób się zachowują. Mówiąc jednak poważnie, czuję się w Legii bardzo dobrze. Ludzie mnie szanują, ja szanuję ich, żartuję z każdym w zespole i sztabie, więc to chyba oznaka dobrych relacji.
Czujesz się największą gwiazdą zespołu?
Nie.
To inaczej, masz wrażenie, że kibice cię pokochali?
Nie wiem, czy pokochali, ale czuję, że lubią jak gram. Zdecydowanie łatwiej jest zyskać sobie sympatię u ludzi, kiedy drużyna wygrywa i zdobywa tytuł mistrzowski, a my byliśmy przez cały sezon na dole tabeli. Kiedy w styczniu przyszedł trener Vuković, sytuacja się zmieniła, była lepsza atmosfera, zaczęliśmy wygrywać, poczułem jeszcze większą przyjemność z gry. Oczywiście, to nie było perfekcyjne sześć miesięcy, ale zdecydowanie lepsze niż moja pierwsza runda w Polsce.
Trzecia runda będzie jeszcze lepsza?
Jeśli chodzi o drużynę, jestem przekonany, że stać nas na zdecydowanie wyższe miejsce niż dziesiąte. Jeśli chodzi o moje osiągnięcia indywidualne, pod względem liczby asyst będzie trudno, bo poprzeczka jest zawieszona wysoko, ale liczbę goli na pewno muszę poprawić. Trener zresztą zwraca mi uwagę, że czasami niepotrzebnie podaję w ostatnich fazach akcji, że powinienem oddawać więcej strzałów.
Akurat pod tym względem mogłeś kilka lat temu podpatrzeć jednego zawodnika. Cristiano Ronaldo.
Maszyna, nie człowiek. Osiem lat temu, kiedy zostałem powołany do reprezentacji Portugalii, poznaliśmy się i mogłem z bliska obserwować jak tytaniczną pracę wykonuje nad sobą każdego dnia. Pod względem piłkarskim był zawodnikiem z kompletnie innej planety niż wszyscy inni. Jako człowiek był absolutnie normalnym gościem. Kiedyś powiedział nam, że jego największym marzeniem jest spokojne wyjście z synem na miasto na lody, ale nie może tego zrobić z wiadomych powodów. Nigdy nie grałem z takim piłkarzem. To jeden z najlepszych zawodników w historii futbolu, jestem dumny, że mogłem dzielić z nim szatnię. Nie potrafię nawet opisać tego uczucia, kiedy możesz grać i trenować z takim piłkarzem jak Ronaldo.
Czyli jesteś bardziej team Ronaldo niż Messi?
Ronaldo doszedł do wszystkiego tytaniczną pracą. Messi urodził się z piłką przy nodze. Jest kapitalny, ma w sobie wielką jakość, ale do mnie bardziej trafia historia Cristiano – w jakiej rodzinie się urodził, w jakim miejscu się wychował, jak ciężko pracował.
Autograf wziąłeś?
Kiedy zadebiutowałem w drużynie narodowej, zostawiłem sobie koszulkę i poprosiłem wszystkich piłkarzy, aby się na niej podpisali. Wśród nich był też oczywiście Cristiano. Mam też koszulkę z meczu barażowego o awans na mistrzostwa świata 2014 w Brazylii ze Szwecją. W sumie mogę powiedzieć, że mam taką swoją tradycję ze zbieraniem autografów od piłkarzy, bo mam w domu koszulkę każdego klubu, w którym grałem, a na niej podpisy wszystkich kolegów z szatni.
W klubach też spotkałeś kilku ciekawych piłkarzy, na przykład Wesley’a Sneijdera.
Mamy kontakt do dzisiaj, regularnie wymieniamy wiadomości. Mógł być dziesięć razy lepszy niż był. Ma kapitalną prawą i lewą nogę. Jeśli wyłączymy Cristiano, Wesley był absolutnie numerem jeden pod względem umiejętności grania obiema nogami. Jedną i drugą potrafił wyczyniać cuda. W szatni lubiliśmy żartować, że powinien dostać Złotą Piłkę w 2010 roku, kiedy wygrał Ligę Mistrzów z Interem. Urodził się po prostu w złym czasie – kiedy dominowali Ronaldo i Messi. Gdyby dzisiaj miał 25 lat i prezentował takie umiejętności jak 10-12 lat temu, byłby jedną z największych gwiazd światowego futbolu.
Po tym, jak negocjacje między Zagłębiem Lubin a Rakowem Częstochowa ws. wykupu Leonardo Rochy zakończyły się fiaskiem, „Miedziowi” ruszyli na poszukiwania nowego snajpera. Padło na dwukrotnego reprezentanta Węgier.
Michał Synoś znajdował się w kręgu zainteresowań polskich oraz zagranicznych klubów. 18-letni stoper podjął już decyzję, gdzie będzie występował od sezonu 2026-27.