W muskularnym Interze, zbudowanym przez Antonio Conte pod wymiar Romelu Lukaku, nie powinno być dla niego w ogóle miejsca. Tymczasem mały wcisnął się do pierwszego rzędu, chwycił za kierownicę i w roli drivera lada moment zaprezentuje się w Lidze Mistrzów i derbach Mediolanu. A potem wszyscy będą o nim pisać.
TOMASZ LIPIŃSKI
Kiedy wydaje się, że oglądających setki meczów rocznie, będących za pan brat z Ligą Mistrzów i prawie każdymi poważanymi rozgrywkami w Europie, już niewiele jest w stanie zaskoczyć, pojawia się taki on. I wywołuje efekt: wow! I idące w ślad za nim komentarze: – To tak można? Gdzie on się chował do tej pory? Niemożliwy! Nadzwyczajny!
Ruleta na Sardynii
Ostatniego z wymienionych przymiotników użył – oj, bardzo nieskory do indywidualnych ocen – Conte po meczu w Cagliari. Chwalonemu po pełnej fajerwerków inauguracji Interowi tym razem szło ciężko. Przez większość czasu wyglądał jakby elegancki garnitur zostawił na San Siro i w delegację na Sardynię wybrał się w robotniczym kombinezonie. Orka na ugorze. Tak na dobrą sprawę tylko jeden zawodnik w porę zmienił ciuchy: był to Stefano Sensi, bo nie ma co dłużej trzymać w niepewności i pora przedstawić bohatera naszej opowieści.
Jeszcze asystę przy główce Lautaro Martineza trudno zaliczyć do kanonu piłkarskich arcydzieł. Ot, szybko rozegrany rzut rożny i wrzutka w pole karne, gdzie o piłkę szczęśliwie i skutecznie powalczył Argentyńczyk. Ale to, co wykonał w drugiej połowie już nosiło znamiona geniuszu. W pełnym biegu zakręcił ruletą w polu karnym i kiedy niechybnie stanąłby przed szansą na strzał, został zwalony z nóg przez zdezorientowanego obrońcę. Opis nie oddaje wszystkiego, to trzeba zobaczyć, najlepiej w powtórkach, które uwypuklają skalę trudności zagrania oraz fantazję i technikę wykonawcy. Przede wszystkim to miał na myśli Conte, rzucając do mikrofonów słowo: nadzwyczajny i zaraz dodając: – Stefano jak mało kto rozumie i czuje futbol, w mig chwyta to, czego od niego wymagam.
A jak rozumie futbol? Najprościej rzecz ujmując – po katalońsku. Choć z krwi i kości jest Włochem, to takim, którego nie powstydziłaby się Barcelona. Zakochany jest w niej po uszy od dziecka. Jeśli nie oglądał transmisji na żywo, to nagrywał jej mecze, kibicował bardziej niż jakiemukolwiek klubowi z Serie A. A najbardziej wpatrzony był w Xaviego. Swojego wielkiego idola, którego chciał naśladować. Warunki do tego miał znakomite. Nie te szkoleniowe, bo jednak w Urbino, Rimini i Cesenie, gdzie pobierał piłkarską naukę, raczej daleko do renomy La Masii, ale te fizyczne. Zawsze był i pozostał pomocnikiem formatu mini. Gdyby drużyna wychodziła na boisko według wzrostu, licząc od najwyższego, to dla niego zarezerwowane byłoby ostatnie miejsce. Mocno do przodu, przed największych dryblasów, pchało go co innego: technika, inteligencja, dynamika i ruchliwość. To go też popchnęło do Interu.
Cudowne wakacje
Wielu miało wątpliwości, czy mu się uda. Bo dlaczego miałoby akurat jemu? Jeśliby spojrzeć w kadrę Interu z trzech ostatnich sezonów, to wielu ze znacznie bogatszym CV próbowało i odeszło w niesławie: Gary Medel, Geoffrey Kondogbia, Ever Banega, Felipe Melo, Joao Mario, Borja Valero czy Radja Nainggolan. Na powierzchni utrzymali się tylko Marcelo Brozović i Matias Vecino, choć i oni bywali podtapiani. Wątpliwości potęgowała także osoba trenera, którego metody i filozofia pracy oraz prowadzenia zespołu bardziej kojarzyły się z siłą, dyscypliną, walką i pressingiem niż z lekkością, fantazją i techniką ucieleśnianymi przez Sensiego. A zatem czy to działacze Interu podrzucili nowemu trenerowi kukułcze jajo, które on szybko stłucze i wyrzuci, czy jednak transfer dokonał się za jego wiedzą, a nawet na wyraźne życzenie? Wokół tych pytań toczyły się barowe dyskusje.
Okres przygotowawczy rozwiał całą mgłę, z której wyłonił się obraz nowego lidera. Wypisz-wymaluj: małego Napoleona. Rzeczywiście niedużego, bo mierzącego 168 centymetrów, nie takiego też młodziutkiego – 5 sierpnia skończył 24 lata, lecz długo wyczekiwanego wodzireja. Dał po razie Lugano i Tottenhamowi, wprawdzie bez gola, ale błyszczał również w sparingu z Juventusem. W ten sposób okazał się największym wygranym wakacji. Przed pierwszą kolejką w żadnej gazecie, w ustach żadnego eksperta nie zaistniał podstawowy skład Interu bez Sensiego. Zmieniały się tylko pozycje, na których go widziano. Jedni chcieli go przed obrońcami, inni w ścisłym centrum, a jeszcze inni najbliżej napastników. I nikt się nie pomylił. Po pierwsze Sensi – grał, po drugie – w każdym meczu naturalnie spełniał każdą z wymienionych ról. Ponieważ uniwersalność to kolejna z jego zalet.
(…)
CAŁY TEKST ZNAJDZIECIE W NAJNOWSZYM WYDANIU TYGODNIKA „PIŁKA NOŻNA”