Po ogłoszeniu decyzji o odejściu Ryszarda Tarasiewicza z Łódzkiego Klubu Sportowego w Łodzi zawrzało. – Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że nie pękam, że jestem ostatnim człowiekiem, który rzuca ręcznik i się poddaje – mówi jednak „Taraś”.
– Opracowaliśmy jakąś strategię działania, ale nie wyszła. Potem kolejną, znów nic z tego. Kiedy nie wypalił jeszcze jeden wariant przygotowań, nie mogłem dłużej tego ciągnąć. Nie mam pretensji do właścicieli klubu. Robili, co mogli, ale prowadzenie klubu na tym poziomie po prostu przerosło ich możliwości finansowe. I nie chodzi tu o moje wynagrodzenie, bo miałem oczekiwania na miarę możliwości klubu – mówi Tarasiewicz.
– Starałem się nie zwracać uwagi na kłopoty. Robiłem swoje, ale z klubu zaczęli odchodzić kolejni zawodnicy: Kłus, Stefańczyk, zaraz dołączy do nich Pruchnik. Na ich miejsce nie było nowych. Kim miałem grać?! Wtedy uświadomiłem sobie, że pewnych spraw nie przeskoczę – dodaje były trener ŁKS.
Po tym, jak negocjacje między Zagłębiem Lubin a Rakowem Częstochowa ws. wykupu Leonardo Rochy zakończyły się fiaskiem, „Miedziowi” ruszyli na poszukiwania nowego snajpera. Padło na dwukrotnego reprezentanta Węgier.
Michał Synoś znajdował się w kręgu zainteresowań polskich oraz zagranicznych klubów. 18-letni stoper podjął już decyzję, gdzie będzie występował od sezonu 2026-27.