Nieczęsto zdarza się zobaczyć przed kamerami płaczącego piłkarza. Jak Fabio Quagliarellę. W jego historię trudno byłoby uwierzyć, gdyby nie była prawdziwa.
TOMASZ LIPIŃSKI
W 2010 roku czuł się jak w raju. Jak piłkarz, który po latach tułaczki od klubu do klubu, od miasta do miasta zawitał wreszcie do domu i mógł założyć koszulkę, którą kochał od dzieciństwa. Koszulkę Napoli.
Przyjaciel rodziny
To już wtedy był klub z ambicjami, ale jeszcze niesięgającymi tak wysoko jak dziś. W kadrze przeważali Włosi z kapitanem Paolo Cannavaro na czele, jeśli byli cudzoziemcy, to mało znani lub na dorobku, jak Marek Hamsik i Ezequiel Lavezzi.
Quagliarella przyleciał z Udine na skrzydłach, żeby strzelać gole, zanim stało się to obowiązkiem Edinsona Cavaniego i Gonzalo Higuaina. Kosztował 16 milionów euro i dostał indywidualny kontrakt też niczego sobie, najwyższy w drużynie. Po początkowej zadyszce i przed zmianą trenera Roberto Donadoniego na Waltera Mazzarriego wyglądało to nad wyraz dobrze i zakończyło się szóstym miejscem Napoli i 11 golami najlepszego napastnika. Jednym zdaniem: ciekawe widoki na coś więcej w następnym sezonie. Kibice go uwielbiali, był w końcu jednym z nich, z tą różnicą, że jemu udało się zrealizować marzenia. Jednak ciekawszych widoków Fabio nie doczekał.
Jego zakazanym owocem w tym raju okazała się bardzo błaha sprawa, jaką była usterka komputera. Znajomy polecił mu swojego znajomego informatyka pracującego w policji, który tak szybko jak problem usunął, tak samo szybko wkradł się w łaski rodziny. Był uprzejmy i miły. Często rozmawiali przez telefon, spotykali się, bywał gościem w domu piłkarza i w domu jego ojca. Po pewnym czasie na oba adresy zaczęły przychodzić anonimowe listy z oskarżeniami i groźbami. Docierały prawie codziennie, czasem kilka, czasem kilkanaście w tygodniu. Fabio wyjmował z nich zdjęcia nagich dzieci, dowiadywał się, że jest pedofilem, kamorystą, dilerem narkotyków, oszustem. Ojciec dostał między innymi zdjęcie trumny ze zdjęciem syna i ostrzeżenia, że jeśli będzie kręcił się po okolicy, to połamią mu nogi. Co dla piłkarza byłoby podwójnie kłopotliwe. Jeden czy drugi list można było zlekceważyć lub całą sprawę obrócić w żart, ale każdy następny budził złość i strach. Pierwsze co zrobili, to zwrócili się o pomoc do zaprzyjaźnionego policjanta. I pętla na szyi Quagliarelli powoli się zaciskała.
(…)
CAŁY TEKST MOŻNA ZNALEŹĆ W NOWYM NUMERZE TYGODNIKA „PIŁKA NOŻNA”