Roma nadal liczy się w grze o awans do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Drużyna prowadzona przez Claudio Ranieriego pokonała na własnym terenie Juventus (2:0) i wciąż może zająć na koniec sezonu czwartą lokatę w tabeli Serie A.
Roma nadal w grze o awans do Champions League (fot. Reuters)
Niedzielne spotkanie miało jakiekolwiek znacznie – poza oczywiście tym prestiżowym – wyłącznie dla piłkarzy Romy, którzy wciąż walczą o udział w kolejnej edycji Ligi Mistrzów. Pewny mistrzostwa Italii Juventus nie musiał w stolicy forsować tempa, ale jak się okazało, podopieczni Massimiliano Allegriego podeszli do meczu bardzo profesjonalnie i chociaż mogli myśleć już o urlopach, to ani myśleli by odpuszczać gospodarzom.
„Stara Dama” od początku była lepsza i dominowała na boisku. Turyńczycy bili na głową rywala pod względem kultury gry i raz za razem stwarzali sobie bardzo dobre okazje strzeleckie. Cudów w bramce Romy dokonywał jednak Antonio Mirante, który tylko w pierwszej połowie trzykrotnie ratował swój zespół przed utratą gola.
Golkiper „Giallorossich” najpierw w ostatniej chwili zatrzymał uderzenie Juana Cuadrado, a następnie dwukrotnie znakomicie bronił po strzałach Paulo Dybali. Gdyby nie Mirante, losy zawodów byłyby rozstrzygnięte jeszcze przed przerwą.
Po drugiej stronie Wojciech Szczęsny był praktycznie bezrobotny. Roma nie miała bowiem pomysłu na to jak zagrozić mistrzowi Włoch. Jedyna warta uwagi sytuacja to tak, po której Lorenzo Pellegrini trafił w poprzeczkę.
W 65. minucie wynik spotkania otworzył Cristiano Ronaldo, który po prostopadłym podaniu znalazł się w sytuacji sam na sam z bramkarzem i trafił do siatki. Radość Portugalczyka nie trwała jednak długo, ponieważ bardzo szybko okazało się, że był on w momencie podania na pozycji spalonej.
Kiedy kompletnie nic na to nie wskazywało, Roma wyprowadziła celny cios i objęła prowadzenie. W 80. minucie Edin Dzeko wypuścił na pozycję Alessandro Florenziego, a ten znalazł się w sytuacji sam na sam ze Szczęsnym i zdołał go pokonać, dając swojej drużynie cennego gola.
Jak się okazało, już w doliczonym czasie Juventus dobił Edin Dzeko i po końcowym gwizdku ze zwycięstwa mogli się cieszyć gospodarze.