Tomasz Lipiński: Milanowe kroki, czyli dwa do przodu, trzy do tyłu
Superpuchar pod choinkę, a w styczniu 1:0 z Cagliari, 2:2 z Torino, 1:2 z Napoli, 1:2 w Pucharze Włoch z Juventusem, 1:2 z Udinese i do akcji wkroczyła ekspercka i kibicowska prokuratura w celu znalezienia winnych. A wina tym bardziej kłuła w oczy, że stacjonujący za miedzą Inter idzie jak burza.
Po wnikliwym śledztwie okazało się teraz, że wcale nie było tak dobrze nawet jak było dobrze, bo tylko się wydawało, że było dobrze. To znaczy, że Milan niczym w tym sezonie nie zachwycał, tylko wcześniej miał więcej szczęścia niż umiejętności i osiągał wyniki ponad stan. A że pokonał Juventus i tylko sekund zabrakło mu do wygrania derbów – to niczego wielkiego nie dowodzi. W międzyczasie Gigi Donnarumma spowszedniał i zmalał, a Manuel Locatelli przestał być talentem i przyszłością klubu, tylko jest przeszkodą i hamulcowym. Winnych było więcej.
Od ściany do ściany i kopanie leżącego. Nie lubię takiego dziennikarstwa, w którym opinie kształtuje tylko i wyłącznie wynik. Jak zdarzy się wygrać, to przypudrujemy wszystkie pryszcze, a jak trafią dwie porażki z rzędu, każdego trzeba rozebrać do rosołu, wychłostać i zaświecić lampą w oczy. A przecież w futbolu często decydują szczegóły, króla od żebraka dzielą centymetry. Weźmy ostatni mecz w Udine. Porażka 1:2 wzięła się po pierwsze z kontuzji Giacomo Bonaventury, a po drugie z faulu na Mattii de Sciglio. Sędzia Luca Banti powinien pokazać czerwoną kartkę Rodrigo De Pauli, pokazał tylko żółtą, a po kilkunastu sekundach sprawca faulu strzelił zwycięskiego gola osłabionemu Milanowi.
Zgadzam się z tym, że Milan nie ma drużyny na miarę wygórowanych ambicji i oczekiwań kibiców. Podium i co za tym idzie powrót do Ligi Mistrzów to za wysokie progi. Nie zgadzam się na równanie wszystkiego z ziemią po nieudanej styczniowej kampanii. Że niby już powinno się szukać nowego trenera i znów zaczynać od zera?
Bzdura. Vincenzo Montella udowadnia, że jest jednym z najzdolniejszych trenerów młodego (jeszcze) pokolenia w Europie. Postawił ciekawe fundamenty. Odmłodził drużynę i zitalianizował. Zrobił bardzo dużo w okresie przejściowym, w jakim nieprzyzwoicie długo znajduje się klub. W rozkroku między Silvio Berlusconim a niemrawymi Chińczykami. Gdybym był fanem Milanu, chciałbym takiej drużynie kibicować, utożsamiałbym się z nią. A jako w miarę obiektywny sympatyk calcio, zazwyczaj patrzę na mecze rosso-nerich z przyjemnością. Zawsze coś się w nich dzieje. Drużyna gra ofensywnie, radośnie (czasem aż za bardzo), szybko, widowiskowo. Czasami ryzyko popłaca, czasami wprost przeciwnie, ale nie ma stagnacji, coś ruszyło do przodu. Jest pomysł i entuzjazm. Pojawiły się nowe, ciekawe twarze. Tylko młodym trzeba pozwolić się pomylić, dzięki temu też stają się lepsi.
Bardziej podoba mi się Milan Montelli niż Filippo Inzaghiego, który po trudnych doświadczeniach na pierwszej linii frontu nie zniechęcił się do zawodu trenera. Odnalazł się w Venezii, z którą w niedzielę mierzył się z Parmą. To był hit trzeciej ligi. Lider kontra wicelider. Parma, która w tym sezonie przeżyła potężne katharsis, co pociągnęło za sobą zwolnienie trenera Luigiego Apolloniego i autodymisję dyrektora Nevio Scali (czyli klubowych legend), prowadziła już 2:0, ale podopieczni Inzaghiego wyrównali i po 23 kolejkach pozostali liderami. Maja trzy punkty więcej od Parmy i lepszy bilans bezpośrednich meczów. Serie B coraz bliżej.
Tomasz LIPIŃSKI
TEKST UKAZAŁ SIĘ W NOWYM NUMERZE TYGODNIKA „PIŁKA NOŻNA”