W 91 minucie przy stanie 3:0 urwał się obrońcom i w sytuacji sam na sam z bramkarzem pokonał go płaskim strzałem lewą nogą. Każdego innego koledzy klepnęliby zwyczajowo w plecy, przybili piątkę, niektórym nie chciałoby się być może podbiec z gratulacjami. Ale to strzelił nie byle kto – obecni w Lizbonie kibice z Florencji wydarli się jak przy żadnym innym golu, drużyna i ławka rezerwowych eksplodowały radością. Feta była nie mniejsza niż 20 października 2013 roku.
Nieśmiertelny
Tamtego dnia prawdopodobnie dokonał największego wyczynu w karierze. Na dalszy plan zeszły jego bramkowe debiuty w trzech ligach: Premier League, Pimera Division i Serie A, gole w Lidze Mistrzów dla Villarreal, tytuł króla strzelców na igrzyskach olimpijskich w Pekinie czy 30 występów w reprezentacji Włoch. Wtedy zdobył nieśmiertelność. Jego trzy gole wbite Juventusowi i Gianluigiemu Buffonowi, w meczu, który przy wyniku 0:2 do przerwy zmierzał w stronę nieuchronnej porażki, na zawsze pozostaną w pamięci kibiców, wieść o hat-tricku będzie przekazywana z pokolenia na pokolenie i już przeszła do miejskiej legendy
Niedługo miną dwa lata od dnia wielkiej chluby Rossiego zwanego we Florencji Fenomeno. Dwa lata, w których więcej go nie było niż był, częściej widywano i oklaskiwano go na trybunach niż na boisku i więcej na jego temat do powiedzenia mieli lekarze niż trenerzy. Gdyby nie to zdrowie, które psuło się już w Hiszpanii, gdzie przeszedł pierwsze operacje feralnego prawego kolana, to prawdopodobnie zaszedłby najdalej z wszystkich włoskich napastników. Rekord Luigiego Rivy zakończony w 1974 roku na 35 golach w reprezentacji przestałby straszyć i prześladować kolejne pokolenia bombardierów. Gdyby…
(…)
Tomasz LIPIŃSKI
Cały artykuł można znaleźć w najnowszym numerze Tygodnika „Piłka Nożna”