Przed startem Premier League: Mistrzowska procesja
Trudno będzie znaleźć malkontentów wobec powrotu Premier League, ale u nikogo uśmiech nie będzie tak szeroki, jak u Juergena Kloppa. W końcu to w biurach na Anfield trwały intensywne prace, by do dogrania sezonu w ogóle doszło. Potrzeba było wielu kompromisów, lecz Liverpool na mistrzowską procesję po prostu zasłużył.
MICHAŁ ZACHODNY Łączy Nas Piłka
Dejan Lovren przypominał w ubiegłym tygodniu moment, gdy Liverpool, podobnie jak inne drużyny Premier League, dostały pozwolenie na powrót do treningów grupowych i w kontakcie. – Wow, jak wielu mamy zawodników! – zachwycał się chorwacki obrońca lidera. – A gdy spojrzałeś na ich twarze, od razu myślałeś: ilu tu jakości, Boże, jak trudno będzie wygrać miejsce w składzie.
Oto część czerwonej propagandy. Przekaz z oficjalnych kanałów Liverpoolu w kwestiach powrotu do gry i dokończenia sezonu jest jednoznacznie optymistyczny, do granic możliwości napompowany entuzjazmem. Nikogo nie powinno to dziwić: przy pomyślnych wynikach wystarczy 90 minut gry przy pustych trybunach, by potwierdzić to, o czym wszyscy na świecie wiedzą. Nie ma lepszej drużyny w Anglii w tym sezonie, nie powinno być innego mistrza. Historia odzyskania tytułu po trzech dekadach była do pewnego momentu bajką: przy potknięciach Manchesteru City, machinalnym wygrywaniu kolejnych spotkań i wraz z rozwojem piłkarzy.
Pandemia pokrzyżowała te plany i Liverpool mógł czuć się najbardziej poszkodowany. Poszkodowany, a więc też smutny, dobity i rozczarowany niezgodnością wewnątrz Premier League, czy w ogóle dogrywać sezon. Przecież przyznanie mistrzostwa bez rozegrania pozostałych spotkań zawsze wiązałoby się z jakimiś wątpliwościami. Nie byłoby spełnienia.
I teraz trudno się dziwić, że z klubu wychodzi jeden za drugim pozytywny przekaz, nawet jeśli nie dojdzie do normalnej celebracji. Kibice przypominając sobie na początku czerwca to, jak wyglądało świętowanie ubiegłorocznego triumfu w Lidze Mistrzów, musieli mieć z tyłu głowy myśl, że teraz ten wyczekiwany triumf krajowy nie będzie równie godnie celebrowany. Milion fanów nie ustawi się wzdłuż ulic miasta, nie będzie przejazdu otwartym autobusem. Każda zbiorowa radość zostanie pewnie napiętnowana lub nawet rozgoniona przez policję. Klopp nie wypuści piłkarzy z obowiązujących obostrzeń, zresztą podkreślał w ostatnich dniach, że przy jakimkolwiek wyjściu na zewnątrz mają mieć założone maski i rękawiczki.
Zresztą nie tylko z tego powodu celebracja mistrzostwa będzie stłumiona. Na początku miesiąca Mark Roberts, szef oddziału piłkarskiego w brytyjskiej policji, tłumaczył, że jest sześć różnych meczów w Premier League, które należałoby rozegrać na neutralnych stadionach. W tym derby Liverpoolu oraz kolejny mecz, który mógłby przynieść mistrzostwo drużynie Kloppa. Na razie oczywiście na to zgody nie ma, zresztą burmistrz miasta zapewniał, że sytuacja poprawiła się na tyle, że mecze w mieście mogą być rozgrywane bez żadnych obaw. – Byliśmy w stanie przekazać jasno, dlaczego grupy kibiców nie powinny gromadzić się wokół stadionów w trakcie meczów. Mieliśmy okazję rozmawiać z przedstawicielami fanów oraz klubów, by informacja od nich również była spójna – mówił Joe Anderson. Policja z Merseyside również nie miała żadnych obiekcji, ale spotkanie dwanaście dni przed derbami nie przyniosło jednoznacznej odpowiedzi, czy do meczu dojdzie na Goodison Park. Ponoć zebrane informacje były niepełne, by podjąć decyzję.
Pewnie Klopp i spółka każdą decyzję przyjmą bez walki, którą w normalnych okolicznościach podjęliby z pełną mocą, a teraz… byłaby rozproszeniem. O tym skupieniu na celu, jakim jest mistrzostwo, jakim jest puchar za zwycięstwo, na którym położyli już jedną rękę, mówił również Lovren. – Nawet gdy nie było wyznaczonej żadnej daty wznowienia rozgrywek, skupialiśmy się na jednym celu: dokończmy sezon. W końcu podadzą termin, ale utrzymujmy się w formie, by być przygotowanymi. Zróbmy to i później sobie pogratulujmy. Jasne, że wystarczą nam dwa mecze, by powiedzieć „jesteśmy mistrzami”, ale my chcemy wygrać wszystko do końca.
Imponuje sposób, w jaki Liverpool przejął liderowanie w grupie klubów, które od początku chciały powrotu na boiska. Oczywiście, że najmniej przekonani mieli w tym swoje interesy i pewnie w tym wszystkim również przyszli mistrzowie by się odnaleźli, bo przy zakończeniu sezonu tytuł też byłby ich. Jednak rzucono naprawdę wszystkie siły: Klopp w ostatnich dwóch miesiącach udzielił większej liczby wywiadów niż przez poprzednie dwa sezony. Osobną pracę wśród piłkarzy wykonał Jordan Henderson, który wobec długiej bezsilności i braku aktywności ich stowarzyszenia, przekonywał kapitanów pozostałych drużyn do przekazywania koszulek oraz pieniędzy na walkę z pandemią, był także aktywny w trakcie wszystkich spotkań i konferencji mających na celu uzgodnienie warunków powrotu.
Jeszcze w drugiej połowie maja mówił, że czuje się bardzo pewnie, wracając do treningów, gdy wciąż wielu zawodników, w tym Troy Deeney i N’Golo Kante, miało wątpliwości, bo nie przeprowadzono jeszcze odpowiedniej liczby testów w klubach. – Sprawdzanie temperatury, kontrola zdrowia, dystans społeczny i dezynfekcja wszystkich przedmiotów były na najwyższym poziomie od pierwszego dnia powrotu. Robi się dla nas wszystko, by zajęcia były jak najbezpieczniejsze. Czujemy się komfortowo i dlatego trenujemy. Każdy kolejny krok jest wyznaczany przez ekspertów i lekarzy. Chcemy i będziemy podążać za wskazówkami zawartymi w protokole – tłumaczył.
– W okresie bez treningów grupowych mieliśmy dużo czasu na refleksję. Sam nie tyle patrzyłem do przodu, ile wstecz – na dokonania w tym sezonie, które są naprawdę niesamowite. Służyło to jako motywacja, by dalej trenować, ponieważ każdy z nas chciał być w jak najlepszej formie, aby dokończyć sezon w tak dobrym stylu, jaki prezentowaliśmy do tej pory. Chodziło o to, by we właściwym momencie, czyli gdy dojdzie do meczów, od razu wejść na ten sam poziom – mówił kapitan Liverpoolu, który niedawno świętował dziewiątą rocznicę gry dla The Reds.
On sam doskonale wie i czuje, jak bliskie są związki Liverpoolu z kibicami. Wielokrotnie fani klubu byli stawiani za przykład jedności, umiejętności walki o własne prawa, o ceny biletów czy utrzymanie atmosfery. Ale w obliczu powrotu rozgrywek bez fanów nie było głosów protestu, jak choćby w Niemczech. Stowarzyszenie „Spirit of Shankly” w pełni współpracowało z klubem, wspierając działania dotyczące wznowienia Premier League, występując ze zdecydowanym sprzeciwem, gdy burmistrz Liverpoolu wątpił w zdrowy rozsądek kibiców, sugerując, że będą przychodzić w trakcie meczów pod stadion. W końcu tradycją stało się, że przyjazdowi autokaru klubowego na mecz na Anfield towarzyszyły tłumy, odpalano race. Tymczasem teraz sugeruje się, że piłkarze powinni na stadion swojego klubu przyjeżdżać osobno.
Ta mistrzowska procesja trwa, jest pełna poświęceń i nawet momentami wydaje się, że wyrzeczenia są ponad charakter czy etos LFC, lecz cel uświęca środki. To nie może dziwić. Kilka generacji kibiców nie pamięta triumfu z 1990 roku, nie przeżywało radości z pokonania Aston Villi w wyścigu o tytuł. Wówczas 39-letni Kenny Dalglish zdobył z zespołem piąte trofeum w ciągu pięciu sezonów, wydawało się, że stworzy zespół, który będzie dominował latami – to skończyło się jednak jeszcze zanim powstała Premier League, a Szkot opuszczał zespół, gdy był na pierwszym miejscu w tabeli w lutym 1991 roku. W sezonie 1989-90 królem strzelców był Gary Lineker, wtedy kluczowa postać odbudowującego się Tottenhamu, dziś jednak kojarzony jako twarz rozgrywek i futbolu w BBC, nie ktoś seryjnie trafiający do bramki. We Włoszech z Napoli mistrzostwo zdobywał Diego Maradona, który teraz wygląda (i zachowuje się) jakby z poważną piłką nie miał zbyt wiele wspólnego.
Liga sporej liczbie kibiców Liverpoolu kojarzy się z rozczarowaniem. Oglądaniem rosnącej potęgi Manchesteru United, który zgodnie z zapowiedzią sir Aleksa Fergusona strącił ich zespół z „pieprzonej grzędy”. Obserwowaniem, jak pojawiają się zagraniczni inwestorzy w Premier League, którzy albo za sprawą wielkich pieniędzy ich w hierarchii światowej wyprzedzają, albo przynajmniej dorównują. Niedowierzaniem, że po mistrzostwo w ciągu tych 30 lat potrafiły sięgnąć ekipy Blackburn Rovers, Leeds United i Leicester City, ale Liverpool nie. Rozczarowaniem, gdy zdarzały się niezrozumiałe zapaści na finiszu rozgrywek, gdy drużyny czy poszczególni piłkarze nie wykorzystywali potencjału, trenerzy popełniali pod presją błędy i tracili kontrolę.
Teraz wszystko jest w Liverpoolu na swoim miejscu: jedność, jakość, kontrola i pewność siebie. Długo Klopp budował ten mistrzowski zespół – w październiku będzie piąta rocznica jego pracy na Anfield – i choć w międzyczasie były bardzo istotne triumfy, Liga Mistrzów i klubowe mistrzostwo świata, to Złotym Graalem pozostawał krajowy tytuł. Niedoścignionym, czy jak w ubiegłym roku, rozstrzygniętym prawdopodobnie przez tych kilkanaście milimetrów średnicy piłki, które stanowiły o braku gola dla Liverpoolu w bezpośrednim meczu z Manchesterem City.
W niebywale trudnej sytuacji, w której znalazł się świat, więc także Wielka Brytania, nie będzie to czysta radość z dziewiętnastego mistrzostwa Anglii. Ona oznaczałaby nieskalaną celebrację na ulicach i wszystko to, czego doświadczyli fani w Liverpoolu przed rokiem, choć pewnie podniesione do potęgi. Ale wbrew pozorom piłkarze i trener się w tym odnajdą. Spełnienie sportowca nie polega przecież głównie na tym, by móc przejechać przez miasto otwartym autobusem z kawałkiem metalu w dłoniach. Koniec końców, to tylko cholernie przyjemny dodatek, kolejna nagroda. Ale satysfakcja mistrza polega na pokonaniu innych, zwyciężeniu swoich słabości, ciągłym dążeniu do doskonałości, gdy inni rezygnowali lub przeżywali porażki, przełamywaniu gorszych momentów i świadomym, spokojnym podejściu w pokonywaniu kolejnych etapów. Liverpool to zrobił. A nawet dokonał więcej: jeśli piłkarska Anglia potrzebowała pchnięcia we właściwym kierunku do powrotu na boiska, Klopp i jego ludzie byli tymi, którzy ten ruch wykonali.
W jednym z licznych wystąpień z ostatnich miesięcy menedżer Liverpoolu opowiadał o tym, jak potraktował ubiegłoroczny triumf w Lidze Mistrzów. Wobec zaistniałej sytuacji i w opisywaniu determinacji The Reds mówi to jeszcze więcej. – Wygraliśmy finał, świetnie. Ale gramy dalej. Dla mnie ważniejszą informacją było to, jak dobrzy możemy być, jeśli jesteśmy skoncentrowani. A jeśli poprawimy kilka detali, staniemy się jeszcze mocniejsi. To była nasza motywacja, by poprzedni sezon był podstawą, a nie przykładem, że w lidze można być tak blisko tytułu i jak bardzo jego brak może boleć. Oczywiście, że nas porażka z City zabolała, ale tylko ty decydujesz o tym, jak wiele tego cierpienia będzie i jak wykorzystasz to jako doświadczenie. My zrobiliśmy z tego informację, że jesteśmy całkiem dobrą drużyną. A taka wygrywa mecze i tylko od nas zależy, ile ich wygramy – mówił Klopp.
Liverpool zasługuje więc na ten finisz, jaki by on nie był. Przy pustych trybunach? Mistrzostwo na neutralnym terenie? Bez całej otoczki, która towarzyszyła triumfom mniej spektakularnym lub już zapomnianym? Przecież to też będzie część historii klubu.
Cole Palmer opuści Chelsea? Liam Rosenior stawia sprawę jasno
W ostatnim czasie w brytyjskich mediach pojawiło się sporo plotek łączących Cole’a Palmera z odejściem z Chelsea. Liam Rosenior, szkoleniowiec The Blues, przed dzisiejszym meczem Ligi Mistrzów z Napoli skomentował te doniesienia.