Przejdź do treści
Piękna historia rodem z Dębicy

Polska Ekstraklasa

Piękna historia rodem z Dębicy

Wyprzedzając swoją epokę, stworzył nowoczesny kombinat, a przy okazji klub, który już po 12 latach zyskał miano ekstraklasowego. Mówiono, że to szef przedsiębiorczy, mądry, wręcz wizjoner. – Kolorowy ptak – twierdzi Mateusz Borek. Edward Brzostowski, dębicki kolos, wiceminister i były prezes PZPN, zmarł 1 maja w wieku 85 lat.


fot. Włodzimierz Sierakowski/400mm.pl

ZBIGNIEW MUCHA

Kibice w Dębicy zorganizowali zbiórkę funduszy na stadionowy mural upamiętniający człowieka, który był legendą klubu i miasta. „Dla Nas, Dzieci Igloopolu, zawsze Był, i Będzie jak OJCIEC…” – tak o nim napisano. Słyszysz: Dębica – odpowiadasz: Igloopol. Powiesz: Igloopol – zabrzęczy: Brzostowski. Edward, Wielki Ed, pan i władca, którego w mieście zawsze szanowano, a wspominać się będzie latami.

Gorbaczow chwali, Zachód też

Jako 16-latek pracował w Stoczni Gdańskiej, jako 19-latek już w Dębicy. Piął się tak szybko, że mając 34 lata został dyrektorem podupadającej Chłodni, którą tak rozbudowywał i przekształcał, skupując ledwo zipiące PGR-y, że na jej bazie powstał Kombinat Rolno-Przemysłowy Igloopol. Pod koniec PRL-u skupiał on ponad 100 zakładów rozsianych w Polsce, zatrudniał ponad 30 tysięcy ludzi. Miał własną produkcję zwierzęcą i około 80 tysięcy hektarów ziemi. Dziennie produkował setki ton mrożonek i konserw, do tego lody, piwo, napoje, nawet samochody-chłodnie.

Brzostowski miał wizję i menedżerską żyłkę, niepasującą do siermiężnego stylu zarządzania komunistycznych dyrektorów. Powiadano, że najbliżej mu było do zachodnich wzorców, co nie przeszkadzało zbierać pochwał od Michaiła Gorbaczowa, który dębickie przedsiębiorstwo stawiał jako wzór tego typu zakładów we wschodniej Europie. Ale i ludzie ze „zgniłego” Zachodu widzieli w nim jednego z nielicznych nad Wisłą partnera do dyskusji, menedżera jakich znali ze własnego podwórka.

W komunistycznej Polsce stworzył przedsiębiorstwo akcyjne. Koncern, w którym ludzie byli nie tylko pracownikami, ale i współudziałowcami. Mówił, co myślał, a nie każdemu to się podobało, zwłaszcza partyjnym kolegom. Dzięki koneksjom potrafił wiele załatwić – w latach 80. był wiceministrem rolnictwa, leśnictwa i gospodarki żywnościowej w trzech rządach. Łączenie pracy ministerialnej (od poniedziałku do piątku) z kierowaniem kombinatem (głównie w weekendy) wyprosił u generała Wojciecha Jaruzelskiego, bo nie chciał zostawiać swojego dziecka w niczyich rękach. Podobnie jak wtedy, kiedy rządził Polskim Związkiem Piłki Nożnej – stanowisko objął w kwietniu 1985, zrezygnował w październiku następnego roku, a podczas mundialu w Meksyku karmił ponoć polską delegację konserwami ze swojego zakładu.

Aż nadszedł rok 1989. Czas społeczno-gospodarczych przemian w kraju. Kombinat zaczął się dzielić i upadać. W 2001 roku o Wielkim Edzie tak pisał tygodnik „Przegląd”: „Bano się go wtedy, a równocześnie podziwiano. Potrafił, pamiętają byli pracownicy, Igloopol od początku nie pasował tym, którzy w czerwcu 1989 r. wygrali wybory. Pierwsza spółka i pierwszy kapitalistyczny koncern u schyłku realnego socjalizmu kłócił się z upowszechnianym przez „Solidarność” obrazem polskiej gospodarki, pustych sklepowych półek i kartek na mięso. Igloopolem zajął się NIK i prokuratura. Przez trzy następne lata za wszelką cenę próbowano udowodnić, że Edward Brzostowski jest czerwonym malwersantem i nomenklaturowym złodziejem.”

W tak zwanej wolnej Polsce „Czerwony książę południowo-wschodniej Polski” (tak również o nim pisano) wcale nie przepadł. Prowadził dużą firmę. Z ramienia SLD (do PZPR należał od 1955 do rozwiązania) został posłem na Sejm. Rzucił ten fach, zrzekł się mandatu, kiedy postanowił zostać burmistrzem Dębicy. Dopiął swego w 2002 roku, reelekcję przegrał nieznacznie, twierdził, że przez oskarżenia o udział w tak zwanej „aferze paliwowej”. O oczyszczenie z zarzutów walczył 13 lat.

– Od początku mówiłem, że jestem uczciwym człowiekiem i uczciwy umrę. Ale niełatwo było żyć ze skazą aferzysty. Najtrudniej było tłumaczyć się z tego, co mi zarzucano, przed rodziną i najbliższymi. Ta wyimaginowana afera z rzekomo moim udziałem uderzyła rykoszetem również w nich. Jeden z członków mojej rodziny chciał nawet wyrzec się nazwiska. To bolało najbardziej, że musiałem dowodzić swojej niewinności. Sprawiedliwości stało się jednak zadość. Wyrok nie jest wprawdzie prawomocny i sprawa zapewne będzie jeszcze mieć ciąg dalszy, ale jestem pewien, że wygram… – mówił w 2016 roku (za plus.gazetakrakowska.pl). – Wcześniej prokuratorzy zarzucali mi, że naraziłem skarb państwa na straty, przekształcając w pierwszych latach transformacji zakłady na Śląsku. Potem, że naruszyłem przepisy o zamówieniach publicznych przy budowie ratusza w Dębicy. Wreszcie, że przekroczyłem uprawnienia, zwalniając z pracy strażnika miejskiego. We wszystkich tych sprawach zostałem oczyszczony z zarzutów, ale spędziłem przez nie w różnych sądach ponad 20 lat życia.

Jest chleb, brakuje igrzysk

Czas świetności, czyli dębicka rzeczywistość lat 80… W tym mieście ludziom żyło się dobrze. Wypracowane fundusze szły do centralnego worka, gdyby było inaczej, w rankingach miast z największym dochodem na jednego mieszkańca, Dębica pewnie nie miałaby sobie równych. A skoro był zakład, ludzie mieli posady i tym samym na chleb z szynką również, to powinni dostać igrzyska. Brzostowski doskonale o tym wiedział, sam lubił sport. I dlatego sport w Dębicy kwitł.

– Mój weekend, młodego kibica, wyglądał zazwyczaj w ten sposób, że obskakiwałem cztery, pięć imprez – mówi pochodzący z Dębicy Mateusz Borek. – I liga piłkarzy i pięściarzy Igloopolu, pierwszoligowi zapaśnicy Wisłoki i jeszcze choćby druga liga piłkarska z udziałem Wisłoki. To wszystko w stosunkowo niedużym mieście!

Jak zatem w uproszczeniu wyglądała historia wielkiego futbolu w Dębicy, mrożonkami pisana? W 1978 z inicjatywy Brzostowskiego powstał przyzakładowy klubik – Towarzystwo Sportowe Igloopol – który rozpoczął działalność od klasy okręgowej.

Sezon 1979-80: awans od razu do III ligi, utworzonej zamiast klasy międzyokręgowej. Po roku spadek i znów awans. 

Sezon 1981-82: skok do II ligi, co dla miasta miało kapitalne znaczenie. Wcześniej tak wysoko, w latach 1972-79, występowała jedynie Wisłoka. Pierwszy raz w historii polskiego futbolu do II ligi dotarł klub wywodzący się ze zrzeszenia LZS. Nowy trenerem został Jan Złomańczuk. Pięciotysięczny stadion modernizowano, by mógł pomieścić więcej widzów. Ponieważ Wisłoka nie chciała wypożyczyć własnego obiektu, Igloopol pierwsze drugoligowe szlify jako gospodarz zbierał kilkanaście kilometrów od Dębicy – w Pustkowie, a kibiców dowoziło kursujących non-stop w obie strony 10 autobusów załatwionych przez kombinat.

Sezon 1984-85: awans do I ligi (czyli Ekstraklasy) klub przegrał tylko ze Stalą Mielec. Apetyty i ambicje Morsów rosły. Prezesa też. Trenerem był magister Orest Lenczyk. Następne lata to mimo kolejnych roszad trenerskich i nowych twarzy wśród piłkarzy – wciąż nieudana walka o I ligę. 

Sezon 1989-90: w końcu awans: Ekstraklasa w Dębicy! A potem historyczny sezon w elicie Igloopol rozpoczął zgrupowaniem w Warszawie, na obiektach Legii. Tuż przed ligowym debiutem Morsy rozegrały towarzyskie spotkanie z… reprezentacją Polski prowadzoną przez Andrzeja Strejlaua, który z kadrą przebywał na zgrupowaniu w pobliskim Straszęcinie. Ligę beniaminek skończył na 12 pozycji. Pod koniec sezonu pojawiła się zadyszka, spowodowana kłopotami natury organizacyjno-finansowej. To już nie był ten sam kombinat, co w PRL… Przed rozpoczęciem kolejnej edycji opiekę nad sekcją piłkarską objęła spółka Pegrotour. Miało być super, wyszło fatalnie. Drużyna nie została wzmocniona – przeciwnie. W pierwszych ośmiu meczach przyszło siedem porażek. Wiosną – tylko 4 punkty i 8 zdobytych bramek. Kasy nie było, wyników też. Był za to spadek. Bo wyczekiwana latami I liga przyszła akurat w momencie, kiedy kombinat zaczął się chwiać. Zakład został rozczłonkowany, Brzostowski odsunięty. Rok po roku Igloopol był coraz niżej, aż do zawieszenia działalności. Reaktywacja klubu nastąpiła z inicjatywy – już w nowej Polsce – burmistrza Brzostowskiego. Pod wodzą Leszka Pisza Igloopol awansował do IV ligi i tak balansując z grubsza na tym samym poziomie, trwa tam do dziś.

Miami za torami

A było inaczej… Pracownicy kombinatu płacili „dobrowolne” składki na klub, w zamian wchodzili za darmo na mecze. Wielu niezłych trenerów przewinęło się przez klub. Brzostowski chciał bardzo Leszka Jezierskiego. Nie dał rady, ale to Napoleon polecił mu Włodzimierza Tylaka, który zrobił historyczny awans do I ligi. Natomiast Jerzy Jastrzębowski dwa razy prowadził zespół – w połowie lat 80. w II lidze i ostatni sezon w I.

– Kiedy boss przyjeżdżał do klubu, wszyscy stawali na baczność – wspomina. – Prezes lubił porządek. Zimą lano ciepłą wodę przed wejściem do hali, żeby się nie poślizgnął. Do klubu na naradę zaglądał w weekendy, bo w tygodniu zajmował się ministerstwem w Warszawie. Uwielbiał rodzinny Straszęcin. Tam mieliśmy boisko treningowe, przy nim rosło drzewo, którego korzenie zahaczały o linię boczną. Mimo to nie pozwalał go wyciąć, czuł do niego sentyment. Byłem na etacie w kombinacie, nie miałem źle. Mimo że to były lata 80., jadąc do domu, do Gdańska, zawsze na święta golonki dębickie woziłem. Gdzieś słyszałem, że w pewnym momencie 80 procent ich produkcji szło na Wybrzeże, dla marynarzy. Z ludźmi z Dębicy do dziś utrzymujemy kontakt. W kwietniu z życzeniami imieninowymi dzwonił Kaziu Sak, były kierownik drużyny Igloopolu. Mówił, że z szefem coś niedobrze, że jest w szpitalu. Tak na niego wszyscy mówili – szef. O, Kaziu to akurat mógłby opowiedzieć o tamtych czasach…

– Nie mogę teraz rozmawiać, właśnie jadę na pogrzeb prezesa do Straszęcina – zakomunikował Sak we wtorek koło południa. – Proszę o telefon wieczorem.

– Pięknie było, podniośle, delegacja PZPN na czele z Markiem Koźmińskim – raportował kilka godzin później. – W kościele mogło być 50 osób i tyle było. Na cmentarzu już kilka razy więcej, bo się rozprzestrzenili dla zachowania bezpieczeństwa. Gdyby nie epidemia, byłoby 5 tysięcy, jak nic. Sztandar niosłem, choć chory mam kręgosłup i teraz leżę plackiem. Miałem też zaszczyt być na małym przyjęciu rodzinnym po pogrzebie. Żarty, anegdoty, pana Edwarda brakowało, bo to człowiek z humorem był… Nie dojechał Andrzej Strejlau, a miał być, bo przyjaciółmi z szefem byli. Wielokrotnie gościł w Dębicy, czasem na imieninach dzwonił telefon, wtedy pan Edward uciszał towarzystwo: „cicho, Andrzej dzwoni, pogadamy teraz sobie”. No i gadali…

5 maja, w dniu pogrzebu, na terenie całej Dębicy zarządzona została żałoba. „Żegnam Człowieka wielkich projektów i czynów, który pozostawił po sobie trwały ślad w Dębicy, Straszęcinie i w Polsce. On budował i odbudowywał…” – napisał w liście pożegnalnym Aleksander Kwaśniewski. 

Teściowa Saka i żona Brzostowskiego to siostry z jednego ojca. Kazimierz z prezesem byli więc prawie jak rodzina. – Niby tak, ale takie chody u niego miałem, że kilkanaście razy mnie z pracy zwalniał, a następnie zatrudniał. 20 lat nas dzieliło, więc po imieniu nie byliśmy. Mówiłem do niego „szefie” albo „panie ministrze” – to lubił najbardziej. Szybko wpadał w gniew, ale to był duży facet o gołębim sercu. Ludzie wiedzieli, że jak mu grzywka opadła, to lepiej nie podchodzić. Wybuchowy, ale jak ostygł, wołał i pytał: „O co ci właściwie chodziło?” No o to i o to – mówię. „A to może i nieźle nawet wymyśliłeś”. Chciałem być trenerem grup młodzieżowych, w tym kierunku się rozwijać. Przyszedł i powiedział: „Od jutra będziesz, ale kierownikiem technicznym w klubie, a potem kierownikiem drużyny.” I nie było co się kłócić. Zostałem kierownikiem na lata całe.

– Kolorowy ptak, wyprzedzał epokę, a do tego człowiek niezwykle serdeczny – opisuje Brzostowskiego Borek. – Jego doba trwała chyba 72 godziny, tytan pracy. Klub stworzył praktycznie od zera, wybudował w mieście stadion, muszlę koncertową, hotel, w którym kierownikiem była moja mama, dom kultury i wiele innych rzeczy. Miał znajomości, wiele rzeczy mógł załatwić. Byłem członkiem Zespołu Pieśni i Tańca Igloopolanie. Wówczas w Polsce liczyły się Mazowsze, Śląsk i my. Mimo że była komuna, wraz z zespołem zjeździłem całą Europę, nie było z tym problemów dzięki koneksjom prezesa. Znakomity gospodarz, dzielnica Zatorze była jego wizytówką. Uwielbiał czystość i porządek. Raz w tygodniu bielone były krawężniki, strzyżone trawniki, co dwa tygodnie malowane pasy na jezdniach. Tam było jak w Holandii. Kiedy jechałem do innego miasta, choćby wojewódzkiego, na przykład Jeleniej Góry, to Dębica wyprzedzała takie ośrodki o epokę. Brzostowski budował nawet szeregowce z ogródkami. Dziś normalna sprawa, wtedy to było Miami!

Teściowa i 800 milionów

– Gdy pojawiłem się w klubie, na treningu zobaczyłem bodaj pięćdziesięciu zawodników – mówi Jacek Zieliński. – Taka była rywalizacja. Niektórzy szybko odpadali. Ja zostałem, w wieku 21-22 lat byłem już kapitanem. Z Leszkiem Piszem w Dębicy się minęliśmy, trafiliśmy na siebie dopiero w Legii. Było trochę piłkarzy z regionu, ale sporo jednak przywieziono z Polski. Gdy jechaliśmy na zgrupowanie, niczego nie brakowało. Prezes dbał o wszystko. Miał gest, ale potrafił się również zdenerwować. Dawał i oczekiwał. I doglądał porządku. Słyszałem, że gdy w kombinacie kwas się wylał, to trawę malowano na zielono, żeby ładnie wyglądała.
Zieliński formalnie nie firmował spadku, bo już po rundzie jesiennej sezonu 1991-92 wyrwała go Legia. Zresztą szlak Dębica – Warszawa był popularny nie tylko z uwagi na podróże prezesa. Przemierzyli go Tomasz Cebula (on akurat na południe), Pisz, Zieliński, a ostatnim podróżnikiem został Artur Jędrzejczyk. W klubie wciąż mają pociechę z wychowanka. Nie dość, że potrafi ufundować sprzęt dla młodszych kolegów, to jeszcze do kasy Igloopolu wpływają – określone procentami – pieniądze z tytułu każdego kolejnego transferu Jędzy.

W najlepszych latach Igloopolu, ale także i później, przewinęło się przez jego szeregi wielu niezłych piłkarzy. Zieliński, bracia Piszowie, Jędrzejczyk, Marek Bajor, Cebula, Aleksander Kłak, Jerzy Podbrożny, Marek Zub, Paweł Magdoń, Rafał Niżnik, Janusz Świerad, Zdzisław Strojek, Janusz Kaczówka, Tomasz Sokołowski II, Łukasz Trałka (jako junior), Sławomir Majak…
– Najwięcej kosztował nas transfer Podbrożnego, bo walczyliśmy o niego z Widzewem. Pieniądze to raz, ale trzeba było zapewnić odpowiednie warunki socjalne, w tym mieszkanie z kolorowym telewizorem – mówi Sak.
– Ja dojeżdżałem z Rzeszowa, nie mieszkałem w Dębicy, choć mieszkanie faktycznie miałem do dyspozycji – twierdzi Podbrożny. – Może dwa razy widziałem się osobiście z prezesem. Niemniej jak powiedział swoim ludziom, by sprowadzili do klubu Podbrożnego, to przez miesiąc codziennie u mnie w domu w Rzeszowie byli i przekonywali. Aż przekonali.
Sak: – Lubił pokazać, jakim jest gospodarzem. Uwielbiał czystość. Jak w piątek dzwonił, że przyjeżdża na weekend, zakład musiał lśnić. Premie mieliśmy w drugiej lidze jak czołówka Ekstraklasy. O piłkarzy dbał. Talony na samochód, pieniądze do ręki, mieszkania służbowe. Mieszkali w blokach, blisko siebie. Dla nich i bokserów, a to była czołowa sekcja w kraju i mistrzowie Polski, 35 mieszkań zostało wyszykowanych na najwyższych piętrach. Dwa pokoje, kuchnia, full wypas, pełne wyposażenie w telewizor i telefon. Edward nie lubił półśrodków. A jak się który osiedlił w Dębicy na stałe, albo się ożenił, dostawał większe mieszkanie.

Nic dziwnego, że do Dębicy piłkarze się garnęli. Jak się Brzostowski uparł, nie było dla niego rzeczy nie do zrobienia. Choć akurat Jacka Bąka sprowadzić nie zdołał. Kiedy klub zaczynał dogorywać, piłkarze byli majątkiem łatwym do upłynnienia. Widzewowi chciano w pakiecie za 8 miliardów starych złotych sprzedać Kłaka i Bajora, ale RTS chciał tylko tego drugiego i płacił 1,5 miliarda.
Sak: – Ludzie z Łodzi, między innymi prezes Ludwik Sobolewski, przywieźli pierwszą ratę, 800 milionów. Nie było przelewów, płaciło się z ręki do ręki, w gotówce. Wziąłem te pieniądze, by przechować. Ponieważ szedłem do pracy, więc zostawiłem pod poduszką. Teściowa chciała łóżko poprawić, zajrzała, i zemdlała. Wracam, siedzi blada na stołku, kawę pije i mówi: „Kaziu, nie rób mi takich numerów więcej”.

Nie tylko piłkarzy boss ściągał, pięściarzy również. Zbudował silną sekcję, ale znów – jak w przypadku Jezierskiego i Bąka, Grzegorza Skrzecza nie udało mu się skaperować. – Obiecywał mu, że da tyle pieniędzy, ile ten będzie ważył, na próżno jednak – mówi Borek. – Boks był jednak w Dębicy świętością, o 11 w niedzielę ligowy mecz pięściarzy stanowił obowiązkowy punkt programu, a hala nabita była maksymalnie: 1800 osób na trybunach.

– Drużyna piłkarska w pewnym momencie była na europejskie puchary – uważa Sak. – Stadion urósł, płyta jak w Barcelonie 120 na 80, rywale głupieli, bo drugiej bramki nie mogli dostrzec… Nawet oświetlenie było już przyszykowane do instalacji, nie zdążyliśmy, więc potem zostało sprzedane. Przyszedł czas transformacji, prezesa odsunięto, klub zaczął upadać.

Liczył się człowiek

Dziś Igloopol gra w czwartej lidze. Wynajmuje obiekty od MOSiR-u. Tam pracuje Sak, podobnie Krzysztof Nalepka. Również Pisz, który opiekuje się Orlikiem, Kaczówka z kolei jest konserwatorem obiektów szkolnych. Wielu, którzy w Dębicy byli tylko przez chwilę, ciepło wspominają tamten czas i człowieka, który to wszystko firmował.

Borek: – Wzbudzał z jednej strony respekt, bo nie tolerował fuszerki ani bałaganu. Kiedyś w kombinacie między mrożonkami znaleziono szczura. Zwołał zebranie dyrektorów, przyszedł na nie z tym zamrożonym szczurem, darł się przez dwie godziny, w końcu rzucił szczurem w jednego z dyrektorów. Ten zrobił zręczny unik, podniósł grzecznie zwierzaka, odniósł prezesowi, a ten rzucał nim w kolejnych przerażonych dyrektorów. A z drugiej strony – kochał ludzi. Nieważne czy byłeś szychą, pracowałeś na produkcji, czy tylko sprzątałeś, jeśli miałeś problem, albo twoja rodzina miała problem, jeśli mógł pomóc, pomagał. Wiadomo z jakiego był ugrupowania. Mnie i mojej rodzinie nie było po drodze za bardzo z komunistami, tata był rzecznikiem „Solidarności” w Stomilu Dębica, ale to dla Brzostowskiego nie miało znaczenia. Nie dzielił ludzi pod tym względem. Liczył się dla niego człowiek.

– To jeden z najlepszych ludzi, jakich spotkałem na piłkarskiej drodze – mówi Cebula. – Byłem jego pupilkiem, Cebulka, Cebulka, wołał. Był dla mnie jak drugi ojciec. Wesoły, konkretny, niezwykle poukładany. Piłkarzy rozpieszczał, choć bywał surowy. Mieszkania, kasa, paczki na święta, a w nich puszki, golonki, na bogato. Ściągając mnie do klubu, wysłał do Warszawy dwóch dyrektorów z Dębicy. Nie wiem skąd mieli adres, ale trafili. No bo skoro boss kazał, musieli trafić. Gdyby nie epidemia, na pewno byłbym na pogrzebie, a tak nie mogłem się ruszyć z Holandii. Kiedy dowiedziałem się, że prezes zmarł, po prostu się popłakałem…


Możliwość komentowania została wyłączona.

Najnowsze wydanie tygodnika PN

Nr 28/2026

Nr 28/2026

Polska Ekstraklasa

Z Arsenalu do Cracovii. Młody pomocnik przy ul. Kałuży

Cracovia tego lata nie jest specjalnie aktywna na rynku transferowym, skupiając się głównie na ściąganiu młodych i perspektywicznych piłkarzy. Kolejny z nich właśnie zawitał przy ul. Kałuży.

2024.05.19 Krakow
Pilka nozna PKO Ekstraklasa sezon 2023/2024
Cracovia - Rakow Czestochowa
N/z Cracovia stadion widok ogolny ilustracyjne
Foto Mateusz Sobczak / PressFocus

2024.05.19 Krakow
Football Polish League PKO Ekstraklasa season 2023/2024
Cracovia - Rakow Czestochowa
Cracovia stadion widok ogolny ilustracyjne
Credit: Mateusz Sobczak / PressFocus
Czytaj więcej

Polska Ekstraklasa

Oficjalnie! Górnik Zabrze z kolejnym transferem!

Nowy obrońca melduje się w Zabrzu. Maximilian Dietz podpisał kontrakt z triumfatorem Pucharu Polski!

2026.05.23 Zabrze
Pilka nozna PKO BP Ekstraklasa Sezon 2025/2026
Gornik Zabrze - Radomiak Radom
N/z Rafal Janicki, Maksym Khlan, Pawel Olkowski, Yvan Ikia Dimi, Patrik Hellebrand, Lukas Ambros, Sondre Liseth, Josema Sanchez, Lukas Sadilek, radosc, radosc po golu, radosc po bramce
Foto Marcin Bulanda / PressFocus

2026.05.23 Zabrze
Football Polish PKO BP Ekstraklasa League Season 2025/2026
Gornik Zabrze - Radomiak Radom
Rafal Janicki, Maksym Khlan, Pawel Olkowski, Yvan Ikia Dimi, Patrik Hellebrand, Lukas Ambros, Sondre Liseth, Josema Sanchez, Lukas Sadilek, radosc, radosc po golu, radosc po bramce
Credit: Marcin Bulanda / PressFocus
Czytaj więcej

Polska Ekstraklasa

Reprezentant Polski zmienia klub! Zostały już tylko formalności!

Związany z Górnikiem Zabrze Kryspin Szcześniak będzie miał nowy klub. Według mediów, zawodnik zmieni barwy, ale pozostanie w PKO BP Ekstraklasa.

2025.11.13, Warszawa 
Pilka nozna, Reprezentacja Polski 
Trening przed meczem Polska - Holandia 
N/z Kryspin Szczesniak 
Fot Rafal Oleksiewicz / PressFocus
Czytaj więcej

Polska Ekstraklasa

Cztery sygnały po Superpucharze. Jaki Lech przystępuje do sezonu?

Po raz pierwszy od dekady i siódmy w historii Lech sięgnął po Superpuchar Polski. Na podstawie spotkania o najmniej prestiżowe z krajowych trofeów trudno o daleko idące wnioski, natomiast pewne sygnały przed przystąpieniem do gry o Champions League zostały przez Kolejorza wysłane.

2026.07.16 Poznan
Pilka nozna Superpuchar polski
Lech Poznan - Gornik Zabrze
N/z Mikael Ishak gol radosc bramka
Foto Pawel Jaskolka / PressFocus

2026.07.16 Poznan
Football Polish Supercup 
Lech Poznan - Gornik Zabrze 

Credit: Pawel Jaskolka / PressFocus
Czytaj więcej

Polska Ekstraklasa

Oficjalnie: Cracovia przedłużyła kontrakt i wypożyczyła zawodnika

Bartosz Biedrzycki podpisał nową umowę z Cracovią. Jednocześnie Pasy postanowiły wypożyczyć 23-latka do pierwszoligowej Odry Opole.

2025.08.03 Krakow
Pilka nozna , PKO BP Ekstraklasa sezon 2025/26
Cracovia Krakow - Lechia Gdansk
N/z Bartosz Biedrzycki
Foto Krzysztof Porebski / PressFocus

2025.08.03 Krakow
Football Polish top league , 2025/2026 season
Cracovia Krakow - Lechia Gdansk
Bartosz Biedrzycki
Credit: Krzysztof Porebski / PressFocus
Czytaj więcej