Rządzili z nadania lub inwestowali własne pieniądze. Płacili czarnym złotem, powoływali do wojska albo kusili solidnymi kontraktami. Jedni zdobywali puchary, inni tylko – lub aż – popularność.
ZBIGNIEW MUCHA, LESZEK ORŁOWSKI, PRZEMYSŁAW PAWLAK
Trudno nazwać to rankingiem, bo też nie taki był zamiar. To raczej galeria postaci, uporządkowanych w kolejności alfabetycznej, które w rolach zarządzających odcisnęły piętno na całej lidze. Wybór kompletnie subiektywny, którego kryterium nie zawsze stanowiła liczba trofeów czy wydanych na futbol milionów, a pytania – dlaczego Andrzej Grajewski, a nie Andrzej Pawelec, skąd generał Zygmunt Huszcza miast pułkownika Edwarda Potorejki? – można mnożyć. Wielu poważnych bossów z czasów PRL, transformacji ustrojowej lub nawet ostatnich lat, pominęliśmy – znajdując natomiast miejsce choćby dla Jakuba Błaszczykowskiego. To akurat facet z innej bajki, pewnie nie do końca wpisujący się w zaproponowaną konwencję, ale jednocześnie przykład tak niespotykany, że musiał mieć tu swoje miejsce. A że z numerem 2, to akurat czysty przypadek. Skoro nie jest to typowy ranking, zachowaliśmy po prostu kolejność alfabetyczną.
1. SABRI BEKDAS
Długo w piłce nie zabawił, ale echa jego działalności w Pogoni słychać jeszcze dziś. Gracz z rynku deweloperskiego, klubem interesował się w mniejszym stopniu niż gruntami wokół jego stadionu, na których chciał prowadzić inwestycje. Do Szczecina zazwyczaj przylatywał w piątek przed meczem. Poruszał się po mieście w otoczeniu ochroniarzy z widoczną bronią. Na co dzień w klubie porządku pilnowali dwaj Turcy, ulokowani w gabinecie naprzeciwko schodów – drzwi do niego zawsze były otwarte. Panowie patrzyli kto wchodzi, kto wychodzi i o której godzinie, po czym zdawali relacje bossowi. Poza tym nie odzywali się. Główną księgową klubu była Turczynka, sprzątaczką również. Niemniej Sabriego można było wyprowadzić w pole, bo codziennie klubu nie kontrolował. Znaleźli się więc tacy, którzy próbowali. Wśród nich człowiek, który pomagał mu budować nową Pogoń, sprowadzając wielu uznanych zawodników – drużyna została wicemistrzem Polski w 2001 roku – Janusz Wójcik.
– Januszowi delikatnie pomyliły się liczby przy jednym z transferów i Sabri podziękował mu za współpracę – wspominał na łamach „PN”, Krzysztof Dmoszyński. Inna wersja głosi, że Wójcik podpadł, bo jako że nie uzgodniono z nim scenariusza fety dla kibiców urządzonej przed startem sezonu, postanowił imprezę sabotować. Pod pretekstem przedłużającej się odprawy, nie wypuszczał zawodników z szatni, podczas gdy stadion wypełniony ludźmi czekał.
Turek miał oryginalne pomysły. Sprowadził do Szczecina między innymi króla strzelców mistrzostw świata w 1994 roku, Olega Salenkę. Ciężko było jednak Rosjanina przed treningami znaleźć. Głównie bowiem zajmował się alkoholem. Wymyślił też, jak sprzedać Radosława Majdana. W tym celu zespół wziął udział w organizowanym w styczniu w Turcji turnieju, transmitowanym w wielu państwach Europy. Wpisowe 100 tysięcy marek, ale jaka promocja zawodnika! Zawodnicy Pogoni trafili do Turcji niemalże prosto z urlopów, drugi mecz wysoko przegrali, interes poszedł w zapomnienie.
2. JAKUB BŁASZCZYKOWSKI
W styczniu 2019 roku wraz z Jarosławem Królewskim i Tomaszem Jażdżyńskim pożyczyli Wiśle 4 miliony złotych (po 1,33 na głowę), co umożliwiło jej dalsze funkcjonowanie. Teraz, jako wynik tamtej akcji, mają zostać jej właścicielami. Dług nie został bowiem spłacony, więc klub przechodzi w ich ręce. Powinno to się stać już na początku 2020 roku, ale nie udało się uregulować z TS Wisła Kraków spraw prowadzenia drużyn juniorskich i szkolenia młodzieży. Wszystkie niejasności mają zostać rozstrzygnięte na dniach i reprezentant Polski zadebiutuje w nowej roli, jednego z szefów klubu naszej ligi.
Oczywiście będzie odpowiadał (kiedy zakończy karierę?) nie za sprawy finansowe, lecz za kwestie sportowe, zostanie, jak się sądzi w Krakowie, dyrektorem sportowym, a być może zbuduje też akademię na wzór Borussii Dortmund, której funkcjonowanie miał okazję poznać. Już ściągnął z Częstochowy człowieka, który się tym zajmie; to były piłkarz Krzysztof Kołaczyk. W zarządzie spraw Kuby będzie pilnował jego brat Dawid.
Błaszczykowski nadaje wiarygodności i tak wiarygodnemu oraz fachowo prowadzonemu projektowi (za 2018 rok klub przyniósł 7 milionów strat, za 2019 – 6 milionów zysku), a jego nazwisko otwiera wszystkie drzwi, ułatwia kontakty z ratuszem.
3. BOGUSŁAW CUPIAŁ
Multimilioner. Wisłą Kraków rządził przez 19 lat. Długo był to czas dominacji Białej Gwiazdy na krajowym podwórku. Zdobył 8 tytułów mistrza Polski. Działał prężnie, z rozmachem. Reszta prezesów wyglądała przy Cupiale jak detaliści. Gdy przejął Wisłę, płacił lepiej niż niektóre kluby zachodnie. Błyskawicznie zaznaczył swoją obecność w polskiej piłce, wszedł na szczyt i długo na nim pozostał.
– Gdy pierwszy raz przejmowałem Wisłę, na zgrupowanie mogliśmy jechać na dwa autobusy, tylu zawodników było w kadrze – wspomina Franciszek Smuda, który w 1999 roku poprowadził zespół do pierwszego mistrzostwa w erze Cupiała, a dla klubu pierwszego od 21 lat. – Bywałem przez niego zwalniany, ale do dziś mam do niego wielki szacunek. Zdarzało mi się zaglądać do niego na kawkę bądź obejrzeć wspólnie mecz. Dobry człowiek. Pozostajemy w kontakcie.
Mimo płacenia dużej kasy piłkarzom i za piłkarzy, wcale nie było tak, że do własnych pieniędzy miał frywolny stosunek. Przeciwnie. Liczył je skrupulatnie, pilnował wydatków klubu, dopytywał, sprawdzał. Niektórzy opowiadają, że byli i tacy prezesi oraz dyrektorowie w Wiśle, którzy przed pójściem do ubikacji dzwonili do Myślenic zameldować o swoich zamiarach. Być może jednak to tylko retoryczna figura, bo inni mówią, że mało w tych opowieściach prawdy. Tak czy inaczej niewiele w Wiśle mogło wydarzyć się bez jego zgody. Nawet wypożyczenie mało istotnego zawodnika powinno było uzyskać aprobatę właściciela, bo piłkarze byli majątkiem klubu. A więc i jego majątkiem. Można to zrozumieć.
Przepada za muzyką z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych minionego wieku. Bystry. Potrafiący w rozmowie wskazać niekonsekwencję, wymagający precyzji w formułowaniu myśli. – Właściciel klubu w pierwszym pokoleniu, nie przejął klubu po ojcu, sam uczył się futbolu, popełniał własne błędy – słyszymy. Zabrakło jednego – awansu do Ligi Mistrzów. Gdyby mu się udało, dziś ligowy krajobraz w Polsce mógłby wyglądać zupełnie inaczej. W 2016 roku „Forbes” podał, że Wisła kosztowała Cupiała w sumie 219 milionów złotych! Czy znajdzie się drugi człowiek w Polsce, który taką kasę wpompował w futbol?
4. ZBIGNIEW DRZYMAŁA
Mało kto go w Polsce znał, podobnie jak mało kto wiedział, że istnieje inny Grodzisk prócz Mazowieckiego. Tymczasem kilkadziesiąt kilometrów od Poznania Drzymała zbudował klub w pewnym momencie stabilniejszy i sportowo silniejszy od Lecha. Na stadionik do kilkutysięcznego Grodziska Wielkopolskiego przyjeżdżał Manchester City i w rywalizacji z Groclinem Dyskobolią nie dawał rady. Drzymałę zżerała ambicja. Nie udało mu się nigdy zdobyć tytułu mistrza Polski, „powetował” to sobie, wieszając na stadionie afisz „wicemistrz Polski”, z tym że „wice” kazał wymalować podejrzanie małą czcionką.
Był jednym z najbardziej tajemniczych ligowych bossów w XXI wieku. Interesowało go zarabianie pieniędzy, ewentualnie ich wydawanie. Potrafił jedno i drugie. Jego nazwisko widniało na liście 100 najbogatszych Polaków zarówno w rankingach „Wprost”, jak i „Forbesa”. Prawnuk słynnego Michała Drzymały (twierdzi, że po nim odziedziczył upór), absolwent Zespołu Szkół Budowlano-Drzewnych. Pod koniec lat 70. założył warsztat zajmujący się szyciem zagłówków samochodowych. Doszedł do punktu, gdy jego firma Inter Groclin Auto szyła elementy tapicerki dla Mercedesa, Volvo, BMW i innych czołowych marek. Biznesowo był spełniony. Uznał, że w rodzinnym miasteczku, prócz tego, że dawał pracę tysiącom ludzi, powstanie wielki klub. Zbudował niemal od podstaw stadion oraz hotel, z którego korzystała także reprezentacja Polski. Z prowincjonalnego klubiku stworzył klub liczący się w Polsce. Tyle że pierwsze kroki były fałszywe, stąd zarzuty korupcyjne. 12 lat temu w rozmowie z „Dużym Formatem” przyznał, że wszyscy kupowali mecze, Groclin nie był wyjątkiem, natomiast od momentu wejścia w życie ustawy o odpowiedzialności karnej za korupcję, jego klub już tego nie robił.
Wywiadów udzielać nigdy nie lubił, przemawiać publicznie tym bardziej. Tymczasem pod koniec ubiegłego roku – na sport.onet.pl – przemówił: – Kim bym był bez piłki? Kto usłyszałby o mnie dzięki sukcesom gospodarczym? Niewielu… Kiedyś mówiono na mnie „nadtrener”. To były moje pieniądze, mój zespół i moja satysfakcja, a poza tym – z góry przepraszam za to stwierdzenie – trenerzy i intelektualnie, i pod względem kwalifikacji nie dorastali do poziomu europejskiego. Przez 15 lat przyglądałem się pracy wielu trenerów, byłem na każdym meczu, a po nich brałem udział w omawianiu ich. Najpierw robił to trener, a potem ja. Czy to skutkowało? Proszę spojrzeć na wyniki.
Zatrudniał, płacił, wymagał. A jak uznał, że sam powinien ułożyć skład drużyny, wyręczał w tym trenera. Notorycznie dzwonił ze wskazówkami w przerwie meczu. Przyznał, że nim odsprzedał licencję Polonii i Józefowi Wojciechowskiemu, wpompował w futbol 150 milionów złotych. Potem się wycofał, zniknął. Miał poważne kłopoty zdrowotne, przeszedł operację nowotworu złośliwego, w wywiadzie opowiadał o życiu z nieustannym bólem. I o marzeniach, a zostało mu jedno – kupić trabanta, model P60, identyczny jak jego pierwszy samochód w życiu.
5. MARIAN DZIUROWICZ
Janusz Wójcik bywał hałaśliwy, nieprzyjemny, miewał też sukcesy, więc u wielu wzbudzał respekt. W 1997 roku prezes PZPN Marian Dziurowicz zrobił go trenerem reprezentacji Polski. Po zatwierdzeniu jego wyboru w jednym z pokojów w siedzibie PZPN zostały trzy osoby w tym Wójcik i Dziurowicz: – Janusz, na co czekasz, biegaj po flaszkę – padło. Groźny selekcjoner obracał do sklepu trzy razy. Nie prężył muskułów, grzecznie dostarczał na stół co trzeba. Bo po butelki wysyłali go ludzie mający władzę w polskiej piłce, ludzie, od których zależał. I Wójcik to wiedział.
Z GKS Katowice zrobił liczącą się w naszym futbolu siłę – rządził klubem w latach 1988-95, ale wielu utrzymywało, że później roztaczał nad nim parasol ochronny. Mistrzostwa Polski nie zdobył, ale cztery razy zajmował drugie miejsce, do gabloty trafiły dwa krajowe puchary, dziesięć razy z rzędu katowiczanie kwalifikowali się do europejskich pucharów. Nigdy później już tak dobrze na Bukowej nie było. Gdy jeszcze w latach 80. dowiedział się, że jego piłkarze chcą przejść obok meczu, złożył im kontrpropozycję – oni nie przegrali, a w zamian dostali pralki.
Równocześnie ze znaczeniem GKS budował również własne, pnąc się po szczeblach kariery w PZPN. To on zrozumiał, że po zmianach ustrojowych środowisko piłkarskie potrzebuje dobrze kojarzącej się twarzy i wymyślił kandydaturę Kazimierza Górskiego na prezesa związku. Sam położył rękę na finansach PZPN, by w 1995 roku przejąć całą władzę. Nie był ulubieńcem mediów, a na stadionach śpiewano: Marian Dziurowicz, największa k… z Katowic! Kibiców prostował Janusz Atlas, pisząc, że w zdaniu tym nie zawarto samej prawdy, bo Dziurowicz pochodzi z Sosnowca.
Ze stanowiska szefa PZPN próbował usunąć go minister Jacek Dębski, ale i on nie wygrał z nim wojny. W 1999 roku delegacja sportowych działaczy udała się do Elbląga, gdzie z wizytą przybył Jan Paweł II. Papież poświęcił kilka chwil na rozmowę z działaczami, z Dziurowiczem przywitał się w pierwszej kolejności, a stojący nieopodal Dębski zieleniał z zazdrości. Większość Polski go krytykowała, na Śląsku jednak do dziś wspominany jest z szacunkiem. – Postać. Charyzmatyczny. Twardy. Ten facet to był gość. Mocny – słyszymy z ust kilku osób. Na jednym z posiedzeń zarządu Śląskiego ZPN komuś coś się nie spodobało, padły słowa o odwołaniu Dziurowicza z funkcji, o większości w głosowaniu. Przerwał obrady: – Słuchaj, kolego, czy ty w ogóle wiesz, z kim rozmawiasz? Magnat zmarł w 2002 roku w wieku 66 lat.
6. JANUSZ FILIPIAK
Wybitny umysł, profesor AGH o całkiem nieprofesorskim temperamencie i nieprofesorskiej bezwzględności. Spotkał się kiedyś z zarzutem, że profiluje kształcenie na macierzystej uczelni pod kątem potrzeb swej firmy – Comarchu. Z Cracovią chciał szybko zawojować polską ligę, niczym Romanowski z Legią, albo Grajewski z Widzewem, ale życie narzuciło mu wędzidło, nauczyło pokory. Przekonał się o tym, o czym wcześniej przekonało się wielu – że w futbolu nie jest możliwe odniesienie sukcesu dzięki metodom, które przyniosły powodzenie w biznesie. Cracovię (przejętą etapami w latach 2002-04) chciał bowiem stworzyć na obraz i podobieństwo swego informatycznego dziecka Comarchu (ur. 1993) – firmy, w której każdy pracownik wie, za co odpowiada i wie, kto w niej rządzi.
Fakt, że futbol stale mu się wymyka, przez lata wpędzał go we frustrację. Malownicze było jego publiczne oburzanie się, że dobrze opłacanym zawodnikom nie chce się grać, a dopieszczony długim kontraktem trener (Wojciech Stawowy) nie potrafi wygrywać z zespołem wszystkich meczów. Spadał z Ekstraklasy, wchodził do niej, kwalifikował się do pucharów, zwalniał trenerów, wymieniał piłkarzy, stawiał na Polaków albo na obcokrajowców, miał dyrektora sportowego albo nie miał, obrażał się na agentów i na powrót ich przyhołubiał, kontestował szkolenie młodzieży albo na nie stawiał – teraz buduje ośrodek w Rączy; w Cracovii przez ostatnie 15 lat rzadko było nudno. Może poprawną odpowiedzią na pytanie, po co postaci takiego formatu jak Filipiak klub sportowy jest stwierdzenie, że on po prostu nienawidzi się nudzić, a w futbolu o nudę bardzo trudno. On sam oczywiście przedstawił sprawę inaczej: – Zainteresowanie Cracovią nie wynika z ambicji kibica. To jest jak z Wierzynkiem: inwestowanie w dobry brand, majątek – powiedział w 2004 roku portalowi sport.pl. Właścicielką restauracji U Wierzynka jest jego żona Elżbieta. Gdyby można było kupić Wawel, na pewno by to zrobił. Były rektor AGH, prof. Ryszard Tadeusiewicz powiedział kiedyś, że występują u niego cechy megalomana.
Cracovia to klub wzorcowy, jeśli chodzi o stabilność, wypłacalność. Gorzej bywa z atmosferą, niejeden były pracownik narzekał po cichu na przedmiotowe traktowanie – może to jest najistotniejszy z hamulców rozwoju? – a na trybunach rzadko pojawiają się legendy Pasów. Byli piłkarze i trenerzy, ale także słynni kibice nie mają poczucia, że są mile widziani, potrzebni. Tak czy owak, klub Filipiaka to projekt długofalowy, kontynuowany wbrew opinii niektórych mniejszościowych udziałowców Comarchu, na przekór wszystkim. Gdybyśmy w Ekstraklasie mieli 16 takich klubów jak Cracovia, liga byłaby znacznie wyżej w rankingu UEFA. Ale też czasami Profesor mógłby spróbować wrócić do samego siebie z czasów, gdy był ledwie magistrem i inaczej poukładać relacje międzyludzkie. Jego Cracovia to klub prywatny, wsobny, a przecież kiedyś słynął z otwartości i familiarności.
7. ANDRZEJ GRAJEWSKI
Życiorys Grajewskiego mógłby posłużyć za materiał na kilkusezonowy serial. Sezon 1: Grajewski zdolny piłkarz Włókniarza Łódź (miał ponoć bardzo mocne uderzenie z rzutu wolnego), trenowany przez przyszłego podwładnego w Widzewie – Jacka Dzieniakowskiego i kibic RTS jeżdżący na zagraniczne wyjazdy. Sezon 2: Grajewski zawodowy żołnierz, kwatermistrz. Sezon 3: Grajewski w Niemczech, gdzie ima się różnych prac, na przykład rzeźnika, by w końcu wkręcić się w handlowanie piłkarzami. Na końcu ma w Hanowerze firmę JAG, specjalizującą się w marketingu sportowym. Sezon 4: działa w Widzewie Łódź, w latach 1989-99. Do 1993 jako sponsor i wsparcie Ludwika Sobolewskiego, od tego roku jako udziałowiec spółki. Sezon 5: przejmuje Lecha Poznań i na meczu Kolejorza z Widzewem siedzi w szaliku KKS; poznański romans Grajka potrwał tylko rok. Sezon 6 (retrospektywny i przekrojowy): jest menedżerem piłkarskiej reprezentacji Rosji, kręci się przy reprezentacji Niemiec. Sezon 7: prowadzi klub żużlowy Start Gniezno i organizuje walki Dariusza Michalczewskiego. Pożycza Widzewowi pieniądze, gdy odmawiają banki. Sezon 8: handluje piłkarzami, reprezentuje ich interesy.
Grajewski był pionierem. Widzew jako pierwszy klub na dużą skalę czerpał zyski z marketingu sportowego i reklamy: Grajewski do założenia koszulki z nazwą niemieckiej firmy MuellerMilch, której był przedstawicielem, nakłonił nawet premiera rządu RP Jana Krzysztofa Bieleckiego. Szef Widzewa odkrył dla polskiego futbolu, w roli trenera, Franciszka Smudę, który poprowadził zespół z Łodzi do mistrzostwa i Ligi Mistrzów.
Jowialny, tęgi, rozchełstany, o wiele bardziej wyglądał na wytwórcę kiepskich win gazowanych niż jego wspólnik, szczupły i zawsze wymuskany Andrzej Pawelec, który trudnił się tym procederem (trzecim udziałowcem był libański lekarz Ismat Koussan, który jednak się nie mieszał). Grajewski zarządzał strategicznie, Pawelec brał na siebie ciężar codziennego prowadzenia klubu, negocjacji z piłkarzami („Nikt ci tyle nie da, ile ci obieca prezes Pawelec” – mawiali), dawania odporu mediom. Byli tak różni, że musiały się pojawiać między nimi liczne napięcia i kłótnie, ale dopóki działali razem, Widzew trzymał się pionu, potem upadł.
8. ZYGMUNT HUSZCZA
Generał LWP, uczestnik bitwy pod Lenino, dowódca Warszawskiego Okręgu Wojskowego i równolegle prezes Legii, w latach 1965-72. Jacek Gmoch, wówczas piłkarz stołecznego zespołu, wspomina go jako bardzo miłego, przyjaznego człowieka, który raz w tygodniu zapraszał cały zespół do siebie na grochówkę i przy zupie można z nim było o wszystkim porozmawiać. – Uratował mi nogę, gdy doznałem w roku 1968 potwornej kontuzji. Zwołał konsylium lekarskie, podczas którego wybrano najlepszą metodę leczenia – wspomina były selekcjoner. Huszcza odegrał też pozytywną rolę podczas pierwszej afery na Okęciu, kiedy to przeszukano dokładnie dwóch piłkarzy Legii udającej się w 1970 roku na rewanż półfinału Pucharu Mistrzów z Feyenoordem: Janusza Żmijewskiego i Władysława Grotyńskiego, znajdując u nich dolary. Szef Legii dostał w ostatniej chwili przeciek, że planowana jest taka akcja (jej podłożem mogła być inspirowana przez śląskich bonzów PZPR chęć podstawienia nogi największemu rywalowi Górnika Zabrze) i wysłał umyślnego na Okęcie, by uprzedził piłkarzy i zalecił im pozostawienie waluty, ale ów nie dojechał. Potem Huszcza ukręcił sprawie łeb, odpolityczniając ją, nadając jej jedynie spekulacyjno-handlowy charakter.
Jednak w latach największych sukcesów Legii sprawy tego klubu prowadził na co dzień pułkownik Edward Potorejko, formalnie podwładny Huszczy. To on był de facto szefem. – Był znakomitym menedżerem, wyprzedzającym swoje czasy. Jego wkład w nasze osiągnięcia trudno przecenić. Nawiązał na przykład, po linii wojskowej, współpracę z Partizanem Belgrad, dzięki której mogliśmy przygotować się do wiosennej części sezonu w ośrodkach w Zadarze oraz na Istrze. Partizan miał też wtedy własnego szewca, który sprawiał jego zawodnikom znakomite buty z nubuku i z ebonitową podkładką pod korki sprawiającą, że nie wbijały się one od wewnątrz w stopę. Potorejko załatwił u niego dwie pary rocznie dla każdego z nas. Modliliśmy się do tych butów, nie było mowy, żeby dawać je do rozbicia juniorom, jak robiliśmy z innymi – wspomina Gmoch. Potorejko załatwiał też pieniądze dla klubu, prowadząc nie do końca legalne operacje walutowe. Gdy w 1980 roku zwinięto ochronny parasol, który był nad nim roztoczony, trafił do więzienia.
9. EDWARD KAZIMIERSKI
Latem 1952 roku został zatrudniony w Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego (WSK) w Mielcu. „W grodzie nad Wisłoką, gdzie potężny zakład jest…” – śpiewali i śpiewają kibice Stali, którą przez ponad 15 lat, od 1967, de facto rządził. Był w klubie numerem 1, a Stal za jego kadencji była numerem 1 w Polsce. Ukute lata później prześmiewcze hasło: „Organizacja – Stal Mielec” z czasami prezesury Kazimierskiego nie może mieć nic wspólnego. Dziś człowiek odznaczony medalem „Zasłużony dla Województwa Podkarpackiego” zbliża się powoli do dziewięćdziesiątki, ale jasności umysłu można mu zazdrościć.
– Nie powiem, wciąż ludzie w Mielcu pamiętają mnie, odznaczają i chyba szanują – mówi. – Za moich czasów w klubie mieliśmy naprawdę silne sekcje piłki ręcznej, siatkówki, no i przede wszystkim piłki nożnej. Futboliści dwa razy byli mistrzami Polski, wicemistrzami, grali w europejskich pucharach z HSV czy Realem. Piękne czasy. Oby w końcu Stal wróciła do Ekstraklasy. Szanse są duże.
Po latach dorobił się pan nawet własnego szalika. Kibice go zaprojektowali i wyprodukowali. Mam go w domu, był też w klubowym sklepiku, ponoć nieźle się sprzedawał. Fajna pamiątka. Była jeszcze jedna, ale zginęła. Tamta nawet jeśli nie przedstawiała materialnie dużej wartości, to dla mnie była bezcenna. Po tym, jak organizowałem pobyt piłkarzy Realu w Mielcu, w Madrycie prezydent Królewskich Santiago Bernabeu, w dowód uznania podarował mi zegarek. Oddałem go do klubowego muzeum, ktoś wybił szybę i ukradł. Nie odnalazł się do dziś.
Co było źródłem sukcesu Stali? Czym kusił pan zawodników?
Wielu chłopaków, jak Lato czy Kukla, było stąd. Domarski na przykład z Rzeszowa. Zdarzały się również oczywiście i poważne transfery, największy to Szarmacha. On nie chciał być już dłużej w Zabrzu, chciał do Stali, do Kasperczaka, Laty i mówił mi o tym. Wiedziałem, że będzie trudno. Polską piłką trzęśli wtedy Wyra z Zabrza i Trzcionka z Chorzowa, czyli górnictwo i hutnictwo. Warszawie niekoniecznie to się podobało, więc uderzyłem bezpośrednio do ministerstwa sportu, do Reczka i mówię mu o Szarmachu. Wydał polecenie, żeby Andrzeja zarejestrować w Stali, a ja miałem zapłacić jedynie regulaminowe pieniądze Górnikowi. Żadna wielka suma, więc szybko i skrupulatnie dopełniłem formalności. Szkoda, że nie udało się Szarmacha zatwierdzić na mecz z Realem, bo kto wie, co by było…
Ten Real to było największe wyzwanie?
Sportowo i organizacyjnie. Odbierałem ich z lotniska w Rzeszowie. Znałem się z ich trenerem Miljaniciem, bo wcześniej był w Crvenej Zvezdzie, z którą graliśmy. Jedziemy więc taksówką, a on mi mówi, by całą drużynę Realu zawieźć po drodze do kościoła, bo powiedziano im, że komuniści w Polsce pozamykali kościoły. Była godzina 13, nie wiedziałem, czy znajdę coś otwartego. Podjechaliśmy pod kościół, weszliśmy, w środku babcie różaniec odmawiały. Dwa miesiące później tłumacz Realu do mnie zadzwonił i mówi: – Edward, cała Hiszpania wie, że wy żadni komuniści nie jesteście.
Piłkarze pana lubili, czy się bali?
Cenili. Za to, że hotel wybudowałem, że kupiłem 12 hektarów ziemi pod trzy boiska, że sztuczne oświetlenie i trybunę na stadionie zrobiłem, że po prostu potrafiłem znaleźć pieniądze. Stal była oczkiem w głowie Mielca, choć w całej Polsce nas lubiano. W zakładzie pracowało ponad 20 tysięcy ludzi, 11 tysięcy dobrowolnie się opodatkowało i przeznaczało 1 procent poborów na klub. Taka była załoga! Dobrze też, że w WSK miałem dyrektora Ryczaja, który mnie popierał, było łatwiej.
To lubili piłkarze czy nie?
Byłem ich przyjacielem i zostało tak do dziś. Czasami jednak sił do nich brakowało. Jak z tym koniem… Mniejsza o nazwiska. Najlepsi w drużynie wprowadzili konia na drugie piętro w bloku. O godz. 23 dzwoni telefon. – Pan prezes? – słyszę. – O co chodzi? – pytam. Cisza. Okazało się, że wyrwali słuchawkę koledze, który chciał na nich poskarżyć i jakoś załatwili sprawę, choć koń szkody poczynił. Inna rzecz. Gdzieś na jakichś imieninach Kukla puścił bombę, że ja buduję willę w Zakopanem. Rozeszło się migiem wśród kibiców po mieście, no bo wiadomo, to Kukla, ich kochany bramkarz tak powiedział. Doszło też do dyrekcji WSK, więc byli ciekawi skąd mam na to pieniądze. Jadę na halę do Kukli: – Zygmuś, co ty o mnie za głupoty opowiadasz, że ja willę buduję? – pytam. – Panie prezesie, a za te lata ciężkiej pracy nie należy się panu taka willa? – odpowiedział. Nie można się było na nich gniewać.
10. CEZARY KULESZA
Od kilku lat jest członkiem zarządu PZPN, od dziesięciu – prezesem Jagiellonii, klubu dla niego szczególnego. Urodził się w Białymstoku, grał w piłkę w Jadze. Nie za wiele co prawda, ale udało mu się wystąpić w finale Pucharu Polski – pamiętne 2:5 z Legią w 1989 roku. Pięć lat później jeszcze kopał w Supraślance, ale już miał inny pomysł na siebie – założył wytwórnię muzyczną Green Star Music. W kraju zapanował boom na disco polo – Kulesza trafił idealnie w gusta rodaków. Organizował koncerty znanych wykonawców, wydawał ich płyty. Green Star skupiał krajową czołówkę nurtu – Akcent (Zenek Martyniuk!), Bayer Full, Boys i dziesiątki innych. Na disco polo Kulesza zbił pieniądze, więc postanowił zrealizować ambicje sportowe.
Doszedł do momentu, że dziś pociąga za wszystkie sznurki w Jagiellonii. Choć formalnie jest tylko jednym z wielu akcjonariuszy – on rządzi. Jego piłkarze nie mają lekko, Białystok nie ma przed nim tajemnic, więc prezes wie praktycznie o każdym wygłupie, którego się dopuszczą. Kiedy Kamil Grosicki zabłądził do kasyna, prezes był tam tuż po nim. I po niego. Jak Grosik kupił prezerwatywy, to 10 minut później usłyszał w telefonie głos prezesa: – Kamil, po co ci te prezerwatywy. Tak przynajmniej opowiadał w „Przeglądzie Sportowym” lata temu, ale też dodawał: – Dziś mogę powiedzieć, że pan Kulesza stał się dla mnie drugim ojcem.
Za biurkiem rzadko przesiaduje, ciągle w ruchu i z telefonem przy uchu załatwia transfery. Nie zawsze trafia w dziesiątkę albo choć w siódemkę. Zdarzają się pudła jak w przypadku kosztującego 600 tysięcy euro Ognjena Mudrinskiego, choć akurat Kulesza uważa, że per saldo wyszło dobrze, bo dzięki zablokowanemu Serbowi wystrzelił Patryk Klimala sprzedany za 4 miliony euro do Celtiku. Zresztą akurat sprzedawać Kulesza potrafi: Świderski – 2 mln, P. Frankowski, Góralski – po 1,5 mln, Drągowski – 2,5, Tuszyński, Makuszewski, Grosicki – ok. miliona, Sandomierski – prawie dwa… Zarzuca się mu – i słusznie – że Jagiellonia straciła charakter, zatrudniając zastępy obcokrajowców; obecnie kilkunastu w klubowej kadrze. Z drugiej strony kadencja Kuleszy zaowocowała zdobyciem Pucharu Polski i trzykrotnym finiszem na ligowym podium, stąd niedawna konstatacja prezesa na łamach „Super Expressu”: – Zapraszam tych, którzy negatywnie wszystko widzą, niech wyłożą własne pieniążki, zarządzają jakimś klubem. A ja z boku usiądę i też będę krytykował.
11. BOGUSŁAW LEŚNODORSKI
Nigdy nie rządził Legią sam, właściwie od początku z Dariuszem Mioduskim, który stoi na czele Legii także po odejściu Leśnego, więc choćby mistrzowskich tytułów ma już na koncie więcej. Być może za kilka lat to o nim będzie się mówić jako największym w historii klubu sterniku, na razie jednak to Leśnodorski utożsamiany jest z budową kolejnej już, wielkiej Legii. To on tworzył struktury klubu, który zdystansował na wielu polach krajową konkurencję.
Z Legią zawiązany był od grudnia 2012 roku jako prezes zarządu, a na początku 2014 wraz z Mioduskim wykupili sto procent udziałów spółki Legia Warszawa S.A. od Grupy ITI, tym samym stał się współwłaścicielem klubu. Jednym z trzech, bo był jeszcze Maciej Wandzel, lecz powszechnie to właśnie Leśny postrzegany był jako numer 1 w tej trójce. Kompletnie zmienił sposób zarządzania najbardziej medialnym klubem w Polsce – między innymi po to, by uczynić go… jeszcze bardziej medialnym. Przychody zaczęły rosnąć, doszło do zgody z kibicami, w najlepszym okresie budżet Legii wynosił 283,5 miliona złotych. Pod jego rządami Legia zdobyła trzy razy mistrzostwo Polski, regularnie występowała w fazie grupowej Ligi Europy, w końcu też polski klub po 20 latach kolejny raz awansował do Ligi Mistrzów.
Kiedy pojawił się na stanowisku prezesa wzbudzał nieufność. Nie pasował do wizerunku klubowego bossa. Brylowanie na Twitterze, koraliki na przegubie ręki, tatuaż z filmowym ojcem chrzestnym i legijnym symbolem, zamiłowanie do sportów ekstremalnych, luz w obejściu, fliper w gabinecie, deskorolka na klubowym korytarzu – lubił taki styl działania. Jego specjalnością stały się głośne transfery. Bez skrupułów podbierał piłkarzy Lechowi, z kolei Duda, Nikolić, Prijović, Odjidja-Ofoe – to chyba jego najlepsze zakupy. Pełen pasji i zaangażowania, zawsze na pierwszej linii frontu, częściej w dresie niż garniturze, nie był jednak przypadkowym gościem – nim rozpoczął pracę przy Ł3 odniósł sukces jako prawnik (kontynuator bogatych tradycji rodzinnych) i biznesmen, stając się finansowo niezależny.
Ostatniego dnia ligowego sezonu 2016-17 Legia w pasjonujących okolicznościach sięgnęła po tytuł mistrzowski. Kibice nazajutrz dowiedzieli się, że z klubem definitywnie żegna się „ich” Leśny. To było do przewidzenia, już w marcu odsprzedał swoje udziały Mioduskiemu (obaj panowie mieli rozbieżne wizje funkcjonowania klubu), niemniej dla wielu fanów był to koniec pewnej epoki. Odchodził prezes, który był większym idolem, niż właściwie każdy z piłkarzy osobno.
12. STANISŁAW PŁOSKOŃ
Jedna z najbarwniejszych postaci polskiej ligi w latach 90. Rządził Górnikiem Zabrze twardą ręką. Marcin Kuźba chciał przenieść się do Widzewa Łódź, Górnik się nie zgadzał: – Albo zagra w tym sezonie w Górniku albo nigdzie – zawyrokował Płoskoń. Przed kamerami! Z dzisiejszej perspektywy – nie do pomyślenia. Dziś pan Stanisław liczy sobie 81 lat, ale język mu się nie stępił.
– Leżę w łóżku, źle się czuję, słaby jestem. Problemy żołądkowe. Ale ten koroniarz mnie jeszcze nie dopadł, więc słucham.
Ile pieniędzy wpompował pan w klub z Zabrza?
Masę! Michała Probierza nabyłem z niższej ligi niemieckiej za 50 tysięcy marek – z własnych pieniędzy. Podobnie było w przypadku Janka Urbana. Byli też piłkarze, których długi wykupywałem z kasyna. Do dziś winni są mi te pieniądze. Śmieję się z tego wszystkiego, koło czterech liter mi lata, co i kto o mnie dziś myśli.
Warto było bawić się w polską piłkę?
Jestem człowiekiem urodzonym na kresach wschodnich, więc nawet jeśli przegrałem coś w życiu, przez wieki tego nie wspominam. Taką mam naturę. Uratowałem Górnika. Tylko dzięki mnie Górnik istnieje! Nikt tego jednak nie docenia. A należy mi się pewien szacunek. Chamstwo w polskiej piłce zaszło daleko.
Nadal pan nie boi się mocnych słów.
Prowadziłem klub za swoje pieniądze, na moich warunkach i robiłem to, co uznałem za stosowne. Czy się to komuś podobało, czy nie. Nie dawałem kręcić się różnym partyjniakom czy władzom miejskim. Ani piłkarzom. Zawodnicy albo wykonywali, co postanowiłem, albo odpowiednio byli ustawiani. Jak trzeba było, potrafiłem wypożyczyć piłkarza do innego klubu za to, co robił…
Zapamiętał pan szczególnie któregoś z prezesów, którzy w tamtych czasach działali w lidze?
Dobre układy miałem ze Śląskiem Wrocław. Tam generałowie wtedy rządzili. Kręcił się koło nich młody chłopak, piwo mi nosił. Dziś ten pan zajmuje się polityką.
Co by pan dziś powiedział obecnym prezesom klubów?
Że w trybie natychmiastowym, w jednym dniu, trzeba rozwiązać piłkarstwo zawodowe w Polsce! Niech grają amatorzy lub półzawodowcy. Wtedy nasze kluby budowane byłyby na bazie polskiej młodzieży. Legia człapie po boisku, a w składzie ma z ośmiu obcokrajowców i każdy zarabia zapewne po sto tysięcy złotych, to co to jest? Władze miasta, samorządy, państwowe firmy powinny mieć zakaz sponsorowania zawodowej piłki! Co to jest za sport? Co to za piłkarze grają dziś w Górniku? A przecież Zabrze zawsze potrafiło szkolić swoich chłopaków. Zamiast być eksporterem, polska liga jest importerem dziadów z zagranicy. Wstyd, że piłkarze z trzeciej ligi hiszpańskiej zostają tu królami strzelców i to dwa razy z rzędu. Jak tacy są dobrzy, to dlaczego Hiszpanie nie biorą ich z powrotem? Parodia!
13. ANTONI PTAK
Właściciel hal targowych pod Rzgowem, zwanych Centrum Handlowe Ptak, polski Biznesmen Roku 1995. Być może jest w tym coś, że nie interesowało go coś takiego jak sukces, nie myślał o tym, by sprawiać ludziom radość, by pomagać polskim piłkarzom w karierach, a zarabiać przy okazji. Futbol jako taki nie budził w nim żadnych emocji, był jedynie narzędziem. Liczyła się kasa. Gdy ŁKS grał w eliminacjach Ligi Mistrzów z Manchesterem United, ustalił ceny biletów na tak wysokim poziomie, że stadion świecił pustkami. We wszystkich jego zespołach zawsze była presja na to, by grali zawodnicy, których właściciel chciał sprzedać, czyli przeważnie zagraniczni, z Brazylii bądź Nigerii. Futbol miał przynosić dochód i nic innego nie miało znaczenia. Wyciskał z piłki każdą złotówkę, wykręcał szmatę do sucha – i wyrzucał. W końcu dotarł do pierwszej dziesiątki najbogatszych Polaków.
W 1995 roku wszedł w ŁKS, z którym w 1998 zdobył mistrzostwo Polski, a w 2001 go porzucił po spadku z Ekstraklasy. Oprócz tego w latach 1998-2000 zaangażował się w Lechię/Polonię Gdańsk, od 1998 do 2003 zarządzał Piotrcovią, a od 2003 do 2007 Pogonią Szczecin.
Zasłynął wieloma niekonwencjonalnymi ruchami. Zebrał z brazylijskich ulic i dzikich boisk szczupłych chłopaków bez pojęcia o futbolu, przywiózł do Polski, umieścił w swojej łódzkiej szkółce piłkarskiej, podszkolił, a potem kazał z nich tylko montować jedenastki drużyn seniorskich swoich klubów – w 2005 roku w składzie Pogoni na mecz z GKS Bełchatów zabrakło choćby jednego Polaka, co było w historii Ekstraklasy wydarzeniem bezprecedensowym. Przeniósł zespół Pogoni do swojego centrum piłkarskiego w Gutowie Małym i tam skoszarował. Pod Sao Paulo stworzył Europejskie Centrum Piłkarskie Ptak. Żaden pomysł nie był dla niego zbyt głupi, nie istniała dlań żadna bariera wstydu i obciachu. Przenosił kluby z jednego miasta do drugiego. Wszędzie zostawała po nim spalona ziemia. Nie przejmował się żadną krytyką. Co mu mogły bowiem zrobić polskie pieski, kiedy w swoim apartamencie na Florydzie/zamku nad Loarą/hacjendzie w Brazylii/domu na Lazurowym Wybrzeżu/posiadłości w Polsce siedział i liczył pieniądze, których było coraz więcej?
14. JANUSZ ROMANOWSKI
Chłodny jak ryba z północnego Atlantyku, zawsze skryty za okularami i miną Giocondy, filozoficznie nastawiony do życia. Autor wysoce oryginalnych powiedzeń, jak to o zawleczkowym trybie postępowania: gdzie nas myśl zawlecze, tam postępujemy. Za komunizmu robił piękną karierę w ZSMP, OPZZ, TPPR, ORMO i PZPR (szczęśliwy, kto nie umie rozwinąć tych skrótów), odpowiadał za zabezpieczenie zjazdów przewodniej partii, a także wielkich wydarzeń, takich jak pielgrzymka papieża. Po upadku reżimu poszedł w biznes i na bazie spółki Pol Kaufring, która była przedstawicielem Kodaka, rozwinął liczne przedsięwzięcia. W 1992 przejął chylącą się ku upadkowi Legię i błyskawicznie uczynił z niej najlepszy polski klub, który zdobył dwa tytuły mistrza Polski (i trzeci zabrany) oraz osiągnął ćwierćfinał LM. Piłkarze tamtej Legii wspominają dziś, że źle nie mieli, prezes dotrzymywał słowa; za to klub prządł coraz cieniej, bo Romanowski jedynie pożyczał mu pieniądze.
W 1996 roku odszedł z Legii (długo sądził się z nią potem o kasę) i przejął Polonię Warszawa, którą sterował przez 5 lat. Legenda Czarnych Koszul, Jerzy Piekarzewski, wspomina go jako świetnego zarządcę. Do czasu. Po zdobyciu mistrzostwa Polski w 2000 roku zaczął sprzedawać piłkarzy, samemu przejmując większość kasy – klub rozliczał się z nim, oddając mu karty zawodnicze futbolistów. Gości podejmował w Konstancinie, w swoim ośrodku o nazwie Centrum Promocji Kadr. Przez cały okres działalności w stołecznych klubach był jednocześnie właścicielem A-klasowej Pogoni Konstancin, która służyła za słup przy transferach piłkarzy. Z podstawowej jedenastki wojskowych z LM, dziewięciu graczy było własnością Pogoni wypożyczoną do Legii. Nic zatem dziwnego, że zyskami ze startu z imprezy podzielił się z klubem w proporcjach 9:2.
Dziś Romanowski nie działa w futbolu. Gdy zorientował się, że zmianie ulegają reguły gry, wylogował się. Pewne jest jedno: sporo zarobił na piłce. Wielu chciało potem działać tak, jak on, ale nikomu się nie udało.
15. JACEK RUTKOWSKI
9 maja 2006 roku doszło do najbardziej trafionej, wzorcowej wręcz fuzji w polskim futbolu. Amica Wronki, klub bogaty, ale pozbawiony kibicowskiego zaplecza, połączył się z najpopularniejszym w Wielkopolsce, ale zadłużonym WKP Lech Poznań. Nowy, ale o tradycyjnym skrócie: KKS, Lech przystąpił do Ekstraklasy na licencji Amiki.
W 2006 roku Rutkowski już nie potrzebował włączać do nazwy klubu z Poznania nazwy swojej firmy z branży AGD, gdyż dzięki występom Amiki w Ekstraklasie i europejskich pucharach stała się ona powszechnie znana. Klub z więziennego miasta spełnił swoją rolę: choć nie udało się zostać mistrzem, trzy Puchary Polski zadowoliły właściciela. Ten etap sportowego zaangażowania Rutkowskiego on sam mógł ocenić jak najbardziej pozytywnie, choć w futbolowym światku po Amice pozostał potężny smród związany z działalnością niejakiego Fryzjera, której nie warto tu przypominać.
Trochę gorzej wiedzie się Lechowi. Klub wychowuje wielu zdolnych zawodników, prowadzi rozsądną politykę finansową, lecz brakuje sukcesów, Kolejorz zbyt rzadko walczy o mistrzostwo Polski. Zresztą, nie jest to już wszystko winą/zasługą seniora rodu Rutkowskich, lecz raczej syna Piotra i jego współpracowników. W początkowych latach nowego Lecha, kiedy Jacek Rutkowski angażował się bardziej, była nawet 1/16 finału Pucharu UEFA. Ale to właśnie „przejedzenie” sukcesu z sezonu 2010-11 skłoniło seniora do rozstania się z ówczesnymi zarządcami futbolowego biznesu i przyznaniem większych prerogatyw synowi. Od tego czasu Lech na pewno nie działa w myśl zasady zastaw się, a postaw się.
16. IRENEUSZ SERWOTKA
– Przed pierwszym sezonem w Ekstraklasie do zespołu dołączyło kilku zawodników, mieliśmy grać na najwyższym poziomie, więc stawki dla nowych chłopaków były wyższe – opowiada Ryszard Wieczorek, wtedy zawodnik Odry Wodzisław. – Starzy zawodnicy ruszyli do prezesa na negocjacje. Zgodził się zaoferować nowe warunki, pamiętał, kto wywalczył awans. Niemniej trzymał budżet Odry w ryzach, gdyby nie on, klub nie utrzymałby przez tyle lat miejsca w Ekstraklasie.
Absolwent Akademii Ekonomicznej w Katowicach, co dla historii Odry Wodzisław Śląski miało niebagatelne znaczenie. W tym klubie na nadmiar pieniędzy nigdy nie narzekano, prezesurę objął w 1993 roku, z krótką przerwą rządził nim do 2010 roku. Wprowadził Odrę do Ekstraklasy, którą opuściła dopiero po jego odejściu.
– Z futbolem nie mam już nic wspólnego. Działalność zakończyłem. Pełniłem funkcję starosty powiatu wodzisławskiego, obecnie jestem radnym powiatu – mówi Serwotka. – Ale poza szczebel lokalny nie zamierzam wychodzić. Ciekawa sprawa, że „Piłka Nożna” akurat dzwoni, bo w dobie pandemii wracam myślami do starych czasów, w czym pomagają mi powtórki magazynu „Liga+” w Canal+ Sport. Oglądam namiętnie. Kapitalna rozrywka!
Zarządzanie Odrą to dla pana przygoda życia?
Do klubu trafiłem w czasach największego kryzysu, Odra miała wtedy zostać postawiona w stan likwidacji. Z bratem działaliśmy w lokalnym biznesie. Poproszono nas o zaangażowanie. Wszedłem do zarządu, potem zostałem prezesem. Ale to nie koniec. W późniejszym okresie współpraca na linii miasto-klub nie zawsze układała się wzorowo. Uzgodniliśmy więc, że skoro nie za każdym razem jesteśmy w stanie porozumieć się z miastem, trzeba mieć na nie wpływ. I mniej więcej tak zostałem… prezydentem Wodzisławia Śląskiego.
Jak pan wspomina współpracę z piłkarzami?
Miałem dosyć twardą rękę. Ale bywało też zabawnie. Akurat w zespole gorzej się działo, trochę brakowało dyscypliny. Postanowiliśmy to zmienić. Ustaliliśmy z trenerem, że wieczorami będziemy wyrywkowo dzwonić do zawodników w celu sprawdzenia czy znajdują się w miejscach zamieszkania, czy szykują się do snu, czy może gdzieś indziej… Bramkarz Mariusz Pawełek mieszkał w Lubomi, miał problem z zasięgiem w telefonie. A że nie chciał być posądzony o niesportowe prowadzenie, w godzinach wieczornych warował na poddaszu, bo tam akurat zasięg łapał, aby w razie potrzeby odebrać połączenie.
Działał pan też w PZPN, podobno za prezesury Grzegorza Laty czekał na pana najlepszy apartament w hotelu Sheraton, gdzie kwaterowani byli członkowie zarządu, co wzbudzało zazdrość niejednego barona.
Zostałem wytypowany przez zarząd do działania przy organizacji Euro 2012, więc w Warszawie trochę czasu spędzałem. A w Sheratonie wszystkie pokoje mają wysoki standard.
17. LUDWIK SOBOLEWSKI
Rozmaitych miał Widzew prezesów. Rządzili nim i tacy, z którymi piłkarze trafili do LM, ale również tacy, którzy zostawili klub w opresji, doprowadzając niemal do upadku. Ludwik Sobolewski zaś był tylko jeden, niepowtarzalny, choć prezesem Widzewa był akurat trzykrotnie – w latach 1977-87, 1992-93 i 1998. Najważniejszy jest ten pierwszy okres, kiedy mały klub z robotniczej dzielnicy Łodzi stał się czołowym w Europie. Jego szef był wizjonerem, w dodatku skutecznym. Za jego kadencji Widzew awansował z III ligi do I, dwa razy był mistrzem kraju, pięć razy wicemistrzem, półfinalistą Pucharu Mistrzów, potrafił eliminować z rozgrywek Manchester City, Manchester United, Liverpool, Borussię MG czy Juventus.
– Ludwik mówił o tym, jak powinien wyglądać wielki klub, jak sobie to wyobraża. A potem jechaliśmy do Manchesteru City i widzieliśmy, że w Anglii wszystko wygląda tak, jak w jego opowieściach. A przecież był to pierwszy zagraniczny wyjazd. On nie mógł wcześniej tego widzieć, po prostu jego wyobraźnia sięgała dalej niż nasza, niż kogokolwiek w polskim futbolu – Krzysztofa Kirpszę, wówczas wiceprezesa klubu, cytował Marek Wawrzynowski, autor książki o wielkim Widzewie.
Sobolewski budował drużynę opartą o piłkarzy charakternych, ale i klasowych. Jak zagiął parol na Bońka, Młynarczyka lub Dziekanowskiego – dopinał swego. A rywalizować musiał z klubami ministerialnymi. Widzew nie miał podobnego mecenatu. Rósł w siłę głównie dzięki talentom prezesa. Jego domem stał się samochód. Jeździł po Polsce i kaperował polecanych mu piłkarzy. Znakomicie grał w szachy, umysł miał jasny, sprytny, przewidujący. Tak samo przeprowadzał transfery i zarządzał RTS.
Zmarł w 2008 roku. Był plan, by w Łodzi stanął jego pomnik. Nie stanął. Do końca chyba nie wiadomo dlaczego. Być może z uwagi na życiorys, który skrywa sporo tajemnic. Wiadomo, że urodził się i wychował w Warszawie, jako Lutek Rozenbaum. Wikipedia podaje, że walczył w AK, ale już po wojnie, przez kilka lat, był członkiem formacji wojskowych Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego.
– Piłkarz jest jak Arab, gdy mu płacisz dolara, to będzie pracował, ale gdy mu płacisz dwa dolary, to połowę schowa do kieszeni, a za drugą połowę wynajmie człowieka do pracy za niego – podobno z takiego założenia wychodził jeden z najpotężniejszych prezesów w historii Ruchu Chorzów. Jego Ruch to trzy mistrzostwa Polski (1968, 1974, 1975), to awans do 1/4 finału Pucharu Mistrzów, to zatrudnienie na stanowisku trenera Michala Vicana i…: – Jupitery, które po dziś dzień stoją na stadionie przy ulicy Cichej. To jego pomnik – mówi Antoni Piechniczek, za czasów rządów Trzcionki zawodnik Niebieskich, przez kilka lat kapitan zespołu. – Wiceminister hutnictwa, wtedy jedna z trzech najsilniejszych postaci na Śląsku. Numerem jeden był Edward Gierek, dwójką był człowiek o nazwisku Grudzień, a trójką Trzcionka. Niekoniecznie było mi po drodze z jego przekonaniami politycznymi, ale za to, co zrobił dla Ruchu, wysoko go cenię. Innym ważnym prezesem w historii Niebieskich był Zbigniew Noras, szefował klubowi w latach osiemdziesiątych, był też dyrektorem Polmozbytu w Katowicach. Zaangażowanie w Ruch przypłacił życiem, pojechał na mecz wyjazdowy do Poznania, zasłabł na trybunach i niedługo potem zmarł.
Jedni go kochali, drudzy nienawidzili, ale przyglądali mu się wszyscy. A że wyniki Polonii Warszawa nie zawsze odzwierciedlały jego oczekiwania, częściej i spektakularniej dawał powody do nienawiści. Trenerów likwidował sprawnie. Czasem telefonicznie, dzwoniąc z jachtu po nieudanym meczu. Przez 6 lat był właścicielem Czarnych Koszul, w tym czasie spadły głowy 17 szkoleniowców. – Kilku się przez klub przewinęło, to fakt. Ale policzyli mi do statystyk trenerów, których zatrudniałem tylko tymczasowo, nie byli wyborem docelowym – mówi dziś.
Inżynier górniczy. Uważa się, że to on kładł podwaliny pod wielkiego Górnika, którego prezesem był od 1967 do 1973 roku, lecz przecież KSG już przed Wyrą był mistrzem Polski, między innymi od 1963 roku seryjnym. I choć byli ważni prezesi przed nim i po nim (zwłaszcza Jan Szlachta), jednak to Wyra wprowadził Górnika na europejskie salony.
On był prezesem Lecha, jego prawą ręką znany w środowisku Hilary Nowak. To jednak Zeidler (rocznik 1941) kładł podwaliny pod dekadę największych sukcesów Kolejorza. Podczas prezesury (1980-1991) kierował ośmioma sekcjami, z piłkarzami trzykrotnie cieszył się z tytułu mistrza Polski, tyle samo razy ze zdobycia Pucharu Polski. Grał w pucharach z Bilbao, Liverpoolem, Barceloną i Marsylią. Koszykarze trafili do najlepszej ósemki Europy. Oddano także do użytku stadion przy Bułgarskiej. Jest najbardziej utytułowanym prezesem w historii KKS.
Możliwość komentowania została wyłączona.
Polska Ekstraklasa
Cracovia tego lata nie jest specjalnie aktywna na rynku transferowym, skupiając się głównie na ściąganiu młodych i perspektywicznych piłkarzy. Kolejny z nich właśnie zawitał przy ul. Kałuży.
Polska Ekstraklasa
Nowy obrońca melduje się w Zabrzu. Maximilian Dietz podpisał kontrakt z triumfatorem Pucharu Polski!
Polska Ekstraklasa
Związany z Górnikiem Zabrze Kryspin Szcześniak będzie miał nowy klub. Według mediów, zawodnik zmieni barwy, ale pozostanie w PKO BP Ekstraklasa.
Polska Ekstraklasa
Po raz pierwszy od dekady i siódmy w historii Lech sięgnął po Superpuchar Polski. Na podstawie spotkania o najmniej prestiżowe z krajowych trofeów trudno o daleko idące wnioski, natomiast pewne sygnały przed przystąpieniem do gry o Champions League zostały przez Kolejorza wysłane.
Polska Ekstraklasa
Bartosz Biedrzycki podpisał nową umowę z Cracovią. Jednocześnie Pasy postanowiły wypożyczyć 23-latka do pierwszoligowej Odry Opole.
Najnowsze
Z Arsenalu do Cracovii. Młody pomocnik przy ul. Kałuży
Ekstraklasa
Tuchel przed meczem o 3. miejsce. „Taka jest perspektywa”
Mistrzostwa Świata 2026
De la Fuente o sposobie na zatrzymanie Messiego. „Tego na pewno nie zrobimy”
Mistrzostwa Świata 2026
Hit wewnątrz La Liga? Atletico Madryt chce gwiazdę Barcelony!
La Liga
Piłka nożna
Publicystyka
Zbigniew Mucha
STANY PODGORĄCZKOWE: A jeśli Francja, to kto?
Zbigniew Rokita
Zbigniew Rokita: Forza Arktyka! [FELIETON]
Przemysław Pawlak
RL 2028, czyli co transfer Lewandowskiego oznacza dla reprezentacji Polski
Leszek Orłowski