Piłkarz, który pokochał Lecha. Z ostatniego szeregu
Z bohaterem Fiorentiny z Poznania nie dalej niż w styczniu mało kto w klubie wiązał jakiekolwiek nadzieje. Nie lubili go kibice, nie cenił trener Vincenzo Montella. Josip Ilicić był antybohaterem drugiego planu. W ważnych meczach drużyna z powodzeniem obywała się bez niego, zaś w tych, w których zgodnie z zasadami systemu rotacyjnego najlepsi odpoczywali, on na boisku nie robił wiele, by wystąpić z szeregu dublerów. Nie było niespodzianki. Derby stolicy dla Romy – KLIKNIJ!
Wbrew woli klubu
Kiedy pewnego razu, mniej więcej w grudniu poprzedniego roku, na schodzącego Słoweńca spadł z trybun stadionu Artemio Franchi deszcz gwizdów, na co odpowiedział publiczności ironicznymi brawami, wydawało się, że podpisał na siebie wyrok. Z kibicami przecież nikt nie wygrał, a Florencja miała go dość – przede wszystkim tej etykietki talentu, pod którą kryła się głównie irytująca kapryśność i chimeryczność. 25 milionów euro wpisanych do kontraktu jako klauzula odstępnego stało się sumą wziętą z sufitu. Wypożyczyć go byle gdzie, byle szybko, za byle co – takie było życzenie klubu.
Chciała go walcząca o awans do Serie A Bologna, zaawansowane rozmowy prowadziło Torino, a jeszcze kilku zainteresowanych wolało się nie ujawniać. Do wypożyczenia jednak nie doszło, bo weto postawił Ilicić, który zdecydował dać sobie jeszcze jedną szansę. Startował do niej z ostatniego szeregu, bo do wszystkich starych grzechów dorzucił nowy, być może największy – sprzeciwił się woli klubu.
Na szczęście mściwy nie okazał się Montella, wprost przeciwnie – spojrzał na piłkarza innym okiem i dojrzał charakter wojownika, o który wcześniej nawet go nie podejrzewał. Odmieniony i zdeterminowany zawodnik musiał jeszcze uzbroić się w cierpliwość i poczekać aż minie pierwsza fala zauroczenia Mohamedem Salahem, który w mgnieniu oka rzucił Florencję do swoich stóp. Dla Ilicicia słońce zaświeciło pod koniec kwietnia. Epizody zamieniły się w prawdziwe występy. Od 33 kolejki do końca sezonu w sześciu meczach strzelił siedem goli (przedtem miał w dorobku tylko jednego) i o dziwo został najskuteczniejszym zawodnikiem zespołu. Efektowny i efektywny jak nigdy wcześniej.
(…)
Tomasz LIPIŃSKI
Cały artykuł można znaleźć w najnowszym numerze Tygodnika „Piłka Nożna”