Miłosz Przybecki w lipcu
2011 roku zamienił pierwszoligowy Ruch Radzionków na Polonię
Warszawa. 22-latek wciąż jest zawodnikiem „Czarnych Koszul”,w
międzyczasie był na wypożyczeniu w Koronie Kielce, ale przez
półtora roku pobytu w najwyższej klasie rozgrywkowej tylko
pięciokrotnie pojawiał się na ligowych boiskach. – To przede
wszystkim przez kontuzję, ale nie tylko. Mam jednak nadzieję, że
na wiosnę karta się odwróci i pokażę na co mnie stać –
powiedział nam Przybecki.
– Gdy trafiłem na
Konwiktorską szybko przekonałem się, że nie mam szans na grę. Co
gorsza, miałem wrażenie, iż nie decydowały o tym względy czysto
sportowe. Ówczesny prezes Polonii, Józef Wojciechowski
ściągnął do Polonii głośne nazwiska, które niekoniecznie
grały na miarę oczekiwań prezesa, ale grały – stwierdził
Miłosz Przybecki w rozmowie z PilkaNozna.pl.
– Ale czy rzeczywiście
nie było szans, aby wygrać rywalizacje z tymi piłkarzami o miejsce
w składzie?
– Starałem się jak
mogłem. Walczyłem, ale na darmo. Dostałem szansę gry od początku
w starciu z Górnikiem Zabrze i chyba wypadłem nieźle, bo
zebrałem pochwały za dobry występ. Tydzień później
zaliczyłem jeszcze spotkanie Pucharu Polski i choć może
zaprezentowałem się nieco gorzej to nie sądzę, abym zasłużył
na to, by od razu mnie skreślać. W pewnym momencie zrozumiałem, że
trener Jacek Zieliński nie stawia na mnie nie dlatego, że jestem za
słaby, lecz dlatego że ma taki przykaz z góry. Grać mieli
najlepsi, ale według prezesa. Tak mi się przynajmniej wówczas
wydawało, bo nigdy nie odczułem niechęci trenera Zielińskiego do
mojej osoby.
– W przerwie zimowej
zdecydowałeś się więc na wypożyczenie do Korony Kielce…
– Uznałem, że będzie
to dobry krok, a okres przygotowawczy utwierdził mnie w tym
przekonaniu. W drużynie Leszka Ojrzyńskiego czułem się bardzo
dobrze, grałem w sparingach i naprawdę wierzyłem, że wreszcie
zacznę regularnie grać. Niestety, tydzień przez wznowieniem ligi
przydarzyła mi się kontuzja, która definitywnie przekreśliła
moje plany. Przez pół roku pobytu w Kielcach nie zagrałem w
ani jednym meczu ligowym. Wróciłem do Polonii przed
rozpoczęciem tego sezonu, znów miałem nadzieję na grę i
znów stanęła mi na przeszkodzie kontuzja. Dopiero w końcówce
rundy jesiennej byłem w pełni sił i w trzech ostatnich meczach
zaliczyłem epizodyczne występy. To jednak wciąż dla mnie mało.
– Kontuzje
wyeliminowały cię z gry na wiele miesięcy i to za każdym razem w
momentach, gdy wydawało się, że w twojej karierze nastąpi pewien
przełom. Jak radziłeś sobie w tych trudnych dla ciebie chwilach?
–
Przez pierwsze dwa miesiące naprawdę byłem załamany. Moje życie
stało się monotonne, bo ciągle tylko jeździłem na rehabilitacje.
Na szczęście byli przy mnie ludzi, którzy mnie wspierali.
Przede wszystkim rodzina. To dzięki niej poradziłem sobie z tym
wszystkim i odzyskałem pozytywne nastawienie.
– Wraz z początkiem
nadchodzącej rundy wiosennej nastąpi już trzecie twoje podejście
do regularnych występów w najwyższej klasie rozgrywkowej.
Czy należy więc oczekiwać, że w twoim przypadku potwierdzi się
powiedzenie „do trzech razy sztuka”?
– Oby,
bo to najwyższa pora. Muszę przede wszystkim solidnie przepracować
okres przygotowawczy. Ciężka praca na treningach, dobre występy w
sparingach to podstawa, aby przekonać do siebie trenera.
– Niemal każdy
kolejny dzień przynosi nowe spekulacje transferowe dotyczące
warszawskiej Polonii. Szum medialny wokół zespołu „Czarnych
Koszul” raczej nie pomaga w treningach tobie i twoim kolegom.
– Na
pewno, nie. Na początku mówiło się przecież, że nikt zimą
nie odejdzie z klubu, tymczasem kilku ważnych zawodników już
opuściło drużynę, przyszłość kilku kolejnych wciąż stoi pod
znakiem zapytania. Sądzę jednak, że nie ma ludzi niezastąpionych.
W naszej drużynie nadal jest wielu wartościowych piłkarzy, którzy
jeszcze nie pokazali szczytu swoich możliwości.
– Na przykład Miłosz
Przybecki?
– Ty
to powiedziałeś.
– Wiele osób
już po odejściu z klubu Marcina Baszczyńskiego i Tomasza
Brzyskiego postawiło przy Polonii „krzyżyk” uznając, że
zespół na wiosnę poleci w dół tabeli po równi
pochyłej. Sam powiedziałeś, że przyszłość kilku innych
zawodników także jest niepewna.
–
Przypomnę, że pół roku temu wiele osób również
nas skreśliło, zapowiadało nam spadek z wielkim hukiem, a rundę
zakończyliśmy przecież na trzecim miejscu. Wierzę, że wiosną
znów będziemy w stanie pozytywnie zaskoczyć i to bez względu
na to, w jakim będziemy grali składzie. Nie zapominajmy, że cały
czas ktoś może jeszcze nas wzmocnić…
Po tym, jak negocjacje między Zagłębiem Lubin a Rakowem Częstochowa ws. wykupu Leonardo Rochy zakończyły się fiaskiem, „Miedziowi” ruszyli na poszukiwania nowego snajpera. Padło na dwukrotnego reprezentanta Węgier.
Michał Synoś znajdował się w kręgu zainteresowań polskich oraz zagranicznych klubów. 18-letni stoper podjął już decyzję, gdzie będzie występował od sezonu 2026-27.