Rozgrzewa Włochów do czerwoności, zaspokaja ich naturalną potrzebę dyskusji i sporów, o kilka dni przedłuża życie weekendowym wydarzeniom w Serie A, w wyjątkowych sytuacjach unieśmiertelnia je po wsze czasy, podnosi oglądalność programów telewizyjnych, bo też z telewizją i jej rozwojem jest nieodłącznie związana.
Sportowa niedziela
Moviola i calcio od 50 lat idą ramię w ramię. Być może lepiej byłoby napisać, że szły, ponieważ od jakiegoś czasu moviola wysforowała się mocno do przodu i trudno nie odnieść wrażenia, że stała się ważniejsza od meczu. Przecież łatwo wyobrazić go sobie bez goli, zaś właściwie nie sposób bez kontrowersji, z których moviola żyje.
28 lutego 1965 roku Włosi oglądający w publicznej stacji Rai niedzielny program „Domenica Sportiva” („Sportowa niedziela”) mocno się zdziwili. Na ich oczach narodziło się nowe. Zamiast dziennikarza zza biurka odczytującego wyniki, inne najciekawsze sportowe wiadomości i zapowiadającego filmowe materiały pojawił się show. Z prezenterem Enzo Tortorą poruszającym się swobodnie po dużym studiu, gośćmi i udziałem publiczności. Prawdziwa rewolucja, której zwieńczeniem była tajemnicza maszyna, usytuowana gdzieś z boku, do której dostęp miał gospodarz programu i wprawiający ją w ruch technik, niejaki Heron Vitaletti. To dzięki niej można było zwolnić dowolny fragment meczu i zwrócić uwagę na coś, co w ferworze transmisji mogło przejść niezauważone.
Ówczesne środki techniczne na dużo nie pozwalały. Każdy mecz rejestrowały co najwyżej dwie kamery: jedna prowadząca, stojąca na wysokości środkowej linii boiska, i druga zabramkowa. Na pierwszy ogień poszedł gol strzelony przez Gianniego Riverę w meczu Milan – Messina. Żadna kontrowersja, nie było mowy o dopatrywaniu się zagrania ręką czy faulu na obrońcy, chodziło o pokazanie kunsztu technicznego napastnika Milanu. Tylko tyle. A zatem na początku moviola wydobywała z futbolu to, co najpiękniejsze, dopiero później zajęła się grzebaniem w brudach.
Oglądanie sercem
Minęły dwa lata. Technika telewizyjna poszła do przodu i pozwalała na więcej. 22 stycznia 1967 podczas zakończonego bezbramkowym remisem meczu Lazio – Juventus piłka po uderzeniu napastnika gości Virginio De Paolego odbiła się od poprzeczki i nie wiadomo było, czy przekroczyła linię bramkową, czy odbiła się przed nią. Wypisz, wymaluj sytuacja jak w finale mistrzostw świata w 1966 roku. Z tym że wtedy sędzia uznał gola Geoffreya Hursta, a tym razem nie. W studiu telewizyjnym gimnastykowali się, jak udowodnić, po czyjej stronie racja: sędziego czy protestującego Juventusu, ale jedyne, co się udało, to zasiać ferment i rozmnożyć wątpliwości. Wtedy po raz pierwszy doszło do ostrej kłótni przed kamerami, a co bardziej przewidujący komentatorzy ostrzegali, że moviola zaprowadzi wszystkich w ślepy zaułek. Że zamiast rozjaśniać, łączyć i tonować nastroje, będzie dzielić i wywoływać niekończące się wojny. Bo – jak ktoś inny słusznie zauważył – kibic nie widzi oczami, ale sercem. Jeśli serce mu wmówi, że jego drużyna została skrzywdzona, to oczy tego nie zmienią.
W październiku tamtego roku moviola po raz pierwszy przyłapała sędziego na błędzie. Zapis telewizyjny udowodnił, że gol Rivery w remisowych 1:1 derbach Milan – Inter nie powinien zostać uznany. Od 1969 roku analiza kontrowersyjnych zdarzeń stała się głównym punktem „Sportowej niedzieli”. Ze studia gorące polemiki przenosiły się na łamy gazet i do barów. Tak powstała trzecia połowa.
Dzięki movioli niektóre zdarzenia jakby nigdy się nie zestarzały. Mimo upływu lat słyszał o nich chyba każdy włoski kibic. W 1972 roku po obejrzeniu zapisu telewizyjnego sędzia Concetto Lo Bello na żywo w studiu przyznał się do błędu, a chodziło o karnego nieprzyznanego Milanowi w derbach Mediolanu. W 1975 roku zdemaskowała chłopca do podawania piłek, który w meczu Ascoli – Bologna po strzale Giuseppe Savoldiego w tak sprytny i szybki sposób wybił piłkę zza linii bramkowej, że sędzia nie zorientował się, że padł gol. W maju 1981 roku zajęła się rozstrzyganiem, czy Maurizio Turone z Romy pokonał bramkarza Juventusu ze spalonego, jak uznali sędziowie, czy jednak gol był prawidłowy. Sytuacja była o tyle istotna, że Roma w przypadku zwycięstwa zyskałaby punkt przewagi nad Juventusem na dwie kolejki przed zakończeniem sezonu. W telewizji wyszło, że był 10-centymetrowy spalony, ale w Rzymie nikt nie chciał w to uwierzyć i z czasem rozeszła się plotka o zmanipulowaniu powtórek. Mniej więcej o to samo po niedawnym spotkaniu Juventus – Milan oskarżył telewizję Sky Adriano Galliani. Do tego samego worka z napisem: rany nigdy niezabliźnione należy włożyć lamenty Interu o niepodyktowanie rzutu karnego po faulu Marka Iuliano na Ronaldo w meczu Juventus – Inter z 1998 roku i całkiem aktualne żale Romy o tracone gole w Turynie.
Moviola na boisku
Niby w Italii każdy wie, że moviola summa summarum wyrządza więcej złego niż dobrego. Niby z nią trudno, ale bez niej jeszcze trudniej. Przekonała się o tym publiczna stacja Rai, która kilka lat temu wyrzuciła bądź co bądź swoje dziecko za drzwi programu „Domenica Sportiva”. Dyrektorzy stacji tłumaczyli, że chcieliby zająć się konstruktywną analizą boiskowych wydarzeń, taktyką, techniką, a nie przyłapywaniem sędziów na gorącym uczynku i dawaniem pretekstu do narodowych kłótni. Chcieli, żeby to, co miało miejsce na boisku, na boisku zostało. Być może idea była szczytna, ale dość szybko wycofali się z niej rakiem. Konkurencja bez skrupułów wyżymała do sucha kontrowersje i pastwiła się nad sędziami, a Rai wchodząca w rolę świętszego od papieża traciła na oglądalności.
Z moviolą trzeba więc nauczyć się żyć przez następnych 50 lat i dłużej i – co więcej – dać jej większe pole rażenia. Włosi już są gotowi, żeby wpuścić ją na boisko i dać w ręce sędziom, którzy być może w ten sposób przestaliby być jej największymi ofiarami.