Za nami siedem z ośmiu spotkań 16. kolejki PKO Bank Polski Ekstraklasy. Co się wydarzyło w weekend?
Obserwując Legię
To był mecz na szczycie 16. kolejki. Przy całej sympatii dla Rakowa, Legia wskazała mu miejsce w szeregu – czyli jednak za nią. Póki co. Nim doszło do gry, Czesław Michniewicz wygłosił już słynne zdania o niedostatkach legijnej kadry. Oczywiście wciąż mocnej, ale nie tak, jak on by pewnie oczekiwał i przed jaką drżeliby rywale. Trochę trener chyba się asekurował, a być może przed ważnym meczem chciał po prostu zdjąć presję ze swoich piłkarzy. Kadra Legii choć rzeczywiście uszczuplona wciąż jest najmocniejsza w Polsce, wciąż ta drużyna ma obowiązek wygrywać mecze z Podbeskidziem czy Stalą. Zresztą – że w tym składzie personalnym Legia jest mocna, dowiodła właśnie w sobotni wieczór, choć oczywiście kontuzje obrońców Rakowa mocno jej ułatwiły zadanie. Natomiast – i tu kamyczek do ogródka pionu zarządzająco-sportowego – ta kadra nie gwarantuje niczego dobrego w grze o fazę grupową europejskich pucharów. Patrząc pod tym kątem, jest zbyt słaba. I niedobrze jeśli jej budowanie rozpocznie się latem, bo zima powinna być ostatnim dzwonkiem.
Konferencja prasowa Michniewicza to jednak temat zastępczy. To co najważniejsze, wydarzyło się w sobotę na boisku. Od dobrego trenera, dobrze opłacanego, wymagać trzeba wyników, budowania piłkarzy, wznoszenia ich na wyższy poziom. A także umiejętności dodania czegoś ekstra. Wymyślenia czegoś, co stanie się wartością dodaną, co może przechylić szalę. I oto Michniewicz coś takiego wymyślił. To nie jest niespodzianka. Zafascynowany Włochami od dawna myślał o grze trójką obrońców. Zamknął treningi, pracował. Zaryzykował, bo wyszedł nową taktyką na silny zespół, który tę strategię stosuje od dawna. I właśnie wtedy w sukurs przyszli mu zawodnicy, górę wzięła jakość kadry, jakość piłkarzy. Jędrzejczyk – profesor, Boruc – pewniak, Pekhart – wszechstronny, para Wszołek-Kapustka – na medal. Ale to mogło zafunkcjonować dzięki odświeżeniu lub raczej przemodelowaniu taktyki. Tak to trzeba widzieć – Michniewicz wygrał mecz na szczycie.
Obserwując Cracovię
Michał Probierz wrócił na stanowisko trenerów Pasów po kilkudniowym urlopie. Wciąż nie wiemy co naprawdę stało się po meczu z Wartą. Dlaczego pożegnał się z drużyną, a jednak został. Czy gdyby w grę wchodziły poważne kłopoty osobiste – zdrowotne lub jakiekolwiek inne – krótki urlop by wystarczył? Czy wówczas Janusz Filipiak upierałby się, by MP został na stanowisku? Chyba nie. Może więc Probierz zmęczony całym projektem naprawdę chciał odejść, ale zaskoczył bossa, więc panowie po dżentelmeńsku umówili się, że do rozmowy wrócą za kilka tygodni? Kiedy profesor „ogarnie” już zastępstwo dla trenera? Może. Na razie to tylko domysły.
Chodzi jednak o to, by ów temat nie przesłaniał sedna sprawy. A sprawa wygląda w ten sposób, że Cracovia zmierza w dość dziwnym kierunku. Nie chodzi nawet o wyniki (Puchar Polski jest dużym osiągnięciem), ale jaki jest sens by dość marnie wyglądający zespół składający się z dziesięciu obcokrajowców (bramkarz młodzieżowiec, więc wyjątek – wiadomo…) bił się – powiedzmy – o dziesiąte miejsce w tabeli?
No i nie sposób w tym miejscu nie poświęcić kilku słów Pogoni, liderowi rozgrywek. Wygrała pewnie, w końcówce trochę dała się zepchnąć do obrony, ale specjalnie nie gotowało się na jej polu karnym. Zatem Portowcy z szóstym kolejnym zwycięstwem zdają się wytrzymywać presję. Rok temu po półmetku też byli liderami, szybko jednak przyszła gorsza forma znaczona fatalną serią meczów na własnym boisku. Trzeba jednak pamiętać, że rok temu Pogoń za jednym zamachem straciła ząb trzonowy i siekacza, czyli Adama Buksę. Bez niego wszystko się posypało. Teraz jakość dają młodzieżowcy, Malec w końcu w pełni sił i formy zabetonował defensywę, a Dąbrowski odradza się w środku pola. Jarosław Mroczek podkreśla (we wtorek wywiad z prezesem w tygodniku „Piłka Nożna”), że w porównaniu z tamtą Pogonią obecny zespół jest bardziej zbilansowany. Może mieć rację. Natomiast argument o niewielkim zaangażowaniu w oknie transferowym po to, by nie burzyć unikalnej atmosfery wewnątrz drużyny, jest już… dyskusyjny.
Obserwując Lecha
To jest temat, który trudno ogarnąć zdrowym rozumem. Z jednej strony kapitalny rok finansowy (transfery plus premie z Ligi Europy to około 90 milionów przychodu), tymczasem zbyt mało środków poszło na wzmocnienie składu, który ewidentnie przecieka, a musi przecież gonić rywali. Z drugiej – pozyskano jednak stoperów, także poważnego gracza na pozycję numer 6 – a coś wciąż nie gra. Mając trójkę w środku pola Karlstroem-Tiba-Ramirez Lech nie może bić głową w mur Górnika czy Zagłębia! Teoretycznie coś się więc zgadza, w praktyce nie bardzo. Słusznie napisał na Twitterze poznański dziennikarz Radosław Nawrot: „To jest tylko bazowanie na potencjale, bez przepracowania, przetrenowania, sposobu.”
Czyżby kamień do ogródka Dariusza Żurawia? Tak się wydaje, choć pewnie nie on jeden jest winny temu, że KKS ma 15 punktów straty do Pogoni, 13 do Legii.
A jak to wyglądało na boisku przeciw ogołoconemu z podstawowych obrońców, ale znakomicie broniącemu Zagłębiu? Odsyłamy do uniku taktycznego Leszka Orłowskiego (we wtorek na papierze, tu tylko fragment): „Piłkarze Kolejorza grali za wolno, za rzadko z klepki, w zasadzie nie istniała u nich gra bez piłki, wyjście na pozycje. Pchali się ze swoimi akcjami w tłok, wszystkie zamiary sygnalizowali, w dodatku często nie trafiali przerzutów i nie wychodziły im dryblingi. W efekcie cała pierwsza połowa to była załamująca bezproduktywność Lecha w grze ofensywnej… W Lechu jest potencjał, ale brakuje odpowiednich standardów gry ofensywnej. Indywidualnymi umiejętnościami wiele się nie wygra, nawet w naszej lidze.”
W tej sytuacji tematem – a jakże – zastępczym jest nawiązanie współpracy przez klub z fachowcami z Wydziału Matematyki i Informatyki UAM. Sztuczna inteligencja w służbie piłki nie zaszkodzi, ale nie ona jest kluczowa. Może Juergen Klopp pracować z astrofizykiem, może Lech z matematykami. Ale czy właśnie na taką informację w lutym czekali kibice Kolejorza? Chyba nie. Złośliwi powiedzą, że zaciąg naukowców na pewno pomoże oszacować matematyczne szanse Lecha na tytuł, albo choć na podium. Bo one powoli naprawdę stają się tylko matematyczne…
Obserwując Wisłę Kraków
Przyznajemy szczerze – mecz Wisły w tym tygodniu zszedł na dalszy plan. Od kilku dobrych dni mówiąc: Wisła, myślano: Buksa. Aleksander Buksa. I dla Wisły nie był to wcale temat zastępczy i poboczny, lecz niezwykle ważny.
W tzw. „Sprawie Buksy” wiadomo niby dużo, ale kto ma rację w tym sporze, tego już nie wiadomo. Pewnie błędy popełniły obie strony, dziś wydaje się, że najbardziej stratna okaże się Wisła, bo nie będzie mogła – a na to liczyła – wytransferować za miliony euro zawodnika, który talentem faktycznie przerasta innych i który miał być swoistą lokatą kapitału. Doszło więc automatycznie do poważnego konfliktu klubu z ojcem piłkarza, jako że rodziciel nie zgodził się na podpisanie (podpisanie naprawdę, nie tylko ogłoszenie…) kontraktu z synem do 2023 roku. W tej sytuacji 18-letni Olek w czerwcu będzie mógł odejść z Wisły – i tyle. Trwa przerzucanie się odpowiedzialnością za taki stan rzeczy. Nie rozstrzygniemy kto ma rację. Słowo przeciw słowu. Nie wiemy na pewno jak wyglądały rozmowy z menedżerem, ani jakie były dokładnie wcześniejsze ustalenia obu stron. Adam Buksa (ojciec) troszczy się o interes syna – ma do tego prawo. Ma prawo działać w zgodzie z własnym planem. Na pewno w czerwcu familia będzie miała szansę zarobić duże pieniądze. Być może nawet tak się stanie. Czy to jednak najlepsze rozwiązanie dla młodzieńca? Czas pokaże. Kiedyś w dość niecodziennych okolicznościach z Wisły odszedł starszy brat Olka – Adam. Uznał, że woli rozwijać się w Italii zamiast czekać na debiut w polskiej Ekstraklasie. Ostatecznie zrobił (robi) całkiem udaną karierę, ale czy na pewno większą niż gdyby został wówczas pod Wawelem? Nie przekonamy się.
Generalnie ojcu nie podoba się między innymi fakt, że syn Aleksander nie otrzymywał dostatecznie dużo szans występów – ergo: tracił czas. To prawda, Aleksander grał niewiele. Na zdrowy rozum jednak – czy Wisła postępowałaby przeciw własnemu interesowi trzymając poza składem zawodnika w formie, dającego jakość, gole, punkty, a w przyszłości miliony? To było dziwne. Dlatego Wisła jest rozżalona, że ustna umowa na podpisanie dłuższego kontraktu nie jest respektowana. Jednym słowem sprawa jest złożona. Być może wygranych w tym sporze nie będzie, oby tylko najbardziej poszkodowanym nie został zawodnik. Jak będą wyglądały bowiem jego najbliższe miesiące przy Reymonta, jak będzie funkcjonował w szatni obok Jakuba Błaszczykowskiego, któremu coś ponoć obiecywał? Co w końcu wydarzy się dalej? Na przykład Zbigniew Boniek nie bez racji zauważa, że to ogromne ryzyko wyekspediować zawodnika niedoświadczonego, chłopca ledwie, do dużego klubu zagranicznego. Niewielu młodym Polakom się udało. Prawda jest taka, że Wisła myśli o swoim interesie, a rodzina Buksów o swoim. Romantyzmu oczywiście w tym nie ma. W futbolu już w ogóle go niewiele. Może jednak warto ochłonąć, uzbroić się w cierpliwość, wypracować jakiś konsensus. Dla dobra Aleksandra i – może – całego polskiego futbolu.
W niedzielę popołudniu Biała Gwiazda podejmowała Jagiellonię. Buksa znalazł miejsce na ławce. Pytany przed meczem o całą sytuację Peter Hyballa przed kamerami Canal Plus deklarował jasno: „Buksi jest dla nas bardzo ważnym zawodnikiem”. Może i jest, ale młody napastnik na boisku się nie pojawił, mimo że Hyballa przeprowadził tylko jedną zmianę. Sam mecz Wiśle się udał. To było w ogóle obustronnie dobre widowisko, z tym że gospodarze zagrali tak, jak przez dużą część meczu z Piastem – z polotem, zębem, ofensywnie. W odróżnieniu od tamtego spotkania, tym razem zgarnęli pełną pulę, nie stanęli nawet na chwilę.
Po tym, jak negocjacje między Zagłębiem Lubin a Rakowem Częstochowa ws. wykupu Leonardo Rochy zakończyły się fiaskiem, „Miedziowi” ruszyli na poszukiwania nowego snajpera. Padło na dwukrotnego reprezentanta Węgier.
Michał Synoś znajdował się w kręgu zainteresowań polskich oraz zagranicznych klubów. 18-letni stoper podjął już decyzję, gdzie będzie występował od sezonu 2026-27.