Gianluigiemu Buffonowi nigdy dość. 38 lat na karku, a on idzie po nowy rekord, a może i nawet rekordy. W niedzielę piłkarze Torino będą musieli bardzo się spieszyć, żeby bramkarz Juventusu obszedł się smakiem. Tylko cztery minuty bez puszczonego gola w derbach wystarczą, żeby wyprzedził w klasyfikacji wszech czasów Sebastiano Rossiego.
Po 90 minutach z Sassuolo i dziesiątym z rzędu ligowym meczu na zero z tyłu licznik zatrzymał się na 926 minutach, co na razie pozwoliło zmienić na drugim miejscu legendarnego Dino Zoffa. Lider pozostaje liderem od 22 lat, dokładnie od 27 lutego 1994 roku. Wtedy szesnastoletniego Buffona można było spotkać na meczach Serie A tylko w roli kibica lub jako ultrasa jeżdżącego za Carrarese ze swoimi kumplami po całych Włoszech. Szybko się to zmieniło. Już półtora roku później z trybun zszedł na boisko i od razu stanął oko w oko z Rossim z Milanu. W debiucie nastolatek oparł się atakom prowadzonym przez Roberto Baggio, George’a Weaha i Marco Simone, być może po bezbramkowym remisie wymienił się bluzami z Rossim, a może swoją zatrzymał na pamiątkę. Nieważne. Dziś wszystko co się z nim wiąże jest po stokroć cenniejsze od tego, co reprezentował Sebastiano Rossi.
Solidny bramkarz Milanu miał to szczęście, że znalazł się w odpowiednim czasie i miejscu, w przypadku fenomenalnego Buffona szczęście miał Juventus, że postawił na wyjątkowego człowieka. Żyjąca w cieniu męża, ale pociągająca za sznurki Veronique Zidane być może ciągle nie zdaje sobie sprawy, jaką przysługę oddała Starej Damie. Gdyby w 2001 roku skutecznie nie nacisnęła męża na przeprowadzkę z Turynu do Madrytu, to nie byłoby w kasie Juve tych milionów, które pozwoliły kupić między innymi Buffona.
Stare dzieje. Pavel Nedved siedzi wygodnie w fotelu wiceprezydenta klubu, przyjaciel od serca Fabio Cannavaro zdobywa w Azji trenerskie szlify, a Lilian Thuram na dobre zaangażował się w politykę. To z nimi przychodził, z nimi wygrywał, ich żegnał. On wytrwał na posterunku. Niezmiennie w rękawicach i z numerem 1 na plecach patrzy do przodu. Kolejne przecież rekordy czekają do pobicia.
(…)
Tomasz LIPIŃSKI
Cały artykuł można znaleźć w najnowszym numerze Tygodnika „Piłka Nożna”