Trzy punkty zostały w Krakowie przy ulicy imienia Józefa Kałuży. Cracovia po dziewięciu ligowych meczach z rzędu bez zwycięstwa wreszcie się przełamała. Podopieczni Michała Probbierza ograli 2:1 Lecha Poznań w meczu dwudziestej trzeciej kolejki PKO Bank Polski Ekstraklasy.
Radość piłkarzy Cracovii po końcowym gwizdku była ogromna. (fot. Jakub Gruca / 400mm.pl)
Dziewięć. Tyle ligowych meczów z rzędu bez zwycięstwa i trzech punktów zanotowała Cracovia. Po raz ostatni „Pasy” triumfowały w ekstraklasowych zmaganiach 12 grudnia 2020 roku, gdy ograły Górnika Zabrze. Od tamtej pory minęło dokładnie trzy miesiące i dwadzieścia dwa dni. Aż wreszcie nadeszło upragnione spotkanie numer dziesięć. Upragnione, bowiem okazało się ono przełomowe dla piłkarzy z czerwono-białej części Krakowa.
Początkowo jednak nic nie zapowiadało końcowego sukcesu w wykonaniu podopiecznych Michała Probierza. W pierwszej połowie to Lech kontrolował przebieg boiskowych wydarzeń. Poznaniacy swą przewagę zdołali nawet potwierdzić w postaci zdobytego gola. Miało to miejsce w dwudziestej ósmej minucie.
Wówczas Jan Sykora dośrodkował w pole karne do Michała Skórasia, który zamykał akcję. Był on lekko spóźniony wobec lecącej do niego piłki i uderzył ją na wślizgu czubkami palców. Futbolówka odbiła się od słupka i szczęśliwie trafiła wprost pod nogi niepilnowanego Mikaela Ishaka, który wykorzystał stuprocentową okazję.
Dość nieoczekiwanie jeszcze przed przerwą do wyrównania doprowadzili krakowianie. Rivaldinho obsłużył prostopadłym podaniem wychodzącego na wolne pole Michala Siplaka. Na skutek błędnego ustawienia formacji defensywnej „Kolejorza” słowacki piłkarz znalazł się w dogodnej sytuacji strzeleckiej, którą skutecznie zamienił na bramkę.
Gol do szatni zmotywował graczy Cracovii. Na drugą połowę wyszli pełni energii i zmotywowani, by przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Probierz i spółka przejęli kontrolę nad grą, byli również zdecydowanie bardziej aktywni w ofensywie, co poskutkowało objęciem przez nich prowadzenia.
W pięćdziesiątej szóstej minucie Sergiu Hanca oddał strzał z pola karnego. Piłka po jego uderzeniu przypadkowo odbiła rykoszetem się od nogi Tymoteusza Puchacza, wzniosła się do góry w powietrze i spadłą wprost na głowę niepilnowanego na piątym metrze Pelle van Amersfoorta, który z bliskiej odległości głową skierował futbolówkę do siatki.
Gdy sędzia Damian Sylwestrzak użył gwizdka po raz ostatni, w ekipie Cracovii wybuchła niepohamowana radość. I ulga. „Nareszcie” to zapewne pierwsze słowo, jakie przyszło na myśl Michałowi Probierzowi. Trzy zdobyte oczka, jakże cenne w kontekście walki o utrzymanie, pozwoliły kierowanemu przez niego zespołowi złapać oddech oraz powiększyć punktową przewagę nad strefą spadkową. Lech natomiast oficjalnie stracił wszelkie matematyczne szanse na zdobycie mistrzostwa Polski i pozostaje w środkowej strefie tabeli.
Po tym, jak negocjacje między Zagłębiem Lubin a Rakowem Częstochowa ws. wykupu Leonardo Rochy zakończyły się fiaskiem, „Miedziowi” ruszyli na poszukiwania nowego snajpera. Padło na dwukrotnego reprezentanta Węgier.
Michał Synoś znajdował się w kręgu zainteresowań polskich oraz zagranicznych klubów. 18-letni stoper podjął już decyzję, gdzie będzie występował od sezonu 2026-27.