Za spokojnie było w Premier League. Za grzecznie zrobiło się na szczycie. A może po prostu emocje kumulowały się właśnie aż do tej decyzji? Manchester City zagra w Lidze Mistrzów, ale musi zapłacić 10 milionów euro. Skoro jest kara, to musiała być wina. Nie wszyscy w Anglii tak to widzą.
(fot. Reuters)
MICHAŁ ZACHODNY
Zacznijmy od samych zainteresowanych. Pep Guardiola z najbliższą mu częścią swojego sztabu ogłoszenie decyzji Trybunału Arbitrażowego do spraw Sportu (CAS) oglądał w telewizji. Wcześniej tylko wiedzieli, że wyrok w kwestii odwołania Manchesteru City zapadnie w poniedziałek, ale wierzyli w pracę zespołu prawników i też zrobili swoje. W końcu nawet zmniejszona kara finansowa wynikała z tego, że klub lekceważąco podchodził do procesu prowadzonego przez UEFA i przeszkadzał w śledztwie. Owszem, europejska federacja miała problemy ze zdefiniowaniem i ujęciem w czasie stawianych zarzutów, ale same wskazania trybunału nasuwają wątpliwości. Czy ewentualna współpraca City z UEFA – zdawałoby się konieczna i wymagana – nie dowiodłaby tego, co starał się odkryć portugalski haker, Rui Pinto?
Głównym zarzutem było ukrywanie przychodów od udziałowców i inwestorów, by nie podpaść pod regulacje Finansowego Fair Play. Dywersyfikacja sposobów na wprowadzanie milionów funtów, które później pomagają
zbilansować straty (wynikające z transferów) jest metodą znaną i na którą FFP miało być lekarstwem. Wciąż trzeba czekać na pełną argumentację CAS, lecz sprawa wcale może nie zakończyć się tak szybko. Guardiola pewnie dba tylko o to, żeby odpadły mu problemy związane ze wzmacnianiem drużyny i utrzymaniem obecnej kadry. Niektórzy zawodnicy – nawet Kevin De Bruyne – wyrażali wątpliwość, czy dwa lata czekania na powrót do Ligi Mistrzów byłoby dla nich opłacalne. Teraz Hiszpan wie, że może liczyć na wszystkich.
Zresztą on sam mocno zaangażował się w projekt ratowania twarzy Manchesteru City. To nie może dziwić, bo przecież od początku inwestycja Abu Dhabi United Group wygląda na skrojoną pod Hiszpana. Zwłaszcza od
momentu, gdy przemianą klubu w europejską potęgę zaczął zarządzać Txiki Begiristain wiele wskazywało na to, że Guardiola trafiając do Anglii wybierze właśnie City. Tam jego życzenia były spełniane jeszcze zanim poprowadził pierwszy trening i tak w zasadzie jest do tej pory. Wystarczy spojrzeć na to, jak hiszpański szkoleniowiec wymieniał bramkarzy i bocznych obrońców, by wreszcie mieć tych na właściwym poziomie. Nawiasem mówiąc, z lewą stroną wciąż nie do końca mu się udało. Środki, które teraz na pewno zostaną mu udostępnione pójdą również w kolejnego obrońcę.
Guardiola nie lubi zarzutów o nieuczciwość. Gdy w ubiegłym roku triumfował w Pucharze Anglii, jeden z dziennikarzy zapytał go o dodatkowe płatności od szejków, które miał otrzymywać Roberto Mancini, by jego pensja była wyższa, niż wykazywała lista płac.
– Czy ty wiesz o co mnie pytasz? Czy pytasz mnie o to, kiedy wygraliśmy potrójną koronę? Oskarżasz mnie o coś? – odbijał piłeczkę Hiszpan. – Wielokrotnie powtarzałem, że wierzę w klub. Jeśli UEFA zadecyduje, że jesteśmy winni, to zostaniemy ukarani. Wiem, że ludzie chcą, byśmy zostali skazani, ale do momentu udowodnienia tego jesteśmy niewinni – mówił wtedy. A gdy europejska federacja wykluczyła City na dwa lata z Ligi Mistrzów i wlepiła 30 milionów euro kary jego przekaz do drużyny był jeszcze bardziej zdecydowany. – Pokażmy im w tym sezonie, że naszą siłą jest talent, nie kasa – mówił piłkarzom. Do przerwania rozgrywek im się to udawało.
Tamten Guardiola z maja 2019 roku i jego reakcja oraz mimika twarzy mogły zapaść w pamięci kibicom. Mogły też się przypomnieć, gdy Hiszpana w temacie udanego odwołania wypytywali dziennikarze w ostatnim tygodniu. – Ci, którzy mówili, że oszukujemy kłamali, kłamali wielokrotnie. Nikt nie zakładał naszej niewinności. Wiem, że inne kluby z elity, jak Liverpool, Manchester United i Arsenal, nie czują się dobrze z tym, że jesteśmy na szczycie. Dla nich, dla Arsenalu, Chelsea, Leicester, Wolves, Man United, Tottenhamu, Liverpoolu… Liverpoolu! Burnley także… dla nich liczyło się tylko piąte miejsce premiowane grą w Lidze Mistrzów. Teraz muszą się cieszyć, że nie złamaliśmy żadnej zasady. Graliśmy wedle takich samych reguł, co pozostałe drużyny. Dlatego skończmy z szeptami pomiędzy wspomnianą ósemką. Udowodnijcie coś nam na boisku – kipiał Guardiola.
To nie był ten sam rozluźniony, zaangażowany, inspirujący menedżer, ale człowiek z misją, sam przeciw wielu, w swoim przekonaniu reprezentujący stronę dobra. Wcale nie było mu tak daleko do tego, jak kilkanaście lat temu finansowania przez Romana Abramowicza Chelsea bronił Jose Mourinho. Zmieniły się tylko okoliczności. Wówczas Rosjanin był jednym z pierwszych, dziś można się zastanawiać – i robi to głośno sam Portugalczyk – czy wraz z decyzją CAS nie otwiera to furtki do inwestycji poza granicami Finansowego Fair Play. Mourinho wskazywał na Newcastle, które czeka na strumień pieniędzy jak na zbawienie i to nie tylko dlatego, że całe miasto ma już dość rządów Mike’a Ashleya. Tam już marzy się o wejściu do elity, bo to daje kasa.
Guardiola reagował tak ostro, bo poczuł się osaczony i zdradzony. Nie spodziewał się niczego dobrego po klubach z kontynentu – po prawdzie, z Barceloną i ligą hiszpańską rywalizował na słowa jeszcze zanim CAS zweryfikował wyrok UEFA – ale w marcu osiem z dziesięciu czołowych angielskich drużyn aplikowało do trybunału, by podtrzymano karę dwuletniej banicji dla City. Dlatego na konferencji prasowej z taką złością wymieniał kolejne nazwy, a Liverpool nawet podwójnie, z zaskoczeniem, że dokonał tego Juergen Klopp, który nie ograniczał swoich inwestycji w pogoni za mistrzostwem kraju.
– Jose i inni menedżerowie powinni wiedzieć, że zostaliśmy zniszczeni i teraz powinno się nas przeprosić. Mam swoją historię, zawsze podchodzę do każdego z szacunkiem, nie tylko do trenerów Tottenhamu czy Liverpoolu. Oni mogą mieć swoją opinię, ale niech Jose i Juergen wiedzą, że dziś był dobry dzień dla futbolu. Nawet bardzo dobry. Wszyscy widzieli co się stało, jeśli coś im się nie podoba, niech powiedzą mi to w twarz – frustrował się Guardiola.
Jak na dzień po ogłoszeniu szczęśliwych dla niego wieści Hiszpan wcale nie wydawał się bardziej wyluzowany. – Mamy sporo pieniędzy, ale gdy chcieliśmy Alexisa Sancheza, to nie mogliśmy sobie na jego transfer pozwolić. Gdy chcieliśmy Harry’ego Maguire’a to również nie byliśmy w stanie zapłacić tyle, ile dali United. Mamy środki, ale mają je też inni. Jestem wystarczająco skromny, by zaakceptować fakt, że bez moich piłkarzy jestem nikim, zerem. Dlatego ich potrzebuję, dlatego potrzebuję mocnego finansowo klubu, na poziomie innych. Może więc zostanę tu dłużej. Mówiłem już, że zostałbym niezależnie od decyzji, czy możemy grać w Lidze Mistrzów. Niektórzy sugerowali, że powinniśmy zostać zdegradowani do League Two, ale wtedy też bym został – odpowiadał. W tym sezonie pojawiały się wątpliwości, czy w czwartym roku pobytu w Manchesterze City, przy angielskiej intensywności grania i nieustannej ekspozycji przed mediami i kibicami, Guardiola nie jest już na skraju wytrzymałości. Tyle wytrzymał w Barcelonie, w Monachium jego pobyt trwał rok krócej. Ale zdaje się, że wspólna sprawa jego i City – chęć udowodnienia czegoś innym, słuszna lub nie – utrwaliła jego pozycję w tym klubie. Nigdy nie należy lekceważyć Guardioli, gdy jest przekonany, że ma misję do wykonania.
Ogień rozniecili inni, komentarze Kloppa i Mourinho tylko sprawiły, że stał się on większy. – Nikomu nie życzę niczego złego, ale… – zaczął swój wywód niemiecki szkoleniowiec Liverpoolu, jasno podkreślając granicę, którą jego zdaniem przekroczyło City. – Ale nie sądzę, by to był dobry dzień dla futbolu. Po prostu uważam, że Finansowe Fair Play to dobry pomysł. Jeśli ktoś powie mi, żebym o tym zapomniał, nie patrzył na to, ile klub wydaje, to wtedy liczba wpływowych osób z pieniędzmi wzrośnie. Nie chodzi o przychody, ale o to, czy ktoś jest gotów wydać miliard ze swoich prywatnych pieniędzy. Odkąd jestem w Liverpoolu najważniejszą finansowo decyzją było skupienie się na tym, by udało nam się dostać do Ligi Mistrzów. Gdy chcieliśmy kupić zawodnika, to innego musieliśmy sprzedać. Nie mógł to być dobry dzień dla futbolu, gdy niektórzy świętują i myślą sobie, że teraz mogą wydawać ile tylko chcą – mówił Niemiec.
Porównywał również możliwy rozwój sytuacji do Formuły 1. – Jeśli dopuści się do rywalizacji prywatny odrzutowiec, to z łatwością pokona on inne pojazdy. Jeśli jednak będą się ścigać budowane w określony sposób bolidy, to o zwycięstwie zadecyduje to, kto jest najlepszym kierowcą. Wtedy będzie chodziło o rywalizację. Tak naprawdę z tej perspektywy decyzja w sprawie City mnie cieszy. Gdy pomyśleć, że przy wykluczeniu mieliby rocznie dwanaście spotkań do rozegrania mniej, to nikt nie miałby z nimi szans. Nie chcę też, by tracili pieniądze, ale skoro są jakieś zasady, to warto się ich trzymać – dodawał.
Klopp ma sporo racji, ale też od czasu przejścia do Liverpoolu przeskoczył z bolidu średniej klasy do stajni, która bardzo dynamicznie się rozwijała. Doskoczyła do najbogatszych i okazało się, że to nadal świetny kierowca, ale ze wspomaganiem, które jest niedostępne dla większości. Bo przecież Niemiec pominął jedną kwestię: Finansowe Fair Play w pewien sposób chroni rywalizację, ale i pilnuje, by doskoczenie na poziom, który elita osiągnęła było w zasadzie niemożliwe.
Z jeszcze innej strony do tematu podszedł Mourinho, który w typowy dla siebie sposób starał się zmanipulować nagłówkami – „To tak czy inaczej hańbiąca decyzja!”, miał sugerować Portugalczyk, ale tylko tym, którzy nie wczytali się w jego słowa. W przypadku opinii menedżera Tottenhamu tak naprawdę chodziło o to, by całą legalną batalię prawników City z posiadającą mniejsze możliwości UEFA sprowadzić do zero-jedynkowego werdyktu. – Jeśli są oni niewinni to kara dziesięciu milionów jest hańbą. Brak zbrodni powinien oznaczać brak kary. Z drugiej strony jeśli popełnili przekroczenie i dostali za nie karę, to powinni być wykluczeni. A więc brak zawieszenia to też hańbiąca decyzja. Tak czy siak to tragedia – udawał zdołowanego Mourinho.
To piękna gra na sprawienie, by już podzielone środowisko starło się ze sobą jeszcze bardziej. – Finansowe Fair Play jest skończone, nie ma już sensu. Mówię o tym, ponieważ nie zgadzam się z jego podstawowymi założeniami. Po prostu nie akceptuję tego cyrku. Otwórzmy do niego drzwi, niech wszyscy się cieszą. Ktoś nie płaci, ale wchodzi, wychodzi, robi co chce. Zostańcie na popis klaunów, pójdźcie na pokaz koni… Róbcie wszystko bez kontroli. Niech ludzie cieszą się wolnością – mówił. Niektóre z przekazów Mourinho mają tyle podtekstów, że wszystkie rozumie tylko on sam. Jednak trudno o trenera, który w tej elicie tak bardzo zależny jest od transferów, zwłaszcza w ostatnich latach. Dla Portugalczyka rozwiązaniem nie jest udoskonalanie posiadanych zawodników, szukanie innowacji taktycznych, ale wymiana niewłaściwej części.
To oczywiście rozmowa na zupełnie inny temat, Mourinho ma swój cel w atakowaniu Manchesteru City, choć najchętniej znalazłby się w roli Pepa Guardioli z jego budżetem na najbliższe okienko transferowe. Przy Danielu Levym nie może liczyć na takie wsparcie. Zresztą każdy z trzech spierających się poprzez konferencje prasowe menedżerów miał swoje półprawdy i niedopowiedzenia. Gdy Guardiolę zapytano o to, dlaczego UEFA zarzucała City przeszkadzanie w śledztwie on rzucił, że to wyjaśnić potrafią prawnicy. On wie tyle, że klub nie zrobił tego, co mu się zarzuca. W sumie trudno mu się dziwić, bo Pep nie pracuje w departamencie finansowym, lecz w tym, który w ogromnej machinie odpowiada za efekt końcowy, czyli rozrywkę. Może coś jednak było w analogii, jakiej użył Mourinho o cyrku.
TEKST UKAZAŁ SIĘ W TYGODNIKU „PIŁKA NOŻNA” (29/2020)
Cole Palmer opuści Chelsea? Liam Rosenior stawia sprawę jasno
W ostatnim czasie w brytyjskich mediach pojawiło się sporo plotek łączących Cole’a Palmera z odejściem z Chelsea. Liam Rosenior, szkoleniowiec The Blues, przed dzisiejszym meczem Ligi Mistrzów z Napoli skomentował te doniesienia.