Utracony styl najbardziej utytułowanego klubu na świecie, jak na wyrost tytułują się w Milanie, ma wrócić w najbliższym sezonie. Dzięki Filippo Inzaghiemu.
Tomasz Lipiński
Jak mało kto był pazerny na gole i kolejne rekordy, niewielu wśród napastników było większych od niego egoistów. Jak mało kto nienawidził przegrywać ważne mecze, a każdą taką porażkę rozpamiętywał jak dziecko. Kochał wielkie stadiony i wyzwania, im trudniej, tym dla niego lepiej, był stworzony do gry w finałach. Presja dodawała mu skrzydeł, nigdy nie uziemiała.
Wyjątek czy reguła?
Kibice Milanu go uwielbiali, za gole i furię, którą oni wysyłali z trybun, a on wcielał w grę. Był jednym z nich, jak Josep Guardiola dla socios w Barcelonie czy Antonio Conte dla tifosich w Juventusie. Jego nominację na trenera rossonerich, po zaledwie dwóch latach zdobywania doświadczenia w nowym fachu z zespołami juniorskimi, przyjęli bezkrytycznie i więcej niż entuzjastycznie.
Nie studzą ich na razie marne wyniki meczów towarzyskich i mądre słowa jednego z doświadczonych trenerów, że problem dawnych świetnych piłkarzy, którzy szybko wskoczyli w buty i garnitur szkoleniowców, i tych, którzy ich zatrudniają, polega na tym, że przykłady Guardioli i Conte uznaje się za regułę, a to tylko chlubne wyjątki. Zresztą w Milanie też coś o tym wiedzą.
Cały artykuł przeczytacie w najnowszym numerze tygodnika „Piłka Nożna”