Ile było głupich żartów z piłkarzy warszawskiej Legii przed meczem w Madrycie, nie sposób zliczyć. W dużym skrócie – miał być pogrom, eksportowa ilość straconych goli i wstyd na całą Europę. Jest wysoka porażka 1:5, o wstydzie nie może być jednak mowy. Ba, za długie fragmenty meczu legionistom należą się głośne brawa – pisze w swojej korespondencji z Santiago Bernabeu Paweł Kapusta, dziennikarz tygodnika Piłka Nożna.
Przed wtorkowym meczem szybciej uwierzyć można było w wierność pań w krótkich spódniczkach, stojących wieczorami w okolicy Puerta del Sol, niż w solidną postawę i korzystny rezultat Legii Warszawa wywalczonym na Santiago Bernabeu. Mistrzowie Polski przegrali wprawdzie z Realem 1:5, ale wrażenie po sobie pozostawili bardzo dobre. Zespół Jacka Magiery, gdyby dopisała mu odrobina szczęścia, już w pierwszej połowie mógł przecież – i powinien! – zdobyć więcej, niż jedną bramkę. Słupek, groźne strzały, dośrodkowania, pewny siebie Vadis Odjidja, próbujący czarować Miroslav Radović i Guilherme – chwilami naprawdę rosło serce, gdy patrzyło się na mistrza Polski walczącego z królewskim gigantem. Ba, w drugiej połowie Guilherme był ewidentnie faulowany w polu karnym, Legii należał się drugi w tym meczu rzut karny.
Złośliwi powiedzą zapewne, że we wtorek nie oglądaliśmy tego samego Realu, który zdobywa puchary, bije się z innymi, najlepszymi na świecie i błyszczy blaskiem największych gwiazd. Że Królewscy zagrali na pół gwizdka, intensywności w ich poczynaniach było jak na lekarstwo, że pozwalali Legii kreować sytuacje, oddawać strzały. Jakie ma to jednak w tym momencie znaczenie, skoro legioniści przyjęli zaproszenie do tańca, długimi fragmentami pląsali z gracją, a zdarzały się przecież takie momenty, w których to oni prowadzili parę. Legia grała, Real strzelał – tak właśnie na Twitterze podsumował pierwszą połowę trener Czesław Michniewicz i trzeba się z nim w stu procentach zgodzić. I w sumie byłoby to dobre podsumowanie całego meczu. Szkoda, że nie skończyło się na czterech straconych golach, wynik raziłby w oczy trochę mniej.
Legia miejscowych kibiców przed meczem nie grzała, o starciu z polskim mistrzem wiele w Hiszpanii się nie pisało i nie mówiło. W poniedziałkowych wydaniach tutejszych gazet próżno było szukać zaawansowanych, długich analiz gry warszawskiej ekipy, ciekawych historii z „elką” w tle. Jedną z nielicznych ciekawostek były wspominki kompromitacji Mirosława Trzeciaka, który nie chciał swego czasu w Legii Roberta Lewandowskiego, bo miał pod ręką Mikela Aurrabarrenę. A co poza tym? Im bliżej meczu, tym coraz większa panika wylewała się z hiszpańskich telewizji z powodu przyjazdu legijnych kiboli – ich zła sława dotarła na Półwysep Iberyjski, stąd gigantyczne wręcz siły policyjne zabezpieczające spotkanie. Gdziekolwiek się nie pojawiło, z kimkolwiek nie rozmawiało – wszyscy pytali o to, czy warszawscy kibole będą w Madrycie dymić.
Obawy okazały się niestety uzasadnione, jeszcze przed meczem kibole starli się z policją – ku uciesze reporterek hiszpańskich telewizji biegających między uzbrojonymi policjantami w okolicy stadionu widać było zakrwawione twarze i latające kamienie. To już chyba tradycja, że grupa bandytów skutecznie obrzydza reszcie kibiców Legii nawet największe, piłkarskie święta. Teraz najważniejsze pytanie brzmi, czy prawdziwe są plotki, jakoby UEFA miała wykluczyć Legię z europejskich pucharów za karygodne zachowanie kibiców.
„Bardzo kocham Real i bardzo kocham Alvaro”. Szczere wyznanie Jose Mourinho przed starciem Benfiki z Realem Madryt
Jednym z najciekawszych starć ostatniej kolejki fazy ligowej Ligi Mistrzów będzie pojedynek Benfiki z Realem Madryt na Estadio da Luz. Największy smaczek tej konfrontacji stanowi niewątpliwie postać Jose Mourinho, byłego trenera Królewskich. Portugalczyk na przedmeczowej konferencji prasowej opowiedział o swoich odczuciach związanych ze spotkaniem z byłym klubem.