W pierwszym niedzielnym meczu 6. kolejki Serie A obyło się bez niespodzianki. SSC Napoli pokonało przed własną publicznością Brescię (2:1). Dzięki temu gospodarze utrzymali dystans do głównych rywali w wyścigu mistrzowskim.
Piłkarze Napoli musieli ciężko walczyć o zwycięstwo (fot. Łukasz Skwiot)
Pod Wezuwiuszem wiedzieli, że muszą zmyć plamę po ostatniej niespodziewanej porażce z Cagliari. Nic więc dziwnego, że gracze Carlo Ancelottiego od pierwszych minut przeszli do zdecydowanej ofensywy i jak się okazało, już przed przerwą udało się im wypracować bezpieczną zaliczkę.
Jeszcze przed upływem kwadrans na listę strzelców wpisał się Dries Mertens, który po szczęśliwym odegraniu Jose Callejona znalazł się z piłką kilka metrów przed bramką i po prostu nie mógł się pomylić. Kiedy w doliczonym czasie pierwszej połowy na 2:0 podwyższył Kostas Manolas, głową kierując futbolówkę do siatki, wydawało się, że jest już po wszystkim, że tak doświadczona drużyna jak Napoli nie wypuści rywala ze swoich szponów.
Brescia była co prawda w stanie odpowiedzieć tuż po zmianie stron, kiedy to Davida Ospinę pokonał Sandro Tonali. Radości gości trwała jednak dość krótko, ponieważ sędzia skorzystał z pomocy systemu VAR i kilkadziesiąt sekund później anulował gola, odgwizdując wcześniejszy faul zawodnika beniaminka.
Co się jednak odwlecze, to nie uciesze. Nie udało się Tonaliemu, przypomniał o sobie Mario Balotelli. Po latach przerwy Włoch ponownie wpisał się na listę strzelców w Serie A, a jego trafienie głową pozwoliło gościom złapać drugi oddech i sprawiło, że na Stadionie Świętego Pawła mieliśmy być jeszcze świadkami sporych emocji.
Piłkarze Bresci nie ustępowali w swoich próbach, natomiast cofnięte Napoli desperacko się broniło. Przez dłuższy fragment gry można było mieć wątpliwości, w których strojach gra wicemistrz Włoch, a w których beniaminek. Wynik ostatecznie zmianie nie uległ i po ostatnim gwizdku ze zwycięstwa mogli się cieszyć gospodarze.
Pełna 90 minut w ekipie Azzurich rozegrał Piotr Zieliński, który jednak niczym szczególnym się nie wyróżnił. Poczynania swoich kolegów z wysokości ławki rezerwowych musiał z kolei obserwować Arkadiusz Milik.