Jesusa Gila znają lub przynajmniej kojarzą prawie wszyscy, a kto nie zna, to obejrzy serial „Pionier” i już będzie wiedział, co z niego był za oryginał. Na temat jego włoskiego „brata” żaden film jeszcze nie powstał, ale to tylko kwestia czasu.
Zacznijmy od końca, który happy endem nie był. 1 lutego z Santo Domingo, stolicy Dominikany, nadeszła informacja, która błyskawicznie obiegła wszystkie włoskie media, poruszając lawinę wspomnień, anegdot i różnych dziwnych historii. W wieku 81 lat zmarł Luciano Gaucci, legendarny prezydent Perugii. Pokonany przez raka, a w ostatnim etapie życia oślepiony przez cukrzycę. To zresztą paradoks i okrucieństwo losu, że on wielki wizjoner w pierwszej kolejności stracił ten zmysł.
Japońskie zyski
Kiedy jeszcze na wzrok nie narzekał, także musiał dostrzegać fizyczne podobieństwo do Gila, na którym być może świadomie się wzorował, być może trochę go udawał i w ogóle chciał być taki jak tamten. Obaj ekscentryczni panowie G, których na starcie życia dzieliło 6 lat, a na mecie starszy zameldował się o prawie 16 lat wcześniej, stanowili uosobienie zarówno tych jawnych, jak i skrzętnie ukrywanych męskich zachcianek i fantazji: o władzy, pieniądzach, skandalach, futbolu, kobietach, życiu pędzącym 200 kilometrów na godzinę bez liczenia się z konsekwencjami.
Oprócz tego wszystkiego mieli charakterki. Nieprzewidywalni cholerycy, typy nieznoszących sprzeciwu dyktatorów, prowokatorów z niewyparzonymi językami, kochających bardziej od przyjaciół posiadać wrogów, przy tym bez wątpienia charyzmatyczni. Gil działał na większą skalę, potrafił w najlepszym okresie pomieszać szyki Realowi i Barcelonie. Gaucci był zdecydowanie bardziej lokalny, ale miał swoje sposoby, żeby pokazać się na pierwszej linii frontu. Obaj marnie skończyli. Hiszpan ganiany z procesu na proces, nie raz sadzany za kratki. Włoch zmuszony do blisko piętnastoletniej emigracji, idący na ugodę z włoskim wymiarem sprawiedliwości w świetle oskarżeń o przestępstwa podatkowe i finansowe, zaocznie skazany na 3,5 roku więzienia.
Jego złoty okres to Perugia, którą ulepił własnymi rękami i własnymi ją zburzył. Była pierwsza połowa lat 90-tych poprzedniego stulecia, kiedy postawił tam pierwsze kroki. Nie były to jednak jego pierwsze kroki w calcio czy w sporcie. Doświadczenie zdobył jako wiceprezydent Romy, w okresie panowania legendarnego Dino Violi i występów Zbigniewa Bońka. Z czasem miał nawet chrapkę na przejęcie rzymskiego klubu, któremu od dzieciństwa kibicował, ale okazał się za krótki. Majątek, którego dorobił się jako właściciel firmy sprzątającej La Milanese i znajomości z najbardziej wpływowym wówczas politykiem Giulio Andreottim akurat na to nie wystarczyły. Natomiast co do sportu, bardzo zasmakował w wyścigach konnych. Wzbudził zazdrość i szacunek tym, jak za czapkę śliwek kupił z irlandzkiej hodowli czystej krwi Araba, z którego zrobił czempiona wygrywającego najbardziej prestiżowe gonitwy i po latach sprzedał Japończykom za równowartość 3 milionów euro, czyli z ponad 800-krotnym zyskiem. Tamten skarb na czterech nogach nazywał się Tony Bin, z tych dwunożnych największy też miał związek z Japonią.
Chińska pomyłka
To był 1998 rok. Gaucci po wzburzonym morzu trzeciej i drugiej ligi wypłynął na spokojniejsze wody Serie A. Sam oczywiście spokojny nie był, bo z natury był jak aktywny wulkan. To wtedy zdarzyło się, że podczas wyjazdowego meczu z Lazio wtargnął do szatni i przy wszystkich oznajmił trenerowi Ilario Castagnerowi (powszechnie szanowanej postaci), że w imieniu władz klubu domaga się dokonania dwóch zmian i wymienił kogo należy ściągnąć z boiska. Trener nie posłuchał i zaraz po meczu podał się do dymisji, a prezydent przed telewizyjnymi kamerami jeszcze go wyzywał. Bo jego credo brzmiało: – Ja płacę, ja wymagam i nie znoszę sprzeciwu. Mniejsza jednak o trenera, skoro miało być o piłkarzu.
Pierwszy zrozumiał, że warto robić interesy z Azją. Można było na tym podwójnie zarobić. Z tamtego nieprzebranego przez Europę rynku wyłowić za bezcen wartościowego zawodnika i z czasem sprzedać go z zyskiem – to raz. Po drugie – wzbudzić zainteresowanie medialne na dwóch kontynentach jednocześnie. Lepiej niż z Hidetoshim Nakatą, za którego zapłacił około 3,5 miliona dolarów, nie mógł trafić. W debiucie wbił dwa gole Juventusowi i zaczęło się szaleństwo. Z jednej strony szaleli Włosi, z drugiej – tłumy japońskich dziennikarzy i piłkarskich turystów waliły do stolicy Umbrii: relacje z treningów, transmisje z meczów także towarzyskich, stali wysłannicy, komplety na trybunach. Minęło półtora sezonu i po Nakatę wyciągnęła ręce Roma, dając w zamian 15 milionów euro i Rosjanina Dmitrija Aleniczewa.
Zachęcony podbiciem Japonii, ruszył dalej i zaatakował Chiny, ale zderzył się z murem: murem nieporozumień. Kiedy na pierwszym treningu pojawił się niejaki Mo Ming Yu, koledzy z drużyny nie mieli wątpliwości, jaki nadać mu przydomek. Został dziadkiem, bo choć źródła włoskie podawały, że miał 27 lat, a chińskie, że 32, to wyglądał na 45 i co gorsza tak się poruszał (ponoć do Perugii przyjechał nie ten Chińczyk, który miał przyjechać). W związku z tym nie dostąpił zaszczytu występu w Serie A. Co innego pewien Libijczyk.
Koreański zdrajca
Włosi z Muammarem Kadafim robili wielkie interesy, co nie ominęło również calcio. Libijski koncern Tamoil był przecież jednym z głównych sponsorów Juventusu. Wielkimi pieniędzmi zarabianymi przez obie strony wybielano w oczach opinii publicznej postać i czyny dyktatora. Na przyjazd syna Saadiego, który z polityką wiele nie miał wspólnego, a z futbolem jak najbardziej, zareagowano jeśli nie z entuzjazmem, to z ciekawością. A oczywiście jako pierwszy ten przedmiot ogólnego zainteresowania pokazał wszystkim Gaucci. Wziął go w 2003 roku, kazał raz wprowadzić na boisko, być może kazałby i więcej razy, ale pech chciał, że kontrola antydopingowa po meczu z Regginą wykazała u rezerwowego Kadafiego juniora niedozwolony poziom nandrolonu, co pociągnęło za sobą trzymiesięczną dyskwalifikację.
Przy nim Ahn Jung Hwan wyglądał jak Cristiano Ronaldo. Z oryginalnym koreańskim pochodzeniem jak najbardziej pasował do stajni Gaucciego, poza tym absolutnie broniły go piłkarskie umiejętności. Nie grał więc dlatego, że musiał, tylko dlatego, że umiał. Po dwóch sezonach w Serie A pojechał na mistrzostwa świata, których Korea Południowa była współgospodarzem. A w drodze do sensacyjnego (i skandalicznego) półfinału wyeliminowała Włochy, o czym zdecydowała obowiązująca zasada złotego gola. A tego wbił, jak nóż w plecy, popełniając zbrodnię na narodzie włoskim, etatowy pracownik Perugii. I za to wywalił go na zbity pysk z roboty Gaucci, ogłaszając decyzję na łamach „La Gazzetta dello Sport”.
W kadrach Perugii, która za rządów Gaucciego powinna była zmienić nazwę na United Colors of Benetton, odnajdziemy jeszcze: Ekwadorczyka, Irańczyka, Australijczyka, Tobagijczyka, Greków, Kolumbijczyków, a powstał pomysł, żeby pojawiła się też kobieta.
Ach, jak wściekał się Gaucci na federacje – włoską i europejską, że zakazały mu ściągnięcia do męskiej szatni pierwszej kobiety. Naubliżał im od seksistów i tym podobnych. Miał już upatrzoną Niemkę Birgit Prinz, wówczas najlepszą piłkarkę na świecie, i gdyby tylko udało się nagiąć przepisy, znów byłby w czymś pionierem. Nie udało mu się z tej strony, to podszedł z drugiej. Przy okazji warto wiedzieć, że z czasem już nie tylko do Perugii sprowadzały się jego piłkarskie rządy. Władzę rozciągnął na Viterbese, Catanię, Sambenedettese i na króciutko Napoli. Był obstawiony właściwie na każdym poziomie ligowym. I właśnie na stanowisko trenera trzecioligowego Viterbese zatrudnił Carolinę Morace. To była największa ambasadorska kobiecego futbolu w Italii, wręcz jego symbol, która rok wcześniej zakończyła karierę piłkarską i natychmiast zaczęła szkoleniową. Gaucci wyciągnął ją z kobiecej drużyny Lazio i dał dowodzić mężczyznami w czterech meczach. Czy to kobieta, czy mężczyźni nie miał cierpliwości do trenerów. Wyjątkiem był Serse Cosmi: ten łysy, z nieodłączną besjbolówką na głowie i z głosem jak Jan Himilsbach, którego traktował jak syna.
Dwie damy
W zarządzaniu pomagali mu dwaj prawdziwi synowie Alessandro i Riccardo. Drugi z nich był niespełnionym piłkarzem (zdobywał dla Perugii mistrzostwo Włoch juniorów między innymi z Gennaro Gattuso u boku) i skutecznym dyrektorem sportowym, o czym mogły świadczyć takie nazwiska jak: Materazzi, Grosso, Liverani czy Miccoli. Kiedy wszystko zaczęło się sypać i ojciec w 2005 roku uciekł na Dominikanę, zostawiając długi przekraczające 100 milionów euro, oni zostali rzuceni na pastwę prokuratorów i spędzili w więzieniu po parę miesięcy.
Jeśli o zmarłych można tylko dobrze, to o Gauccim należałoby milczeć. Nie był kryształową postacią. Miał wiele na sumieniu. Bliskie związki z Andreottim i szybkie wzbogacenie się dzięki układom i koneksjom już brzydko pachniały. Lubił też chadzać na skróty. Jak w 1992 roku, kiedy wpłynął na wynik meczu z Siracusą, kiedy gra toczyła się o awans do Serie B. Za korzystny remis podarował teściowi sędziego tamtego meczu konia, ma się rozumieć wyścigowego konia, nie żadną szkapę. Po wyjściu przekrętu na jaw, Perugii cofnięto awans, a jej właściciela zdyskwalifikowano na trzy lata.
Jak rządził, to twardą ręką. Kiedy wyniki nie były po jego myśli, lubił wysyłać drużynę na karne zgrupowania, gdzie nie panowały luksusy. Przeciwnie – warunki jak w zakonie. Czymś podobnym zagroził przed meczem z Juventusem w 2000 roku, chyba tym najbardziej pamiętnym. Żeby odeprzeć atak Lazio na mistrzostwo, Juventus musiał wygrać z mającymi spokojną sytuację w tabeli gospodarzami. W trakcie meczu rozpętała się ulewa, po wznowieniu gry Alessandro Calori zdobył bramkę, a Juve nie mógł sobie poradzić ze zdeterminowanym przeciwnikiem, wodą na boisku i presją czasu. Gaucci odniósł moralne zwycięstwo nad Starą Damą, co świętował z młodą damą.
Na trybunach i w każdym miejscu publicznym pokazywał się w towarzystwie Elisabetty Tulliani. Młodszej o 34 lata koleżanki ze szkolnej ławy syna Riccardo. Trudno sobie wyobrazić o bardziej niedobraną parę, ale pieniądze nie takie związki cementowały. Oczywiście kiedy dla Big Luciano nastała hossa, to w burzliwej atmosferze i kłótni o majątek rozstał się z blondyneczką. Na Dominikanie założył nową rodzinę, spłodził nowe dzieci. Tam ugasił wewnętrzny ogień. Tam zostały rozrzucone jego prochy.
TOMASZ LIPIŃSKI
TEKST UKAZAŁ SIĘ W TYGODNIKU „PIŁKA NOŻNA” (nr 6/2020)
Real Madryt obserwuje pomocnika. To piłkarz z Serie A
Real Madryt monitoruje rynek transferowy w poszukiwaniu wzmocnień na nowy sezon. Na radarze Królewskich znalazł się zawodnik jednego z włoskich zespołów.