Przy Bułgarskiej postanowiono nakręcić sequel filmu z Maciejem Skorżą. Część pierwszą, choć bez happy endu, można nazwać udaną. Reżyserzy oraz odtwórca głównej roli są ci sami, jednak gwarancji, że kontynuacja okaże się sukcesem, nie ma żadnej.
Lech Poznań nie jest klubem, który chętnie daje trenerom drugą szansę. Dotychczas tylko siedmiu szkoleniowców prowadziło drużynę więcej niż raz. Od kiedy Kolejorzem zarządza rodzina Rutkowskich, to pierwsza sytuacja, aby zwrócono się do trenera, któremu kiedyś już podziękowano. Maciej Skorża to jednak wyjątkowy przypadek. Władze poznańskiego klubu mają bowiem do niego szczególny sentyment: przy Bułgarskiej od dawna myślano o tym szkoleniowcu, tyle że wcześniej nie było sposobności, by drogi Lecha i Skorży przecięły się raz jeszcze. Kiedy nadarzyła się okazja, od razu z niej skorzystano. Już jakiś czas temu w gabinetach zapadła decyzja, że jeśli w Kolejorzu nastąpi zmiana trenera, to właśnie Skorża będzie pierwszym wyborem. Lech był trzecim klubem, z którym 49-letni szkoleniowiec rozmawiał od momentu powrotu do Polski, lecz pierwszym, który był na niego naprawdę zdecydowany.
OBLĘŻONA TWIERDZA
Dariusz Żuraw prowadził poznański zespół przez 24 miesiące – o kilka za długo. Osiągnął niezaprzeczalny sukces, docierając do fazy grupowej Ligi Europy, lecz później stał się jego ofiarą. To fakt, że nie zapewniono mu kadry wystarczająco szerokiej, aby rywalizować na paru frontach, jednak trudną sytuację dodatkowo pogarszał swoimi wyborami. Zaufanie szatni stracił najprawdopodobniej w pierwszym tygodniu grudnia, gdy na mecz przeciwko Benfice wystawił w połowie rezerwową jedenastkę, chcąc oszczędzać kluczowych piłkarzy na ligową potyczkę z Podbeskidziem. Już samo zestawienie nazw obu klubów w jednym zdaniu podchodzi pod groteskę. To mógł być przełomowy moment w relacjach trener – drużyna, na co wskazują słowa Tymoteusza Puchacza wypowiedziane na antenie Canal Plus.
– Decyzja podjęta w Lizbonie była dla nas totalnie niezrozumiała. W szatni panowało duże niezadowolenie. Po to walczyliśmy w eliminacjach, żeby właśnie na takie stadiony wybiegać w najmocniejszym składzie, cieszyć się takimi meczami. To wspomnienia na całe życie – stwierdził 22-latek.
Trener Żuraw od pewnego czasu sprawiał wrażenie zagubionego. Po kolejnych nieudanych meczach, nie będąc w stanie wyciągnąć zespołu z kryzysu, zaczął posługiwać się syndromem oblężonej twierdzy. Jak zresztą wielu jego poprzedników, którym palił się grunt pod nogami. Na każdym kroku doszukiwał się spisków, próbował odseparować drużynę od reszty świata, kompletnie zamknąć ją na jakiekolwiek bodźce z zewnątrz. Nie chciał, by piłkarze udzielali wywiadów (swoją drogą: cisze medialne w Lechu jeszcze nigdy się nie sprawdziły), nie wyrażał zgody na podawanie przez klub informacji dotyczących zespołu, przeszkadzało mu nawet publikowanie przez klubowe media standardowych zdjęć z treningów.
W tym kontekście przeprowadzenie transmisji na żywo z pierwszych zajęć pod wodzą Skorży należy odczytywać jako swoistą demonstrację ze strony Lecha – sygnał, że nastąpiło zupełnie nowe otwarcie.
NIEDOKOŃCZONY PROJEKT
– Lech to klub klasy premium, w którym można zrealizować wiele sportowych marzeń. Obie strony mają coś do udowodnienia. Myślę, że to nas do siebie zbliżyło i sprawiło, że ponownie jestem w tym miejscu – oznajmił Skorża na pierwszej konferencji prasowej. – Po rozstaniu w 2015 roku czułem ogromny niedosyt, byłem bardzo rozczarowany. Coś wtedy wymknęło się z rąk, a nie powinno. Myślałem, że idziemy w kierunku trwałej budowy drużyny, która będzie pokazywać ciekawą piłkę w Europie. Stało się inaczej. Ucieszyłem się więc, kiedy zwrócono się do mnie po raz drugi, poczułem chęć dokończenia projektu, który nie został sfinalizowany kilka lat temu.
Zestawiając obecnego Kolejorza z tym z lat 2014-15, należy jednak stwierdzić, że Skorżę czeka raczej konstruowanie od podstaw niż dokończenie projektu. Klubem rządzą te same osoby – to właściwie jedyne, co nie uległo zmianie. Obecna drużyna diametralnie różni się od tej, która sięgnęła po ostatni tytuł. Wtedy w wyjściowym składzie dominowali Polacy, wspierani przez czterech-pięciu wartościowych obcokrajowców. Dziś proporcje są odwrotne: w jedenastce na mecz z Legią Warszawa znalazło się tylko trzech polskich zawodników. Zmieniła się także rola wychowanków. Kluczowymi postaciami mistrzowskiego zespołu byli Karol Linetty, Tomasz Kędziora, Marcin Kamiński oraz Dawid Kownacki. W tej chwili istotne role odgrywają jedynie Puchacz i Jakub Kamiński.
– Dostrzegam sporo wspólnych mianowników z początkiem mojej pierwszej kadencji. Przede wszystkim to, że drużyna nie jest w punkcie, w którym chciałaby być. Z różnych względów wielu zawodników nie prezentuje poziomu, na który ich stać. Chcę z nimi popracować, przyjrzeć się im z bliska, pomóc pokazać pełnię możliwości. Dużo sobie po tym obiecuję. Paulus Arajuuri w 2014 roku był uważany za nieudany transfer, tymczasem gdyby nie on, nie byłoby mistrzostwa. Udało się również odbudować formę Darko Jevticia czy Szymona Pawłowskiego – wspominał nowy-stary szkoleniowiec Lecha.
Kiedy Skorża po raz pierwszy prowadził Kolejorza, inaczej skomponowany był pion sportowy. Teraz proces wyboru zawodników sprowadzanych do Lecha przebiega w odmienny sposób. To jednak nie powinno stanowić problemu dla trenera – w końcu obecny dyrektor sportowy to jego były asystent.
– Cieszę się, że na tym stanowisku jest Tomasz Rząsa. To człowiek, którego bardzo szanuję i cenię. Wokół jego osoby zrobił się ostatnio jakiś szum, ale ja nie mam wątpliwości co do jego kompetencji – oświadczył Skorża.
W październiku 2015 roku żegnał się z klubem w bardzo gęstej atmosferze. Został zwolniony po kompromitującym 2:5 z Cracovią, w momencie, gdy obrońcy tytułu zamykali tabelę Ekstraklasy. Miesiąc wcześniej Lech rozegrał spotkanie z Belenenses w Lidze Europy. Mecz-symbol tamtego okresu: choć Kolejorz po paru latach nieobecności wracał do fazy grupowej, trybuny w Poznaniu świeciły pustkami. Kibice, zdegustowani tym, jak szybko ich drużyna z mistrzowskiej stała się beznadziejną, nie mieli ochoty płacić za bilety.
– Po doświadczeniach z 2015 roku musieliśmy ustalić pewne kwestie, zastanowić się, co wtedy nie poszło. Po to, by uniknąć podobnej historii teraz. Obie strony potrzebowały czasu. Dyskutowaliśmy o tym, co będzie, gdy przyjdą gorsze dni – ujawnił Skorża, zaznaczając, że nie pamięta, by kiedykolwiek rozmawiał z klubem tak długo przed podpisaniem kontraktu. – Osiągnęliśmy sukces, pracując w bardzo zbliżonym personalnie układzie. Mamy wiele wspólnych doświadczeń: bardzo dobrych, ale również złych, wręcz ekstremalnie złych. Widzę w tym ogromny atut. Ten bagaż nam pomoże, pozwoli uniknąć sytuacji, które kiedyś miały miejsce. Na tym polegać będzie mądrość obu stron.
KOMFORTOWY START
Skorża rozpoczyna misję w idealnym dla trenera momencie. W końcówce sezonu może tylko zyskać: nikt nie oczekuje już od Lecha awansu do europejskich pucharów, więc jeśli dźwignie zespół na 5-6. miejsce oraz poprawi jego grę, zbierze pochwały. Jeżeli mu się nie uda, będzie miał prawo powiedzieć, że przejął drużynę budowaną przez innego szkoleniowca i potrzebuje czasu, by ułożyć ją na własną modłę. Nie ma nic do stracenia – w najbliższych kolejkach może eksperymentować do woli. Trener dostał miesiąc na obserwację zawodników, ma warunki, by już teraz spokojnie myśleć o kompletowaniu kadry na przyszły sezon. To samo tyczy się sztabu szkoleniowego. Ze Skorżą przyszedł tylko jego zaufany asystent, Rafał Janas. Ludzie ze sztabu trenera Żurawia niemal w komplecie zostali w klubie, będą w nim przynajmniej do końca bieżących rozgrywek. Potem nowy boss wybierze, z kim zamierza dalej współpracować. Chodzą słuchy, że Skorża bardzo ceni warsztat Janusza Góry – prawdopodobnie pozostanie on jednym z asystentów.
– Dla mnie wszyscy mają czyste karty. Najbliższy miesiąc jest po to, aby poznać się, dotrzeć, dopracować pewne kwestie. Po nim będę podejmować decyzje – oznajmił szkoleniowiec.
Rzadko zdarza się, by trenerzy przystępowali do pracy w takich okolicznościach. W dość podobnej sytuacji znajdował się Żuraw, przejmujący drużynę na stałe 10 kolejek przed końcem sezonu 2018-19, gdy było praktycznie przesądzone, że Lech o nic konkretnego już nie powalczy. Powodów do narzekań nie miał Ivan Djurdjević, podpisujący umowę niemal dwa miesiące przed startem rozgrywek. Komfortu mogą natomiast Skorży pozazdrościć Jan Urban, Nenad Bjelica czy Adam Nawałka, którzy przychodzili w trakcie rundy jesiennej, gdy trzeba było błyskawicznie poprawić rezultaty.
– Ważniejsze od tego, jak zaczynam, będzie to, jak skończę pracę w Lechu – zaznaczył 49-latek.
Na „dzień dobry” miał do ugaszenia mały pożar. Dokładnie tak, jak sześć i pół roku temu. Wtedy pierwszy dzień przy Bułgarskiej zaczął od pogadanki z Krzysztofem Kotorowskim, którego zamierzał przesunąć do rezerw. Decyzję cofnął, gdyż za bramkarzem wstawił się sztab. Teraz Skorża rozpoczął pracę od trudnej rozmowy wychowawczej z Puchaczem. Tematem było wspomniane wystąpienie obrońcy przed kamerami Canal+. Nie chodziło bynajmniej o uwagi wobec składu w Lizbonie, lecz zapowiedź transferu do Unionu Berlin.
– Jestem zaskoczony sytuacją. W profesjonalnej piłce takie deklaracje nie powinny mieć miejsca. Chciałem wiedzieć, patrząc mu w oczy, czy mogę na niego liczyć. Nie zamierzam mieć w szatni zawodników, którzy się wahają, myślami są gdzieś indziej. Wyjaśniliśmy sobie wszystko – stwierdził trener.
PO PIERWSZE: SZATNIA
Pod wieloma względami Skorża to przeciwieństwo poprzednika. Przede wszystkim jest zdecydowanie bardziej doświadczony, choć starszy od Żurawia o zaledwie dziesięć miesięcy. Ponadto stanowczy, ceniący dyscyplinę, uchodzący za szkoleniowca rządzącego twardą ręką. Lubi mieć wpływ na wszelkie aspekty funkcjonowania zespołu, nie ogranicza się jedynie do prowadzenia zajęć na boisku. Czy taka osobowość będzie w stanie zjednoczyć drużynę, a nie pogłębić istniejące podziały? To jedno z podstawowych zadań nowego trenera, bo Lech był ostatnimi czasy wewnętrznie rozbity. Skorża nawiązywał do tej kwestii, mówiąc o konieczności stworzenia dobrej atmosfery w szatni i pracy z zespołem nad sferą mentalną.
Podczas powitalnej konferencji szkoleniowiec Kolejorza wiele razy powtarzał słowo „regularność”. Mistrzowska drużyna Skorży taka właśnie była: konsekwentna, wyrachowana, unikająca wpadek. Potrafiła zwyciężać wysoko, choć nie zawsze grała z rozmachem. Zupełnie inaczej niż Lech w ostatnich miesiącach. Tak niska pozycja w tabeli to głównie efekt nierówności – po niezłych fragmentach następowały przestoje, w trakcie których poznański zespół otrzymywał ciosy. Wprowadzenie stabilizacji musi być jednym z pierwszych punktów na liście celów Skorży. Zapisanym tuż obok poprawy gry w defensywie.
Poważny mankament drużyny trenera Żurawia stanowiła jednowymiarowość. Lech był ciągle ustawiany w ten sam sposób, nie miał w repertuarze elementu zaskoczenia, przez co szybko stał się przewidywalny. Nowy szkoleniowiec powinien uczynić Kolejorza bardziej elastycznym taktycznie.
– Będę dążyć do tego, aby zespół potrafił zareagować na wydarzenia bądź przygotować się pod konkretnego przeciwnika. Widzę w szatni inteligentnych piłkarzy, którzy mają ku temu potencjał, dla których nie system będzie decydujący, lecz określone zasady gry. Chciałbym, żeby dla zawodników nie miało znaczenia, czy w 60. minucie będziemy wracać do ustawienia z czterema obrońcami, czy przestawiać się na trójkę stoperów – zapowiedział Skorża.
Potyczka z Legią pokazała, że Lech nie tylko ma odpowiednich wykonawców, ale też potrafi stosować taktykę z wahadłowymi i to po zaledwie tygodniu jej szlifowania. Jeśli Skorża zdecyduje się na ustawienie z trzema stoperami jako plan wyjściowy, pokaże, że jest trenerem idącym z duchem czasu i otwartym na innowacje. Żadna z jego dotychczasowych drużyn nie grała w ten sposób – preferował taktykę z czterema obrońcami, najczęściej w wariancie 1-4-2-3-1.
Lech uznał, że Skorża jest właściwym człowiekiem do prowadzenia zespołu w sezonie, podczas którego klub będzie obchodzić stulecie istnienia. To odważny ruch: jeśli nie sprawdzi się trener, którego wybrano po raz drugi, i tak już wątłe zaufanie do władz Kolejorza zostanie zredukowane do zera. Skorża również zagrał va banque. Gdyby nie powiodło mu się w Poznaniu, niechybnie straci status jednego z czołowych polskich szkoleniowców, a na następną szansę w miejscu pracy klasy premium przyjdzie mu długo czekać.
Ta koncepcja jednak ma prawo wypalić, o ile spełnione zostaną dwa podstawowe warunki. Szefowie Lecha zdecydują, na czym im zależy i jakiej chcą drużyny. A Skorża okaże się trenerem innym niż kilka lat temu: nieprzesadzającym z ambicją i trafniej określającym priorytety.
Po tym, jak negocjacje między Zagłębiem Lubin a Rakowem Częstochowa ws. wykupu Leonardo Rochy zakończyły się fiaskiem, „Miedziowi” ruszyli na poszukiwania nowego snajpera. Padło na dwukrotnego reprezentanta Węgier.
Michał Synoś znajdował się w kręgu zainteresowań polskich oraz zagranicznych klubów. 18-letni stoper podjął już decyzję, gdzie będzie występował od sezonu 2026-27.