Wybór następcy Rafy Beniteza mógł wszędzie zostać odebrany ze zdziwieniem, ale nie we Włoszech. Maurizio Sarri zasłużył na wielki klub.
Nowy szkoleniowiec drużyny z Neapolu
Mało
który trener był tak chwalony w ostatnim sezonie. Jego Empoli, choć
wyprzedziło tylko pięć zespołów i blisko połowę meczów zremisowało, to
wniosło nową jakość do Serie A. Potrafiło grać niekonwencjonalnie,
realizowało odważny plan trenera znikąd, który stawiał na szybkość,
ruchliwość, ofensywę i pomysłowość wykonywania stałych fragmentów gry. I
przede wszystkim potrafiło postawić się wielkim, o czym najbardziej
przekonało się Napoli Beniteza. W Neapolu padł
szczęśliwy dla gospodarzy remis 2:2, w rewanżu mający jeszcze szanse na
wicemistrzostwo rywale zostali zabiegani i rozbici 4:2. Nie zawsze, ale często
Empoli prezentowało futbol totalny. Porównania, choć z pewnością na wyrost do
tego, co kiedyś wprowadził Arrigo Sacchi, nie były całkowicie pozbawione
podstaw. Beniaminek nie chciał tylko przetrwać za wszelką cenę w Serie A, ale
chciał i to mu się udało mieć swój styl. To była największa zasługa Sarriego.
W pogoni za
marzeniami
Na każdego, kto
myśli, że na zmianę pracy, naukę języka i jakiekolwiek ważne decyzje w życiu
jest już za późno, przykład Sarriego musi podziałać pokrzepiająco. Na podążanie
za marzeniami nigdy nie jest za późno. On bardzo chciał być piłkarzem, ale
kiedy nie starczyło talentu ani szczęścia, jeszcze bardzie zapragnął zostać
trenerem. Bez przeszłości piłkarskiej, koneksji i bez nazwiska nikt mu niczego nie
podał na tacy, jak – by nie szukać daleko – Filippo Inzaghiemu (zresztą do
Milanu po zakończeniu sezonu Sarri też był przymierzany i polecany przez samego
Sacchiego), więc musiał zaczynać od zera. Tam, żeby coś osiągnąć, zostać
zauważonym i pójść wyżej należało pracować ciężko, ale za żadne lub symboliczne
wynagrodzenie. Jednocześnie rodzinę trzeba było utrzymać. Dla pasjonata takiego
jak Sarri trenerka stała się więc pracą, a raczej hobby wykonywanym po
godzinach. Z rodziną widywał się tylko przy śniadaniu i późnej kolacji. Od 9 do
17 zarabiał w banku, następnie zrzucał obowiązkowy garnitur i pędził na
trening, o zmroku wracał do domu i tak do 40 roku życia.
Nie był zwykłym
urzędnikiem bankowym. Można z pełnym przekonaniem napisać, że robił korporacyjną
karierę, o jakiej wielu marzy. W Montepaschi di Siena odpowiadał za finanse na
dużą skalę i międzynarodowy przepływ gotówki między wielkimi firmami, działał
na dużych cyfrach, dużo podróżował, pracował w Szwajcarii, Luksemburgu,
Niemczech i Anglii. W tej dziedzinie miał przed sobą ciekawą i raczej pewną
przyszłość. Jednak wolał zaryzykować i tuż po czterdziestce porzucił bank,
garnitur i na pełny etat założył dres.
Spokojna przystań
Ryzykował niemało, bo
wtedy nie miał nawet licencji uprawniającej do trenowania w profesjonalnej
lidze, która we Włoszech zaczyna się od poziomu czwartego. Niby przemawiały za
nim rezultaty. Gra takich prowincjonalnych potęg z Toskanii jak Antella,
Valdema i Tegoleto zwróciły na niego uwagę regionalnych obserwatorów i dziennikarzy
i to oni wstawili się za trenerem, któremu na przeszkodzie w awansie stanęła
biurokracja. Nie chcieli dopuścić go do egzaminów na licencję wyższej
kategorii, ponieważ nie legitymował się praktycznie żadną piłkarską
przeszłością. Medialny szum na lokalną skalę zniósł blokadę, Sarri licencję
dostał i wszedł między profesjonalistów. W 2004 roku był już w trzeciej lidze,
rok później zadebiutował w Serie B i następnie długo balansował między drugą a
trzecią ligą, miewał upadki i wzloty, spadał i awansował, był zmieniany i sam
wskakiwał na czyjeś miejsce. Szukał spokojniejszej przystani po całym kraju, w
ciągu siedmiu lat pracował w ośmiu klubach.
W 2012 roku wrócił do
Toskanii, gdzie spędził większość życia i czuł się najlepiej. Dostał propozycję
z Empoli. Początki nie były wcale obiecujące: 4 punkty w 9 kolejkach i ostatnie
miejsce w tabeli pachniały kolejną dymisją. Jednak działacze zaufali trenerowi,
który następnie poprowadził drużynę do playoffów. Dopiero tam w finale lepsze
okazało się Livorno. Rok później Empoli z drugiego miejsca wywalczyło
bezpośredni awans do elity. Sarri skończył 55 lat i szykował się do debiutu w
Serie A. – Ona nie była moim nadrzędnym celem, raczej fajnym i atrakcyjnym
uzupełnieniem. Moim marzeniem było uczynienie z pasji zawodu, co mi się udało –
mówił.
Ci, którzy go znają
od lat twierdzą, że nic się nie zmienił. Sukcesy, pieniądze, popularność nie
pozostawiły śladu. Do Serie A wszedł więc trener w starym stylu, który nie
zamierzał nikomu się przypodobać. Wysłał jasny komunikat: bierzcie mnie takim,
jakim jestem albo dajcie spokój. Wzięli i polubili. Jako świetnego fachowca i
człowieka z krwi i kości, z którym łatwiej niż z kimkolwiek innym mógł się
utożsamić przeciętny kibic. Dlaczego?
Po pierwsze – nie
ukrywał swoich robotniczych korzeni, a nawet się nimi chlubił. Jego ojciec był
robotnikiem pracującym na budowach i w fabrykach, który swego czasu nie miał
tyle odwagi co syn. Amerigo Sarri uprawiał kolarstwo, wśród amatorów wygrał
kilkanaście wyścigów, przeszedł na zawodowstwo, ale tam już tak dobrze mu nie
szło i po dwóch latach zrezygnował ze ścigania na rzecz pracy dającej pewny
zarobek. Synowi zaszczepił ducha sportu i zapewnił neapolitańskie pochodzenie.
Raczej nie należy do tego przywiązywać dużej wagi w kontekście nowego miejsce
pracy Sarriego, ale on urodził się w Neapolu. Przez przypadek. Akurat ojciec
dostał pracę na dźwigu, na krótko przeprowadził się z rodziną i tam przyszedł
na świat syn. Ale wkrótce za chlebem ruszyli na północ, zatrzymali się
niedaleko Florencji, w miasteczku Figline Valdarno, gdzie spędził dzieciństwo i
młodość.
Po drugie – zachował
autentyczność i wiarygodność. Nikogo nie udawał, za nikogo się nie przebierał.
Mówi o sobie, że jest człowiekiem boiska, w związku z tym do pracy zawsze
przychodził w dresie. Podczas gdy inni zamienili mecze w rewię mody i
paradowali przy ławkach trenerskich w starannie skrojonych garniturach,
eleganckich płaszczach, fantazyjnie owiniętych wokół szyi szalikach, on
niezmiennie ten sam. W klubowym dresie. To na krótki czas rozpętało narodową
dyskusję na temat, co godzi się nosić trenerowi w niedzielne święto (pozostańmy
przy tym tradycyjnym terminie ligowej kolejki). Sarriego nie interesowały
opinie innych, on zawsze i wszędzie w dresie. W nim czuje się sobą.
Od zera do milionera
Po trzecie – nałóg. W
rozpalonym włoskim narodzie nikotynowy nałóg nie jest aż tak wielkim grzechem
jak gdzie indziej. A Sarri jest zatwardziałym palaczem, który musi cierpieć 90
minut bez papierosa. Nie zawsze wytrzymywał. Zdarzało mu się podczas szczególnie
nerwowych końcówek niektórych meczów uciekać z ławki na trybuny, by tam z
papierosem raz w dłoni, raz w ustach dotrwać do finału.
Po czwarte – pasja.
Jest piłkarskim fanatykiem, perfekcjonistą i pracoholikiem. Spełnia się i spala
w przygotowaniach do meczów. Uwielbia rozpracowywać przeciwników w
najdrobniejszych szczegółach i w takich samych szczegółach przygotować swój
zespół. Godzinami ślęczy nad komputerem i tworzy analizy. Jego mniej interesują
systemy gry (jednak chyba najbardziej lubi grać tak jak Benitez w ustawieniu
1-4-2-3-1), a bardziej mikrocykle treningowe. Osiągnął w tym perfekcję,
pielgrzymowali podpatrywać jego metody inni trenerzy, między innymi Sinisa
Mihajlović. Przylgnęło do niego określenie „Pan 33 schematów”, bo jakoby tyle ma
wymyślonych i dopracowanych systemów wykonywania stałych fragmentów gry.
Niby nie zaniedbuje
niczego, ale wierzy w przesądy. O czym też krążą legendy. Pracując w Pescarze
wierzył, że szczęście przynosi mu czarny kolor. Zakładał więc czarny dres i
krążył po szatni z czarnym sprayem. Nim zamalowywał piłkarzom buty, którzy
zgodnie z obowiązującą modą mieli je we wszystkich kolorach tęczy.
Po piąte – odwaga
popłaca. Startował od marzeń, za które nikt mu nie płacił. Doszedł do pułapu
1,4 miliona euro rocznie. Tyle plus bonusy zagwarantował mu prezydent Aurelio
de Laurentiis w Napoli. Po pięćdziesiątce też można więc zostać milionerem.
Tomasz Lipiński
Artykuł ukazał się w ostatnim numerze Tygodnika „Piłka Nożna”