Przejdź do treści
TOP 10: Trenerzy o statusie idoli

Ligi w Europie Świat

TOP 10: Trenerzy o statusie idoli

To nie ranking najlepszych i najskuteczniejszych, nie tych, którzy nie mieszczą pucharów na półkach i licytują się nazwiskami wychowanków. To nie zestawienie najbogatszych w zawodzie lub najdłużej pracujących. Ani dziwolągów, oryginałów, wyłącznie pyskaczy bądź intelektualistów. To subiektywne grono trenerów, których fani pokochali bezwarunkowo i którzy byli więksi od swoich największych podopiecznych – byli lub są idolami.
Foto: Dave Howarth / Reuters

ZBIGNIEW MUCHA

Niemożliwe? Nie do końca. Powstał podobno nawet artykuł oparty o naukowe badania, że sami piłkarze są idolami dla nastolatków i ciut starszych. Ci już bardziej starsi wolą utożsamiać się jednak z trenerami (kult menedżera!), czyli bardziej Pepem Guardiolą niż – dajmy na to – Leroyem Sane

10. Kazimierz Górski

Zaczynamy od Polaka, nawet jeśli w skali światowej znalazłoby się kilku godniejszych od niego. Pytanie jednak, ilu polskich szkoleniowców zbliżyło się do miana idola, ilu w sposób bezwzględny przerosło też swoich piłkarzy. Antoni Piechniczek był tego bliski, lecz nadszarpnął wizerunek wejściem do tej samej rzeki po raz drugi. Janusz Wójcik, którego naród szybko wyniósł na ołtarze, z tychże został równie szybko strącony. A może Jacek Gmoch? Nowoczesny selekcjoner, przez jednych idealizowany, przez innych wręcz przeciwnie. Albo Adam Nawałka, którego pokochali, zdawało się dozgonnie, kibice reprezentacji i reklamodawcy? A może jednak legendarny Stefan Żywotko, który siedem razem był mistrzem Algierii i dwa razy podbił Afrykańską Ligę Mistrzów, w związku z czym padł ponoć pomysł, by w Algierze wydrukować banknoty z jego podobizną? 

Nie, tym jedynym był Kazimierz Górski. Najpierw wprowadził polski futbol na salony, później stał się legendą w Grecji, lecz nad Wisłą zawsze i do końca był uwielbiany. Za sukcesy, za skromność, za uprzejmość, za humor, za niby banalne powiedzonka, za niepodrabialny styl i lwowskie korzenie – za wszystko. Górski to była marka i symbol. Nawet więc gdy podjął się przewodzenia PZPN, a związek renomą wśród ludu się nie cieszył, to Trener Tysiąclecia nie ucierpiał z tego powodu.


9. Helenio Herrera

Gdyby skupić się wyłącznie na sukcesach, wynikach, pucharach i medalach – też byłoby o czym pisać. Policzmy: dwa mistrzostwa Hiszpanii z Atletico Madryt, dwa z Barceloną, trzy włoskie tytuły z Interem i dwa Puchary Mistrzów. Ale urodzony w Argentynie Herrera w świecie futbolu był kimś więcej niż tylko skutecznym i (pod koniec lat 60.) najlepiej zarabiającym szkoleniowcem świata. Wizjoner, mag, twórca, większy od swoich piłkarzy, których na dobrą sprawę sam tworzył. Nie brak opinii, że to w ogóle największy trener w historii. Nas jednak interesuje towarzysząca mu aura niezwykłości. Prowokujący, bezczelny, niemiłosierny, ale też wyznający kult tytanicznej pracy i ascetycznego trybu życia (wprowadził zwyczaj przedmeczowych zgrupowań). Zrewolucjonizował futbol. Wymyślił catenaccio, ale też pokazał, jak ofensywnie może grać boczny obrońca (Facchetti!), zaszczepił taktyczną dyscyplinę, która potrafiła rywalowi obrzydzić każdy mecz, a jednocześnie uchodzi za tego, który rozpowszechnił grę z klepki, bez przyjęcia piłki.

Dyktator, dla którego nie było gwiazd. Potrafił zniszczyć każdą, poświęcić dla dobra klubu, sprzedać, jeśli nie rozumiała jego zasad. Potrafił zawiesić zawodnika tylko za to, że ten w wywiadzie powiedział: „Przyjechaliśmy zagrać…” zamiast: „Przyjechaliśmy wygrać…”. – Patrząc dzisiaj na Mourinho, widzę Herrerę. Ta sama pewność siebie, poczucie siły, podobne gesty – mówił jakiś czas temu Massimo Moratti, prezydent Interu. On zatrudniał Portugalczyka, Herrerę jego ojciec Angelo… 

8. Jose Mourinho

No to skoro wywołany został do tablicy, to niech idzie. W tym momencie ziemia się zatrzęsie i niebo rozstąpi, a zagrzmią wszyscy wyznawcy Aleksa Fergusona i Matta Busby’ego, których nie zmieściliśmy w zestawieniu bukując miejsce dla bufonowatego Portugalczyka. Tak, to prawda, byli jedyni w swoim rodzaju, tworzyli jeden z największych klubów świata właściwie od podstaw (Busby), podnosili go z ruin (także on) lub przywracali świetność po gorszych latach (Ferguson). W historii futbolu i sercach fanów z Old Trafford Mourinho w zderzeniu z nimi jest nikim. 

Ale jest fenomenem (choć chyba na równi pochyłej) swoich czasów, idolem właśnie. W każdym klubie był największy. Busby miał Charltona i Besta, Ferguson – Cantonę i Beckhama, Mou był przeważnie idolem numer 1. Zawsze na kontrze, zawsze na pierwszym planie, skory do zaszczytów, ale i zbierający gromy na sobie. Nawet w Manchesterze nie waha się okazywać niezadowolenia z decyzji właścicieli. – Musi w końcu zrozumieć, że nie jest większy od klubu – apelują publicyści. Na próżno, nie zrozumie tego nigdy, dlatego jest, kim jest. I dlatego pozostaje najlepiej opłacanym szkoleniowcem świata od lat. Według ostatniego notowania „France Football” Portugalczyk w roku 2017 zarobił 26 milionów euro. Jest prawdziwym słupem reklamowym, równie cennym i pożądanym przez speców od marketingu, jak najwięksi współcześni futboliści. Za cztery dni pracy podczas mundialu w roli eksperta telewizji Russia Today zainkasować miał 1,9 miliona euro, czyli prawie pół miliona za dzień.

7. Tele Santana

W Argentynie, konkretnie w Boca Juniors, mają swoją postać pomnikową, kogoś ważnego równie, jak Riquelme, a może i Maradona (albo na odwrót, bo w okolicach Bombonery królem jest jednak ten pierwszy) – to Carlos Bianchi. W Brazylii zaś sytuacja jest kuriozalna, bo tamże, i to nie tylko w Sao Paulo, ale całym kraju, mamy do czynienia z trenerem kojarzonym z jedną z dwóch największych traum w dziejach brazylijskiej piłki – z piękną drużyną, która została zamordowana przez bezwzględnych Włochów na mundialu w 1982 roku. W Brazylii nigdy o tym nie zapomną. Zico o dniu, w którym jego drużyna przegrała z Italią, powiedział: – Tego dnia umarł futbol.

O tej drużynie napisano już wiele. Jej twórca, Tele Santana, przejął kadrę w 1978 roku z rąk Coutinho. Rodacy nie mogli dłużej znieść drużyny grającej tak wyrachowany futbol. Santana zmienił bieg historii. Co prawda na krótko, bo po spektakularnej porażce w Hiszpanii Brazylijczycy na nowo musieli wybierać – piękno czy puchary, ale dopóki na ich drodze nie pojawili się złoczyńcy w niebieskich koszulkach, kraj opanowało szaleństwo. Santana zbudował zespół, którego obsesją było posiadanie piłki i zabawa nią, a przy okazji rywalem. Zespół, który w szaleńczym tempie wymieniał dziesiątki podań w jednej akcji, którego zawodnicy wykorzystywali każdą część stopy, a najchętniej (Socrates) piętkę. 


Po mundialu odszedł, lecz wezwano go na kolejne mistrzostwa. Nie miał już takiej drużyny, miał słabszą, ale też starał się grać efektownie. Odpadł po najpiękniejszym meczu mundialu, z Francją. A zatem trener dubeltowo przegrany, a jednak niezmiennie kochany. Podobnie jak jego kapitan Socrates. – Nie mogę zrozumieć, dlaczego mnie nie ukrzyżowano choćby raz, a przecież należało mi się dwukrotnie – mówił Socrates. Dokładnie to samo mógł powiedzieć trener. Tymczasem obu ich wielbiono aż do śmierci i obu wielbi się po niej. 

Santana notował też spektakularne sukcesy. Dwa razy z rzędu wygrywał z Sao Paulo Copa Libertadores i Puchar Interkontynentalny, wykazując wyższość nad Barceloną i Milanem. Najciekawsze, że utożsamiany jest z piękną grą, techniczną maestrią, a tak naprawdę był rzeźnikiem zamęczającym swoich piłkarzy godzinami powtórzeń jednego kopnięcia. Bo powtarzalność była jego konikiem. Kiedy siedzący na treningu Leonardo z Cafu żartowali z niedostatków technicznych swoich partnerów, Santana podszedł do nich i czubkiem buta skierował piłkę do stojącego cztery metry dalej pojemnika na lód. Wyjął, ustawił w tym samym miejscu i trafił jeszcze raz. A potem jeszcze kilka. W końcu odszedł bez słowa, zostawiając wcześniej rozbawionym piłkarzom czytelny przekaz – liczy się powtarzalność. Podczas treningów biegał wzdłuż linii za Cafu, każąc mu centrować spod samej linii końcowej i układać stopę tak, jak on sobie tego życzył. Był nauczycielem futbolu, instruktorem, nie selekcjonerem pozyskanych za tryliony euro zawodników. – I tych dośrodkowań, za które po latach wszyscy mnie chwalili, nauczyłem się już jako dojrzały piłkarz właśnie na drobiazgowych treningach u Santany – opowiadał Cafu, mistrz świata 2002.

Ten rozdział od śmierci zaczęliśmy i na śmierci zakończymy. W 1996 roku legendarny trener doznał udaru, musiał zrezygnować z pracy. Choroba postępowała, zmarł dziesięć lat później żegnany przez tłumy Brazylijczyków. Wraz z nim umarła ponoć Joga Bonito.

6. Sepp Herberger 

Kandydatura kontrowersyjna? Być może. Dla Niemców to jednak postać istotna w historii ich futbolu, może nawet najistotniejsza. Pomógł im przestać, choć trochę, wstydzić się traumy związanej z wojenną apokalipsą. Uchodzi za ojca niemieckiej myśli szkoleniowej, zbudował zespół, który sprawił największą sensację w historii mundiali, który w 1954 roku zniszczył drużynę przez wielu uznawaną za najlepszą w historii piłki. To był pierwszy powojenny triumf kraju odpowiedzialnego za Holokaust. 

Herbergera ocenia się dziś dwojako. Przypomina np. zarzuty o doping , jakie padały pod adresem reprezentacji RFN po zwycięstwie nad słynną węgierską Złotą Jedenastką. Poza tym SH prowadził kadrę od 1936 do 1964 roku, a więc także wówczas, gdy istniała III Rzesza, więc siłą rzeczy firmował hitlerowski reżim. Oddany jednak futbolowi, myślał wyłącznie o nim. Fabrykował w czasie wojny fałszywe pisma informujące dowództwo armijne o przyznaniu Krzyżów Żelaznych jego kadrowiczom walczącym na frontach. Wszystko po to, by zyskali kilka dni urlopu, bo tylko odznaczeni w Wehrmachcie mogli liczyć na przepustki. Dzięki fortelom ściągał ich więc do Niemiec na mecze towarzyskie i zgrupowania. Od 1939 do 1942 roku jego kadra rozegrała ponad 20 meczów. Szczególnie zaś zabiegał o pewnego żołnierza walczącego we Francji, Rumunii czy na Sardynii o nazwisku Fritz Walter. Tego samego, który w Bernie pomógł mu zdobyć Złotą Nike.

5. Diego Simeone

Kandydatura zaskakująca? Być może. Ale porozmawiajcie z kibicami Atletico, usiądźcie na trybunach stadionu Colchoneros, a zaskoczenie minie. Wcześniej wyobraźcie sobie trybuny polskiego stadionu, na którym fani siedzą w koszulkach z nazwiskiem trenera… Tymczasem czerwono-białych pasiaków z wydrukowanym na plecach nazwiskiem Cholo jest morze. To nie jego zbudowali piłkarze, to on zbudował ich oraz wielkie Atleti, nadając mu styl i charakter. Zdobywał mistrzowskie tytuły w Argentynie – pracując w River i Estudiantes, ale to Madryt okazał się jego szkoleniową mekką i uczynił idolem tłumów. 

4. Walery Łobanowski

Przed stadionem Dynama w Kijowie jest ławka, a na niej siedzi Walery Wasyliowicz. Siedzi nieruchomy, bo ławka i posąg są prawdopodobnie z brązu. Ponoć pilnuje ich ochroniarz zatrudniony przez Hryhorija Surkisa. Nie po to, żeby nikt nie ukradł, ale by ptaki nie zanieczyściły. Ciekawe, że gdy Łoba żył, na meczach siedział identycznie nieporuszony – zarówno kiedy przegrywał (rzadko) i kiedy wygrywał (7:0 w dwumeczu z Barceloną).

Miał w sobie coś, co powodowało strach, ale i uwielbienie. Nie znosił sprzeciwu, zresztą nie musiał, bo nikt się nie sprzeciwiał. Kiedy powoływał reprezentację ZSRR, brał właściwie do niej całe swoje Dynamo. Zdolności taktyczne Łoby opisywano w naukowych opracowaniach. W 1970 roku zamówił sobie komputer jako narzędzie potrzebne do pracy, a ponieważ przed nim nikt tego nie robił, zainteresował swoimi poczynaniami KGB. Choć to pewnie legenda, bo miał znakomite stosunki z władzą sowiecką. Budował bazę informacyjną, otaczał się specjalistami ze wszystkich dziedzin, także dietetyki, filozofii i inżynierii. – Życie to liczby – powtarzał (cytaty za www.slowfoot.pl). Od zawodników wymagał absolutnego poświęcenia, ale dawał im coś w zamian. To u niego rozwijali się Szewczenko, Błochin i inni. – Ty mi oddaj rok, a zabezpieczę cię na całe życie – mawiał. Igor Biełanow oddał mu cztery lata. Zdobył Złotą Piłkę i wicemistrzostwo Europy. A synowi dał na imię Walery. 

3. Johan Cruyff

A może jednak Rinus Michels? Nie. Z jednego powodu. Ojciec futbolu totalnego nie zyskałby nieśmiertelnego statusu, gdyby nie miał w swojej drużynie Cruyffa, piłkarza genialnego i kompletnego. Z drugiej strony adwokaci Michelsa mają rację, przytaczając słowa Boskiego Johana, że nikt nigdy nie wywarł na nim takiego wrażenia jak Michels. To on go uczył w Ajaksie, reprezentacji i Barcelonie. To on go sprowadził na Camp Nou, to wreszcie on zasiał w Katalonii ziarno, z którego wyrosło drzewo; nakazał budować kolejne drużyny przy pomocy wychowanków, tak by nieśli i przekazywali dalej filozofię nabytą w akademii. To wszystko prawda, ale zrozumcie, tylko Cruyff-trener może być idolem. W tym swoim – zdawałoby się – za dużym prochowcu, w garniturze z wypchanymi ramionami, z przeklętym papierosem w ustach. I z wizją, która nakazała mu ubrać w bordowo-granatową koszulkę Laudrupa i Stoiczkowa, a Guardiolę uczynić generałem środka pola. W konsekwencji dać Barcelonie pierwszy Puchar Mistrzów. – Piłka nożna to bardzo prosta gra, ale grać prosto jest najtrudniej – mówił. 

2. Brian Clough

To prawda, byli Herbert Chapman, Jock Stein, Bob Paisley – filary brytyjskiej piłki. Dlaczego zatem Clough? Był bardzo porządnym napastnikiem, z powodu kontuzji szybko został trenerem, a mając 37 lat, zdobył mistrzostwo Anglii. Z kim?! Z Derby County, które osobiście wprowadził najpierw do angielskiej ekstraklasy. A potem z prowincjonalnym mimo wszystko Nottingham Forest dwa razy z rzędu wygrał Puchar Mistrzów i przeprowadził pierwszy milionowy transfer w historii angielskiej piłki.

W Anglii to postać kultowa. Postać, którą wypada nosić nawet na T-shirtach. Cynik i celebryta, złośliwiec i pieniacz, ale też zwierzę medialne. „Siadaliśmy z zawodnikami w szatni i na spokojnie rozmawialiśmy przez 20 minut. A potem wspólnie dochodziliśmy do wniosku, że to ja mam rację”. „Nie powiedziałbym, że byłem najlepszym menedżerem w historii. Ale byłem w czołowej jedynce”. Wielka Gęba nie liczył się z nikim. Jana Tomaszewskiego nazwał klaunem. Kiedy otrzymał posadę w wielkim wówczas Leeds, na powitanie piłkarzy w szatni rzekł im, by wyrzucili wszystkie medale do kosza, bo zdobyli je nieuczciwie. Stracił posadę po 44 dniach. 

– Kiedy odejdę, Bóg będzie musiał zwolnić swoje ulubione krzesło – wypalił. Zmarł 14 lat temu. Nie wiadomo, na jakim krześle siedzi, ale do dziś dorobił się w Anglii trzech pomników, zaś autostrada A52 łącząca – a jakże – Nottingham i Derby nosi nazwę „Brian Clough Way”.

1. Juergen Klopp

Oto i zwycięzca subiektywnego rankingu. Wygrał, choć de facto w pracy zawodowej wygrał niewiele. Cóż bowiem znaczą dwa tytuły mistrza Niemiec i dwa finały Champions League wobec osiągnięć wielkich trenerów z przeszłości czy nawet nieobecnego w tym zestawieniu Joachima Loewa. A jednak to Klopp jest idolem, nie Loew.

Znakomitą robotę wykonywał w Mainz, czyli tam, gdzie grał w piłkę (trzy dni po tym jak przestał, został trenerem). Jako nowicjusz w fachu nie tylko dał Moguncji Bundesligę, ale i europejskie puchary. Był lokalnym bogiem. Pomogła mu dodatkowo praca w telewizji. Został gwiazdą ZDF podczas MŚ w 2006 roku, „telewizyjnym selekcjonerem”, jego analizy, sposób podejścia do tematu, ekspresja, kontakt z widzami uczyniły z niego medialną gwiazdą. Za chwilę był już w Dortmundzie, by wdrażać swój gegenpressing zwany przez niego piłkarskim heavy metalem i kłaść podwaliny pod wielkość BVB, a stojąc na samym dole, mieć u stóp żółtą ścianę Westfalenstadionu złożoną z tysięcy zakochanych w nim głów.

Film z nagranym powrotem 51-latka z wakacji, ściskającego i całującego wszystkich – od sprzątaczki poczynając – zatrudnionych w Liverpoolu, obiegł świat, wymuszając uśmiech na twarzy zwolenników szkoleniowca, któremu ten sam uśmiech nigdy nie schodzi z oblicza. Jego podobizny są na flagach, układa się o nim piosenki, jeśli przegrywa, to jest pierwszym, któremu się współczuje, kiedy wygrywa – otrzymuje najgłośniejsze brawa. Kochają go piłkarze i kibice, nawet ci niezaangażowani uczuciowo w Liverpool czy kiedyś Borussię. 
Ciepły, serdeczny, opiekuńczy, z niespełnionym, dziecięcym marzeniem zostania lekarzem. Facet, któremu się ufa, bo musi być uczciwy. Reklamuje Opla; gdy zachwalał Skodę, sprzedaż „jego” modelu wzrosła ponoć o jedną czwartą. Charyzmatyczny, mimo chłopięcego uśmiechu, zarostu i luzackiej bluzy z kapturem.

To w ogóle przypadek socjologiczny. Kiedy Niemcy odpadają z mistrzostw świata, w Polsce otwiera się szampana. Ci sami ludzie fetujący niemieckie porażki na co dzień są wyznawcami blondwłosego okularnika rodem ze Szwarcwaldu. Ale być może na tym właśnie polega bycie idolem?

– Nie róbcie ze mnie Jezusa, nie chodzę po wodzie – zastrzegał, przybywając do Liverpoolu. Bez powodzenia, bo zrobili. Więc musiał zacząć uczyć się chodzić po wodzie i już w poprzednim sezonie był tego bliski. 

ARTYKUŁ UKAZAŁ SIĘ RÓWNIEŻ W TYGODNIKU „PIŁKA NOŻNA” (33/2018)

Możliwość komentowania została wyłączona.

Najnowsze wydanie tygodnika PN

Nr 4/2026

Nr 4/2026

Ligi w Europie Świat

Bezpardonowy faul w meczu Porto! Legenda brutalnie potraktowana przez rywala [WIDEO]

FC Porto pokonało Gil Vicente 3:0 w swoim ostatnim ligowym meczu. Jakub Kiwior i Jan Bednarek rozegrali pełne 90 minut, a Oskar Pietuszewski wszedł z ławki rezerwowych w 77. minucie. Kilka minut wcześniej Martin Fernandez wyleciał z boiska za brutalny faul na Thiago Silvie.

Bezpardonowy faul w meczu Porto! Legenda brutalnie potraktowana przez rywala [WIDEO]
Czytaj więcej

Ligi w Europie Świat

On wciąż to ma! N’Golo Kante z pięknym golem! [WIDEO]

Al-Ittihad pokonało Al-Okhdood 2:1 w Saudi Pro League. Drugiego gola dla zwycięzców zdobył N'Golo Kante, który popisał się świetnym strzałem z dystansu.

On wciąż to ma! N’Golo Kante z pięknym golem! [WIDEO]
Czytaj więcej

Ligi w Europie Świat

Jest przełom w sprawie Polaka! Transfer bliski finalizacji

Blisko sfinalizowania transferu jest kilkukrotny reprezentant Polski. Według najnowszych informacji przełamany został impas pomiędzy negocjującymi klubami.

2025.06.06 Chorzow
pilka nozna Mecz TowarzyskiPolska - Moldawia
N/z Bartosz Slisz, Jakub Moder radosc gol bramka, Jakub Kiwior, Mateusz Bogusz, Sebastian Walukiewicz
Foto Marcin Karczewski / PressFocus

2025.06.06 Chorzow Friendly match Poland - MoldaviaBartosz Slisz, Jakub Moder radosc gol bramka, Jakub Kiwior, Mateusz Bogusz, Sebastian Walukiewicz
Credit: Marcin Karczewski / PressFocus
Czytaj więcej

Ligi w Europie Świat

Endrick show! Brazylijczyk z hat-trickiem w Ligue 1 [WIDEO]

Olympique Lyon pokonał Metz aż 5:2. Trzy bramki zdobył Endrick, który notuje kapitalne wejście do francuskiego klubu po wypożyczeniu z Realu Madryt.

Endrick show! Brazylijczyk z hat-trickiem w Ligue 1 [WIDEO]
Czytaj więcej

Ligi w Europie Świat

Oficjalnie: Sebastian Szymański odchodzi z Fenerbahce

Sebastian Szymański oficjalnie poinformował o odejściu z Fenerbahce. Reprezentant Polski opublikował pożegnalny wpis w mediach społecznościowych, a według doniesień medialnych jego kolejnym kierunkiem może być francuska Ligue 1.

2025.11.13, Warszawa 
Pilka nozna, Reprezentacja Polski 
Trening przed meczem Polska - Holandia 
N/z Sebastian Szymanski 
Fot Rafal Oleksiewicz / PressFocus
Czytaj więcej