Pierwszy Nowozelandczyk w Ekstraklasie. „To był zaszczyt grać w Ruchu”
Przenosiny Aarona Linesa do Ruchu Chorzów w 2003 r. były jednym z ciekawszych transferów w Ekstraklasie na początku XXI wieku. Do Polski trafiał bowiem wielokrotny reprezentant Nowej Zelandii, który w swoim CV miał występy w Pucharze Konfederacji.
Aaron Lines był pierwszym Nowozelandczykiem w lidze polskiej. Po nim, nad Wisłę trafili jeszcze Themistoklis Tzimopoulos (2019-2020, Korona Kielce) oraz Alex Poulsen, który od sierpnia występuje w Lechii Gdańsk.
Jak wśród swoich
Wybór Ekstraklasy nie zdawał się być oczywisty dla urodzonego w Lower Hutt pomocnika, tym bardziej że w latach 90-tych występował najpierw w Werderze Brema, a później w zespołach z niższych lig niemieckich (z dwuletnią przerwą na grę w rodzimym Football Kingz). – Miałem dobre kontakty z Polakami grającym w Niemczech, dobrze się wśród nich czułem – tłumaczy Lines w rozmowie z pilkanozna.pl, co przekonało go do gry w naszej lidze.
Innym czynnikiem był udany występ w towarzyskim meczu z Polską w październiku 2002 r. Biało-czerwoni, dowodzeni wtedy przez Zbigniewa Bońka po ogromnych męczarniach wygrali wtedy z „All Whites” 2:0. Na Linesa zwrócili uwagę działacze Lecha Poznań, Szczakowianki Jaworzno i Zagłębia Lubin. Najbardziej konkretni byli przedstawiciela sensacyjnego beniaminka ze Śląska, gdzie Nowozelandczyk udał się na testy. Wcześniej bowiem przestał być graczem Dresdner SC.
W Jaworznie, jak wspominał w styczniu 2003 r. na łamach „Gazety Wyborczej Katowice”, długo zwlekano z decyzją co do jego przyszłości. Niezdecydowanie władz „Szczaksy” wykorzystał Ruch Chorzów, który stosunkowo szybko zaproponował mu roczny kontrakt. – Gdy po raz pierwszy pojawiłem się w Chorzowie, od razu poczułem, że to zaszczyt grać w klubie wielokrotnego mistrza Polski. Zaprzyjaźniłem się również z Damianem Gorawskim, który przekonał mnie, abym wybrał właśnie Ruch – wspomina.
Wiosenna katastrofa
Lines na początku roku rozpoczął zatem treningi z Niebieskimi. Chorzowian prowadził wówczas Piotr Mandrysz, który na łamach „GW Katowice” tak wypowiadał się o nowym podopiecznym: – To piłkarz dobrze wyszkolony technicznie i uniwersalny. W razie potrzeby może zagrać także i na prawej pomocy.
Po rundzie jesiennej Ruch z dorobkiem 20 punktów zajmował 8. miejsce w tabeli Ekstraklasy. Nad strefą spadkową miał siedem „oczek” przewagi. Nic nie zapowiadało więc zbliżającej się katastrofy. A jednak Niebiescy wiosną wygrali tylko 2 z 15 meczów i z hukiem, po raz trzeci w historii, spadli do II ligi. – Trafiłem do klubu w złym momencie. Nasze morale wiosną było na bardzo niskim poziomie – wspomina.
Nowy nabytek wystąpił w 12 spotkaniach, z czego w 11 w pierwszym składzie. Po spadku pozostał przy ul. Cichej, jesienią 2003 r. na zapleczu Ekstraklasy zaliczając jeszcze 11 gier (gol i dwie asysty). W listopadzie ze względu na kontuzję opuścił jednak Ruch i wrócił do Niemiec, gdzie przez moment był w kadrze rezerw FC Koeln. Z Chorzowa zabrał jednak same dobre wspomnienia. – Dobrze tam się czułem, zwłaszcza dzięki moim kolegom – Gorawskiemu, a także Marcinowi Malinowskiego. Mile wspominam również współpracę z trenerem Mandryszem. To niesamowity człowiek, który od pierwszego dnia pozwolił poczuć mi się pewnie – przyznaje.
Nadmorska frustracja
Parę miesięcy później, „Kiwi”, jak nazywany był na Śląsku, ponownie pojawił się w Polsce i znów miał okazję współpracować z Mandryszem. W lutym został piłkarzem Arki Gdynia, której miał pomóc w utrzymaniu się w II lidze. Nad morzem sprawy nie poszły jednak po myśli Nowozelandczyka, który wystąpił tylko w 12 meczach. – Miałem kontuzję, która wykluczyła mnie z gry i nigdy nie pozwoliła pokazać w pełni mojego potencjału w nowym klubie. To było bardzo rozczarowujące – analizuje przyczyny niepowodzenia przy ul. Olimpijskiej. Przed definitywnym opuszczeniem Polski, Lines miał jeszcze propozycję z Zagłębia Lubin, którą jednak odrzucił. – Uznałem, że nie odpowiada mi ten region – podkreśla.
Nowozelandzki pomocnik nad Wisłą występował w trudnych piłkarsko czasach. Liga była skorumpowana, stadiony przestarzałe, a dominowali na nich chuligani. Lines jednak z uznaniem wypowiada się o Ekstraklasie. – Moje ogólne wrażenia były pozytywne, bo liga była naprawdę na wysokim poziomie. Stadiony zaś były pełne kibiców, którzy fanatycznie dopingowali swoje kluby – mówi.
Także z Polską jako krajem, Lines ma same dobre wspomnienia. – Bardzo mi się tam podobało i na pewno wrócę jeszcze z żoną i dziećmi. W Buffalo (gdzie pracował jako trener w latach 2009-2010 – przyp. mk) jest silna polska społeczność. Kilku moich polskich przyjaciół stale podróżuje do kraju i opowiada mi, jak rozwinął się przez ostatnie lata – mówi.
Pokazać się światu
Przez Ekstraklasę Lines więc jedynie przemknął, przez co o jego osobie pamiętają dziś pewnie nieliczni. Tymczasem w swojej ojczyźnie, były gracz Ruchu Chorzów i Arki Gdynia to uznana postać. 31-krotny reprezentant Nowej Zelandii, dwukrotny uczestnik Pucharu Konfederacji, gdzie mierzył się m.in. z Niemcami czy Brazylią. – To były najważniejsze momenty w moim piłkarskim życiu – wspomina udział w Confederations Cup w 1999 i 2003 r.
Z Nową Zelandią nie było mu jednak dane zagrać na MŚ. W czasie jego gry w drużynie narodowej, w strefie Oceanii rywalizowała jeszcze nieporównywalnie silniejsza Australia (w 2006 r. przeniosła się do azjatyckiej strefy eliminacyjnej). Poza tym triumf w kwalifikacjach nie dawał bezpośredniego awansu na mundial, bo trzeba było jeszcze wygrać baraż z piątą drużyną ze strefy CONMEBOL. Czy zdaniem Linesa takie zasady FIFA były fair? – Tak, konieczność gry w play-offach była sprawiedliwa, zważywszy na niski poziom w naszej strefie eliminacyjnej. Ale nie z reprezentacjami z Ameryki Południowej. Nigdy z nimi nie wygraliśmy! Myślę, że bardziej sprawiedliwy byłby baraż z przedstawicielem Bliskiego lub Dalekiego Wschodu – uważa. Podkreśla również, że nie ma szans na to, aby Nowa Zelandia, wzorem swojego największego rywala, też kiedyś zmieniła strefę eliminacyjną. – To się nigdy nie wydarzy, futbol w Oceanii w zasadzie przestałby wtedy istnieć. A FIFA ma obowiązek dbać o futbolowe standardy na całym świecie – mówi.
„All Whites” jednak bez konieczności zmiany kontynentalnej federacji, wywalczyli trzeci w historii awans na MŚ (po 1982 i 2010 r.). Wynikało to jednak z faktu, że liczba finalistów mundialu w Kanadzie, Meksyku i USA została zwiększona aż do 48. – Jesteśmy beneficjentem tej reformy. Gdyby nie ona, znów musielibyśmy się męczyć w barażach – podkreśla Lines. Charakteryzuje również współczesną reprezentację Nowej Zelandii. – Jak na zaledwie 5 mln kraj, robimy stały postęp pod wodzą Darrena Bazeley`a oraz naszego najlepszego piłkarza w historii, a więc Chrisa Wooda – opisuje. Bazeley to 53-letni Anglik, który dekadę swojej kariery szkoleniowej spędził w drużynach narodowych Nowej Zelandii w różnych kategoriach wiekowych. Wood z kolei od dziesięciu lat występuje w Premier League i wielkimi krokami zbliża się do setnego gola w tych prestiżowych rozgrywkach. Swoimi osiągnięciami, 33-letni atakujący przebił już legendarnego Wyntona Rufera, który w pierwszej połowie lat 90-tych był gwiazdą Werderu Brema.
Nowozelandczycy w historii swoich występów na najważniejszej imprezie globu nie wygrali jeszcze meczu. W Hiszpanii ponieśli komplet trzech porażek w fazie grupowej (ze Szkocją, ZSRR i Brazylią), zaś w RPA zremisowali wszystkie trzy spotkania (ze Słowacją, Włochami i Paragwajem). Jakie oczekiwania są w ojczyźnie Linesa przed pierwszym od 16 lat występem na MŚ? – Wierzymy, że będziemy z dumą rywalizować z najlepszymi oraz pokażemy światu, że stale się rozwijamy – podkreśla.
Szwedzi wybrali stadion na potencjalny finał baraży o mundial
Jeżeli Szwecja upora się z Ukrainą w półfinale baraży o udział w mistrzostwach świata to będzie gospodarzem finału. Decydujący mecz może odbyć się w Solnie.
Nowa Zelandia to są te wyspy nad Austrią