Orłowski apeluje: Tuchel na selekcjonera polskiej kadry!
Pisałem w tym miejscu we wrześniu poprzedniego roku, po wyborze Waldemara Fornalika na selekcjonera: „ale jeśli się nie uda (awansować na mundial): zero litości – nie dla Fornalika, który zrobi wszystko, co potrafi, by pojechać do Brazylii, tylko dla tych, którzy go wybrali”. Fornalikowi mundial już w zasadzie uciekł, jego odejście tak czy owak jest kwestią czasu. Zbigniew Boniek już myśli, kto po nim. To pomyślmy razem z nim.
Na pewno nie Polak. Głupio cytować samego siebie, ale po co pisać jeszcze raz coś, co zostało już napisane: „Nasza, dziennikarzy, rola, by (po porażce Fornalika) wyśmiać głosy następców Piechniczka, że kolejnym selekcjonerem znowu powinien zostać Polak”. No to wyśmiewajmy. Bo czym był w istocie rzeczy wybór sympatycznego Pana Waldka na selekcjonera? Oto wyobraźmy sobie, że trzeba wybudować zamek. Inwestor idzie na plażę, spośród lepiących na niej zamki z piasku dzieciaków wybiera tego, któremu budowla wyszła najlepiej i mówi: – Chodź ze mną, zbudujesz zamek prawdziwy… Akurat wówczas tym, któremu najlepiej wyszedł zamek z piasku, był Walduś. A że jego prawdziwy zamek runął z wielkim hukiem, to rzecz normalna, oczywista. I tak cud, że tak długo jako tako stał mimo ewidentnych błędów w sztuce popełnianych na każdym etapie murarki. W mokrym piasku polskiej ligi grzebią dziś następni trenerzy, ale czy jest sens wzywać kolejnego i wręczać mu Orły?
Jeśli nie Polak, to kto? Po pierwsze: trener młody, znajdujący się może nie na początku, ale najdalej w połowie drogi na szczyt; na pewno zaś żaden wiarus mający takowy dawno za sobą. Żaden dziadek-obieżyświat, chcący już tylko zarobić gdzieś trochę grosza, czyli żaden Berti Vogts albo Lothar Matthaeus (młody, ale dziadek). Też żaden Huub Stevens, jeszcze może nie skończony, chcący odcinać do końca życia kupony od dawnej sławy, ale człowiek, który entuzjazm do nowych wyzwań powoli traci.
Potrzebny jest trener, który wykonuje w silnej zawodowej lidze dobrą pracę, zasługuje na posadę w wielkim klubie, ale nie może się doczekać na odpowiednią propozycję. Dla kogoś takiego osiągnięcie sukcesu z nasza reprezentacją byłoby trampoliną do wielkiej kariery, więc do pracy zabierze się z werwą.
Sporo już wiemy, ale pozostaje kwestia, z jakiego kraju nasz selekcjoner powinien się wywodzić. Otóż myślę, że z Niemiec. Dlaczego? Bo ma największe szanse powodzenia.
Trener hiszpański bowiem przyzwyczajony jest do pracy z piłkarzami niemającymi żadnych problemów z wyszkoleniem technicznym, a polscy piłkarze takowe mają; trener włoski przyzwyczajony jest do pracy z piłkarzami niemającymi żadnych problemów z przygotowaniem taktycznym, a polscy piłkarze takowe mają; trener angielski przyzwyczajony jest do pracy z piłkarzami nie mającymi żadnych problemów z przygotowaniem kondycyjnym, a polscy piłkarze takowe mają; trener francuski przyzwyczajony jest do pracy z piłkarzami nie mającymi żadnych problemów z przygotowaniem sprawnościowym, a polscy piłkarze takowe mają. To uproszczenie, rzecz jasna, ale przecież nie fałsz.
Tylko trener niemiecki, jeśli weźmiemy pod uwagę pięć czołowych piłkarskich europejskich nacji, nawykły jest do pracy z zawodnikami pod różnymi względami ułomnymi – takimi, jakimi są prawie wszyscy polscy piłkarze. To dlatego, że do Niemiec w większej masie niż do innych krajów trafiają futboliści z Europy Wschodniej, a i nad samym Renem nie wszędzie pracuje się z dziećmi tak jak w szkółce Borussii Dortmund. Dla szkoleniowca z Niemiec nie byłby zaskoczeniem analfabetyzm taktyczny i techniczny oraz słabe przygotowanie fizyczne i gimnastyczne wyróżniających się polskich ligowców, kandydatów do gry w naszej drużynie narodowej. Jak Bob Budowniczy znalazłby sposób, by te niedostatki zatuszować, dziury załatać.
Natomiast trener z innego kraju po prostu załamałby ręce, zobaczywszy, na czym ma pracować. No i trener z Niemiec jest oswojony z pracą z ludźmi o mentalności takiej, jaką mamy tutaj, w kraju nad Wisłą. Dogada się też z szychami trzęsącymi naszą szatnią. No i na koniec – będzie miał u nich autorytet, którego nie ma Fornalik z takiego oczywistego powodu, że w życiu nie spędził pięciu minut w szatni zawodowego, nie tylko z nazwy, zespołu.
Skoro już wymieniliśmy rozmaite parametry owego wymarzonego trenera, wskażmy kandydata. To Thomas Tuchel, obecny trener MSV Mainz. Ma 39 lat, posadę w tym klubie objął w 2009 roku i od tego czasu mimo słabego składu stale plasuje się z zespołem w górze albo co najmniej w środku tabeli Bundesligi, zaś Mainz niezmiennie prezentuje ciekawy futbol. W Niemczech postrzega się go jako kandydata na nowego Juergena Kloppa, tylko jeszcze nie teraz. No więc spróbujmy podkraść Niemcom trenera, który z pewnością zrobi za kilka lat wielką karierę. Panie Boniek, dzwoń Pan i przekonuj, nie ma na co czekać!
Leszek ORŁOWSKI
Felieton opublikowany także w najnowszym numerze miesięcznika Piłka Nożna PLUS!
Jakub Błasczykowski po Gali Tygodnika „Piłka Nożna”. „Myślałem, że wygra Oskar Pietuszewski”
Jednym ze znakomitych gości Gali 2026 był Jakub Błaszczykowski, który do hotelu Hilton przybył wraz z małżonką Agatą. Piłkarz Roku 2010 i 2012 chętnie skomentował tegoroczne nagrody.
Co z Pietuszewskim w reprezentacji? Jan Urban zabiera głos!
Oskar Pietuszewski jest ostatnio na ustach wielu kibiców, chcących zobaczyć go w pierwszej reprezentacji. O młodym talencie FC Porto wypowiedział się selekcjoner Jan Urban.
Gala Tygodnika „Piłka Nożna”. Piłkarz Roku 2025 – Robert Lewandowski
Czy Robert Lewandowski jest najlepszym piłkarzem w historii Polski, pozostaje kwestią otwartą. W futbolu nie ma obiektywnej miary pozwalającej szacować klasę poszczególnych sportowców, każdy ma prawo do subiektywnego spojrzenia i własnego wyboru. Być może ktoś, kiedyś, przez krótki czas grał lepiej niż Lewy. Natomiast nie ma żadnych wątpliwości co do trzech kwestii:
Gala Tygodnika „Piłka Nożna”. Piłkarka Roku 2025 – Ewa Pajor
Po raz szósty w karierze i czwarty z rzędu Ewa Pajor została wybrana Piłkarką Roku w plebiscycie tygodnika „Piłka Nożna”. Po takich 12 miesiącach w jej wykonaniu po prostu nie mogło być inaczej.