25 czerwca 2020 roku już na stałe zapisze się na kartach historii Liverpoolu. To właśnie tego dnia – nie wychodząc nawet na boisko – piłkarze The Reds zapewnili sobie pierwsze od trzydziestu lat mistrzostwo Anglii.
Mistrzowie Anglii w sezonie 2019-20 (fot. Reuters)
Drużyna Juergena Kloppa zagwarantowała sobie tytuł po czwartkowym meczu pomiędzy Chelsea i Manchesterem City. Pełną pulę zgarnęli podczas niego londyńczycy, co sprawiło, że na siedem kolejek przed końcem sezonu nie ma już w Premier League zespołu, który byłby w stanie dogonić Liverpool. Zapewnienie sobie zwycięstwa na tak wczesnym etapie sezonu, to zresztą nowy rekord ligi. Wcześniej mistrzostwo kraju zapewniali sobie jedynie zawodnicy Manchesteru United (1907-08 i 2000-01), Evertonu (1984-85), a także Manchesteru City (2017-18) – na pięć kolejek przed zakończeniem kampanii.
Pobicie ligowego rekordu to zawsze miła rzecz, jednak na Anfield cieszą się z innego powodu. Liverpool przerwał bowiem klątwę, która kazała mu czekać na tytuł mistrzowski przez trzy dekady! Po raz ostatni piłkarze z Miasta Beatlesów triumfowali w lidze w 1990 roku, a chociaż od tego czasu w kilku przypadkach byli bliscy sięgnięcia po złoto, to zawsze ktoś okazywał się od nich lepszy na finiszowych metrach. Tak było chociażby w ubiegłym sezonie, kiedy to The Reds przegrali na dystansie rozgrywek zaledwie jedno spotkanie i wywalczyli niemal sto punktów. Jak się jednak okazało, jedno „oczko” więcej zgromadzili na swoim koncie gracze Manchesteru City i to oni sięgnęli po puchar.
W trakcie kampanii 2019-20 wątpliwości już nie było. Liverpool rozsiadł się wygodnie w fotelu lidera już w sierpniu i jak pokazał czas, pozycji przodownika tabeli nie oddał. Mohamed Salah i spółka wygrywali kolejne mecze i grali najrówniej z całej stawki. Żaden przeciwnik, w tym także wspomniany Manchester City nie był w stanie dotrzymać mu kroku, czego efektem – przynajmniej do tej pory – jest 28 wygranych, dwa remisy i zaledwie jedna przegrana. Zespołem, który był w stanie pokonać dominatora był Watford, który 29 lutego zwyciężył dość niespodziewanie (3:0), grzebiąc tym samym marzenia The Reds o rozegraniu sezonu bez porażki. Cóż, rok przestępny…
Z perspektywy czasu Klopp i jego podopieczni mogą żałować tego meczu, jednak patrząc nieco szerzej, nie powinno to mieć dla nich żadnego znaczenia. Jeszcze bowiem kilka tygodni temu nie było wiadomo, czy rozgrywki ligowe w ogóle zostaną dograne z powodu grasującego po świecie koronawirusa. Spekulowano, że w przypadku przerwania zmagań w Premier League, tytuł nie zostanie przyznany, co byłoby najzwyklejszą niesprawiedliwością dziejową i kolejnym dowodem na to, że w przypadku krajowego podwórka na Liverpoolu faktycznie ciąży jakaś niezrozumiała klątwa.
Tak się jednak nie stało, a wspomniany Klopp nie tylko doprowadził swoją drużyną do pierwszego od trzech dekad mistrzostwa, ale sam stał się pierwszym menedżerem z Niemiec, któremu udało się sięgnąć po złoto w długiego, bo 131-letniej historii ligowych zmagań w Anglii.
— Liverpool FC (Premier League Champions ????) (@LFC) June 25, 2020
Żeby z kolei uzmysłowić jak długo na Anfield czekali na ten moment, wystarczy przypomnieć, że w czasach, gdy ostatni puchar za mistrzostwo trafiał do gabloty w Liverpoolu, takich piłkarzy jak Trent Alexander-Arnold, Andy Robertson czy Virgil van Dijk nie było jeszcze na świecie.
Swój gabinet przy Downing Street 10 zajmowała jeszcze legendarna Żelazna Dama, czyli Margaret Thatcher, internet nadal był powijakach, Berlin dzielił mur, Związek Radziecki dopiero chylił ku upadkowi, a w Polsce wciąż czekano na pierwsze wolne wybory parlamentarne.
Od tego czasu w czerwonej koszulce Liverpoolu występowało wielu znakomitych piłkarzy, w tym nasz Jerzy Dudek. The Reds całkiem nieźle poczynali sobie na arenie międzynarodowej, dwukrotnie od 1990 roku triumfując w Champions League. I chociaż także na krajowym podwórku mieli znakomite sezony, to przez trzydzieści długich lat starczyło to maksymalnie do drugiego miejsca.
Przypieczętowane w czwartkowy wieczór mistrzostwo kraju było już dziewiętnastym w historii klubu, co umocniło go na drugiej pozycji w klasyfikacji wszech czasów. Lepszym dorobkiem może pochwalić się jedynie Manchester United, który ma na koncie jeden tytuł więcej, a na podium znajduje się jeszcze Arsenal, który sięgał po złoto trzynaście razy.
Historyczny triumf i przerwanie złej passy nie było jednak dziełem przypadku czy pojedynczym wyskokiem. Obecna drużyna Liverpoolu była bowiem od kilku dobrych lat przebudowywana i formowana pod dyktando Kloppa, który – chociaż może to zabrzmieć nieco górnolotnie – wydaje się być stworzony dla tego klubu. Krok po kroku wymieniał on słabe ogniwa, kupował piłkarzy i szlifował talenty tych, których miał pod ręką. Ostatnich kilkanaście miesięcy stanowiło z kolei apogeum tej ciężkiej pracy, które przyniosło kolejno zwycięstwo w Lidze Mistrzów, Klubowych Mistrzostwach Świata i finalnie w Premier League.
Mówiąc o apogeum trzeba więc pamiętać, że chociaż Liverpool może wydawać się skończonym projektem, przed właścicielami klubu i samym Kloppem kolejne wyzwania. Drużyna na pewno będzie wymagała świeżej krwi i kolejnych roszad, tak by nie pojawił się w niej element sytości i zadowolenia po wygraniu wszystkiego, co tylko było możliwe. Obserwując jednak przez lata pracę niemieckiego szkoleniowca, na Anfield powinni być spokojni, że niezbędne kroki zostaną podjęte.
Tymczasem kibice The Reds mają swój moment. Mają swój pierwszy od trzech dekad i pierwszy w erze Premier League tytuł mistrzowski. Klątwa została zdjęta.
Cole Palmer opuści Chelsea? Liam Rosenior stawia sprawę jasno
W ostatnim czasie w brytyjskich mediach pojawiło się sporo plotek łączących Cole’a Palmera z odejściem z Chelsea. Liam Rosenior, szkoleniowiec The Blues, przed dzisiejszym meczem Ligi Mistrzów z Napoli skomentował te doniesienia.