Marek Saganowski wrócił do Legii po siedmioletniej nieobecności i mimo 33 lat na karku to właśnie ten zawodnik ma być podporą pierwszej linii zarówno w ekstraklasie, jak i europejskich pucharach. „Piłka Nożna” zapytała więc Sagana – jeszcze przed pierwszym pucharowym spotkaniem w Lipawie – jak pewnie się czuje w stołecznym zespole.
– Pytam o pańskie odczucia. Proszę zatem odpowiedzieć. – Cóż, ja zawsze czuję się numerem 1! Nawet jeśli inni mają w tej kwestii osobne zdanie. Kiedy przychodziłem do Southampton, Grzesiek Rasiak był niekwestionowaną gwiazdą, miał bodaj 18 goli na koncie. Założyłem sobie, że muszę być lepszy i mniej więcej po miesiącu podszedł do mnie dyrektor sportowy klubu i powiedział: – To niesamowite, zwykle zawodnicy z kontynentu potrzebują rundy, żeby przestawić się na angielskie granie, a ty grasz tak, jakbyś tu się urodził. To był pewnie największy komplement, jaki usłyszałem. A jednocześnie dowód, że za zdecydowanie za późno trafiłem na Wyspy. Bo tamten styl jest jakby dla mnie stworzony.
– Podczas pierwszego pobytu w Legii zaczynał pan od ostatniego miejsca w rankingu Dragomira Okuki wśród atakujących. – Pamiętam, gdy po rundzie jesiennej Drago, jeden z najostrzejszych trenerów, z którymi współpracowałem, podsumował moje wysiłki bardzo krótko: – Saganowski? To piąty napastnik w drużynie, grał mało, więc niewiele mogę o nim powiedzieć. A ja nawet wówczas nie czułem się numerem trzy i bardzo chciałem Okuce, któremu bardzo dużo zawdzięczam, udowodnić, jak bardzo się pomylił. Dlatego nigdy nie zapomnę, jak później biegł do mnie, gdy strzeliłem zwycięskiego gola w derbach przy Konwiktorskiej, pierwszych tak udanych dla Legii od wielu lat. Wtedy serbski trener już wiedział, kto jest pierwszy w klubowej hierarchii napastników i dlaczego najbardziej na to zasługuje.
– A kto jest lepszym piłkarzem: Saganowski czy Danijel Ljuboja? – To dwóch zupełnie innych zawodników, dwa różne piłkarskie światy. Danijel jest piłkarzem technicznym, stworzonym do gry kombinacyjnej, a Sagan – wiadomo – walczącym, starającym się dopaść każdej piłki, dobrze grającym głową.
– Będzie pan dla Serba partnerem i konkurentem? – Jednym i drugim. Możemy walczyć o jedno miejsce w zespole, ale możemy też grać obok siebie. Przecież ja też grywałem w życiu na różnych pozycjach, nie tylko jako klasyczna dziewiątka. Już w reprezentacji Polski juniorów, u Andrzeja Zamilskiego, byłem wystawiany jako rozgrywający, co mi się po latach bardzo przydało w Grecji. Jestem wydolny, mogę z powodzeniem grać cofniętego napastnika, ale daję też sobie radę na skrzydle. Lewym i prawym, tak byłem ustawiany przez ostatnią rundę w Atromitosie.
Rozmawiał GOD
Pełen zapis wywiadu z najnowszym magazynie „Piłka Nożna Plus”, który już jutro ukaże się w kioskach
Po tym, jak negocjacje między Zagłębiem Lubin a Rakowem Częstochowa ws. wykupu Leonardo Rochy zakończyły się fiaskiem, „Miedziowi” ruszyli na poszukiwania nowego snajpera. Padło na dwukrotnego reprezentanta Węgier.
Michał Synoś znajdował się w kręgu zainteresowań polskich oraz zagranicznych klubów. 18-letni stoper podjął już decyzję, gdzie będzie występował od sezonu 2026-27.