W piątek rozniósł Fiorentinę, która długo nie zamierzała opuścić trzeciego miejsca. Już mu nikt nie zarzucił, że wygrywał tylko ze słabymi. Po Frosinone, Sassuolo, Sampdorii, Carpi, Palermo i Empoli siódma z rzędu ofiara niby miała klasę i renomę, ale wyglądała jak niewinny baranek przy wygłodniałej wilczycy. Skończyło się jak skończyło, ale mogło 6:1, a nawet 7:1 i to wcale nie przy stuprocentowej skuteczności rzymian.
(…)
Największa różnica na korzyść Spallettiego polega na tym, że on ma pomysły, a nie jeden pomysł na drużynę i nie boi się konfrontacji. Jeśli jest przekonany do konkretnej idei, to odstawi na bok Francesco Tottiego lub Edina Dżeko i będzie dążył do jej realizacji. Tymczasem Garcia wszystkich chciał mieć za przyjaciół. To owszem tworzyło pozytywny klimat, ale nie poprawiało wyników. Spalletti wybrał trudniejszą i bardziej ryzykowną (wrogowie, których ma, tylko czekają na jego potknięcie) drogę: budowanie atmosfery przez wyniki, będą zwycięstwa to będzie OK. I jest OK. Fałszywa dziewiątka
Trudno też nie oprzeć się wrażeniu, że piłkarze Garcii dreptali w miejscu. Zupełnie się nie rozwijali. Gervinho jak przyszedł z Anglii szybki i denerwująco bezradny pod bramką, tak w nienaruszonym stanie odszedł do Chin, kosztujący fortunę Iturbe też pozostał tylko sprinterem. To dwa najbardziej wyraziste przykłady, ale było ich więcej. Spalletti z pewnością wykrzesałby z nich dużo więcej. Już w Udinese wprowadził na wyższą półkę Antonio di Natale, Vincenzo Iaquintę, Sulley Alego Muntariego czy Davida Pizarro. Podczas pierwszego pobytu w Romie dał nowe oblicze Simone Perrotcie, Amantino Manciniemu czy Rodrigo Taddeiemu – piłkarzom wcześniej kompletnie niedocenianym i prawie anonimowym. Teraz coraz wyżej pomaga się wspinać Mohamedowi Salahowi, Stephanowi El Shaarawy’emu czy Diego Perottiemu.
(…)
Tomasz LIPIŃSKI
Cały artykuł można znaleźć w najnowszym numerze Tygodnika „Piłka Nożna”