Nie przypuszczałem, że sobie poradzi. Szczerze mówiąc, byłem prawie pewny, że wróci z podkulonym ogonem. Gdzie mu do Romy, gdzie mu do Serie A. Łukasz Skorupski zostawił w Zabrzu wrażenie pewnego siebie, bezczelnego i odważnego bramkarza. Ale wydawało mi się, że była to odwaga skrojona do lokalnego wymiaru. Jak u Wojciecha Pawłowskiego, który w Ekstraklasie rzucał się i zgrywał chojraka i nawet nieźle mu to wychodziło, ale wyjazd do Udine i inne zagraniczne peregrynacje na dobre stępiły mu pazurki, niemal poobrywały palce.
Ze Skorupskim będzie podobnie – myślałem i zetknięcie z większym światem skończy się dla niego tylko siniakami. Tymczasem to nie jego biją, tylko on bije. Gdyby brnąć dalej z tym pięściarskim porównaniem, wyglądało to tak, że polski fighter nie dostał przetarcia z przeciętniakami i nowicjuszami, tylko od razu zetknął rękawice z najsilniejszymi. Juventus, Manchester City, Bayern Monachium… Takie były jego początki. Wszystkie walki ustał w całkiem dobrym stylu, tylko raz leżał na deskach, kiedy w meczu z Fiorentiną w Lidze Europejskiej zamiast pozwolić piłce wyjść na rzut różny, utrzymał ją w boisku za cenę pośliźnięcia i wjazdu z nią do pustej już bramki Marcosa Alonso. To był tylko nokdaun, żaden nokaut, ale ktoś rozsądny zaproponował mu zejście do niższej kategorii wagowej. Został na rok wypożyczony do Empoli. Zrobił krok w tył, żeby wkrótce wykonać dwa do przodu.
W poprzednim sezonie bronił regularnie i pewnie. Dlatego rzadko pojawiał się na pierwszym planie, ponieważ cała drużyna spisywała się nadspodziewanie dobrze i chwaliło się przede wszystkim trenera Marco Giampaolo oraz zawodników kreatywnych jak Leandro Paredes czy Piotr Zieliński. Skorupski nabierał jednak doświadczenia, robił na tyle zauważalne postępy, że Roma przedłużyła z nim kontrakt do 2021 roku. Jedynym zgrzytem była kontuzja, która zatrzymała go na 31 ligowych występach.
Latem najlepsi odeszli z Empoli, on przedłużył wypożyczenie na kolejny sezon i urósł do roli gwiazdy (status podniosła mu też piękna włoska narzeczona, rzucająca się w oczy w mediach społecznościowych). Oj źle byłoby z toskańskim klubem, gdyby nie Polak, którymi momentami dokonywał cudów. Tych największych w bezbramkowym meczu z Romą. Dwie, jeśli nie trzy jego porady mogłyby się znaleźć w gronie kandydatek do najpiękniejszych i zarazem najtrudniejszych w sezonie. Z 16 meczów w 7 zachował czyste konto, nawet jeśli wyjmował cztery razy piłkę z siatki jak z Fiorentiną i Milanem, był wybierany najlepszym piłkarzem Empoli. Ze średnią ocen 6,43 zajmuje drugie miejsce w ligowej klasyfikacji. Za Gianluigim Donnarummą z Milanu – 6,47, przed Wojciechem Szczęsnym z Romy – 6,42 i Etritem Berishą z Atalanty – 6,40. Gianluigiego Buffona z Juventusu – 6,04 nie ma w pierwszej piątce.
Z takimi referencjami i w tak młodym wieku (w maju skończy 26 lat) stał się łakomym kąskiem na włoskim i być może nie tylko włoskim rynku. W 2013 roku Roma zapłaciła za niego 890 tysięcy euro. Po czterech latach może na jego sprzedaży zarobić nawet dziesięć razy więcej. Chętni są, popyt też podbija cenę. Polska Skorupa nie pękła w Serie A, wprost przeciwnie – stwardniała i nasiąkła tym, co dla bramkarza najlepsze.