Krzysztof Drzazga latem podpisał kontakt z IV-ligową Odrą Bytom
Odrzański. Były napastnik Wisły Kraków teraz zmierzy się z Białą
Gwieździe w Pucharze Polski. – Przed losowaniem serducho prosiło o
taką parę – mówi.
Jak w Bytomiu Odrzańskim podchodzicie do spotkania z Wisłą?
To będzie święto. Dla wszystkich ludzi to jest swego rodzaju nagroda.
W tym sezonie idziecie jak burza – 8 meczów i 8 zwycięstw. Szkoda byłby przerwać taką serię z Wisłą, która ostatnio, nomen omen, już raz z Odrą zgubiła punkty.
Chcemy wygrać. Będziemy musieli być skuteczni i wykorzystać nadarzające się okazje. Wisła jest zdecydowanym faworytem, aczkolwiek to Puchar Polski, wszystko się może wydarzyć.
Jako dwudziestolatek przychodziłeś z trzecioligowych Polkowic do ekstraklasowej Wisły. Teraz, dokładnie dekadę później, historia zatoczyła koło, tyle że na odwrót – z zaplecza Ekstraklasy trafiłeś do klubu z IV ligi, w barwach którego zagrasz przeciwko Wiśle. Chyba takiego obrotu spraw się nie spodziewałeś?
Nie wiem nawet jak nazwać to uczucie. Przychodząc do Odry, liczyłem się z tym, że w meczach z klubami pokroju Wisły już raczej nie będzie dane mi wystąpić. A jednak! Przed losowaniem serducho prosiło o taką niespodziankę, chyba Pan Bóg czuwał nade mną. Nawet gdy rozmawialiśmy między sobą w klubie, było sporo głosów od chłopaków, że fajnie byłoby na Wisłę trafić. Mamy nadzieję, że nie będzie to ostatni taki mecz dla Odry.
Co przekonało cię do transferu do Odry? Przejście z 1. ligi na piąty poziom rozgrywkowy dla trzydziestoletniego napastnika z doświadczeniem na wyższych szczeblach to niecodzienna sprawa.
Przekonała mnie wizja klubu. Zanim podpisaliśmy kontrakt, dzięki uprzejmości zarządu i sztabu trenowałem w Bytomiu Odrzańskim, bo nie miałem klubu. Potrzebowałem miejsca, gdzie mógłbym pozostać w ruchu i utrzymać formę. Widziałem od środka, jak w Odrze wszystko funkcjonuje na co dzień. Rozmawialiśmy bardzo długo, bo ponad miesiąc. Miałem propozycje z różnych klubów, ale wraz z upływem czasu nabierałem przekonania, że może to jest coś, czego byśmy chcieli wspólnie z żoną. Brakowało nam stabilizacji w życiu. Moje ostatnie lata w piłce profesjonalnej, za wyjątkiem kilku momentów, były raczej średnie. Po dwóch miesiącach spędzonych tutaj mogę śmiało powiedzieć, że odżywam piłkarsko. Oczywiście to już nie jest nawet poziom centralny, ale piłka znowu mnie cieszy.
Powrót do korzeni.
Tak. Jeszcze przed transferem wiedziałem, że jeśli piłkarsko miałbym zejść na niższy poziom, to chciałbym być blisko rodzinnych stron. Zresztą, w trakcie rozmów z Odrą jasno mówiłem, że chciałbym skupić się na pomocy klubowi w rozwoju młodzieży z akademii.
Podejrzewam jednak, że na stole miałeś propozycje z wyższych lig.
Były oferty od pierwszej do trzeciej ligi. Pojawił się nawet temat wyjazdu zagranicę, ale to nie było warte tego, żeby poważnie rozważać tę ofertę. Jeśli chodzi o propozycje z polskich klubów, rozmowy zaczynały się i przeciągały w nieskończoność. Nie czułem, że ktoś jest w stu procentach przekonany do mojej osoby. Nie chciałem robić żadnego ruchu na siłę. Chciałem po prostu dobrze się czuć w danym miejscu. Szatnia Odry super mnie przyjęła. Jeszcze zanim podpisałem kontrakt, złapałem fajny kontakt z chłopakami.
Nie jest tajemnicą, że celem Odry jest awans z powrotem do trzeciej ligi, a jak widzisz swoją przyszłość? Wiele osób może pomyśleć, że wypisałeś się z poważnego futbolu, ale jak rozumiem, twoje ambicje sięgają trochę dalej, chcesz być w Odrze kimś więcej niż tylko piłkarzem.
Zgadza się. Oczywiście na pierwszym miejscu jest cel sportowy w postaci awansu do trzeciej ligi. Rozwój młodzieży i pomoc zawodnikom, z którymi gram na co dzień, to też jest dla mnie ważne. W szatni każdy może liczyć na radę z mojej strony.
Jesteś trochę piłkarskim self made manem. Na początku kariery łączyłeś grę w piłkę z pracą w fabryce. Przez chłopaków w Odrze, którzy w przerwie od treningów i meczów w klubie chodzą do pracy, możesz być odbierany za przykład tego, że mimo wszystko można się wybić.
Patrząc na chłopaków, którzy łączą pracę z grą w piłkę w młodym wieku, odnoszę wrażenie, jakbym widział siebie z przeszłości. Teraz jest jednak dużo więcej możliwości, jeśli chodzi o grę w piłkę w niższych ligach, niż wtedy, gdy ja zaczynałem. 10 lat to w futbolu spory okres i przez ten czas piłka w Polsce się rozwinęła. Wszystko poszło do przodu pod względem organizacji, czy finansów.
A propos poziomu, jak to wygląda w niższych ligach? Widzimy postęp w Ekstraklasie czy 1. Lidze, ale umyka nam perspektywa dołów.
Bezdyskusyjnie zmiana jest bardzo duża, jeśli chodzi o jakość. Jasne, nie zwraca się jeszcze uwagi na detale na przykład taktyczne, ale to przyjdzie z czasem.
Wracając do Wisły, przychodziłeś do klubu jako spory, ale nieoszlifowany talent. Tak duży przeskok, z czwartego poziomu prosto do Ekstraklasy, nie nastąpił zbyt szybko?
Przechodząc do Wisły, nie byłem gotowy do gry w Ekstraklasie, to nie ulega wątpliwości. Nie mam jednak wrażenia, że piłkarsko to był dla mnie za duży przeskok. Radziłem sobie. Fizycznie na pewno wyraźnie odstawałem, to był spory problem.
Gdybyś mógł cofnąć czas, co byś zrobił inaczej?
Więcej pracowałbym właśnie nad fizycznością. Arkadiusz Głowacki przestawał mnie jedną rączką na treningach. Dużo dał mi pobyt na wypożyczeniach, gdzie przeszedłem przemianę z chłopca w mężczyznę. Po powrocie do Wisły byłem już gotowy pod względem fizycznym, mentalnym i piłkarskim. Zajęło mi to 3 lata…
W zaistnieniu w Wiśle pomogła Ci też słynna afera z Vanną Ly.
Nie ma co tego ukrywać – pomogły mi kłopoty finansowe Wisły. Nie czułem się dobrze z tym, że korzystam z problemów klubu, ale tak było. W piłce często nieszczęście jednego jest szczęściem drugiego. Miało to wpływ na pewno na mój rozwój i grę w pierwszym składzie.
Paradoks polega na tym, że jeden z najgorszych momentów w najnowszej historii Wisły, był jednocześnie dla ciebie najlepszym momentem w barwach Białej Gwiazdy. Jak wyglądała od środka akcja ratunkowa klubu? Przebywałeś wtedy w Puszczy na wypożyczeniu, ale w trybie awaryjnym wróciłeś na Reymonta.
Gdy powróciłem do Wisły, to nie było prawie nikogo. Wielu chłopaków chciało odejść. Przyczyny były jasne i trudno im się dziwić, skoro przez pół roku nie dostawali pensji. To nie jest łatwe dla nikogo, ale mimo tego wszystkiego w klubie powstawała jedność. Trochę jak w rodzinie. Cała ta sytuacja wyłoniła dużo osób, dla których Wisła była więcej niż tylko klubem. To był dla nich dom i tak było też dla mnie. Ja akurat przyszedłem w fajnym dla siebie momencie, bo zacząłem w Puszczy regularnie zdobywać bramki. Niekoniecznie chciałem wtedy wracać, wiedząc o skali problemów finansowych. Trener Stolarczyk i Arkadiusz Głowacki, wtedy już dyrektor, mówili mi jednak, żebym się nie martwił o pieniądze, że wszystko będzie poukładane. Trochę niedowierzałem, ale faktycznie tak było. Zaufałem im, oni zaufali mi i mogę być tylko za to wdzięczny. Wreszcie dostałem swoją szansę.
Strzeliłeś hat-tricka z Koroną, trafiłeś w derbach, dokładałeś asysty. Wydawało się, że kariera w końcu nabiera właściwego tempa. Kolejna runda w twoim wykonaniu była już jednak dużo słabsza, a jakby tego było mało, pół roku przed końcem kontraktu zerwałeś więzadła. Czego zabrakło, by odegrać w Wiśle większą rolę?
Przede wszystkim regularności. Miewałem fajne momenty, po czym przytrafiały mi się dwa, trzy, cztery mecze przestoju, w których marnowałem sytuacje. Do tego wszystkiego ta nieszczęsna kontuzja…
Odkąd odszedłeś z Wisły, w Krakowie sporo się pozmieniało. Z ówczesnego składu w klubie ostał się tylko Vullnet Basha, który teraz jest dyrektorem sportowym oraz jeszcze Kamil Broda i Kacper Duda. Masz z nimi kontakt?
Nieszczególnie. Jeśli chodzi o obecną Wisłę, najczęstszy kontakt mam z Vullnetem. Z Kamilem Brodą raz na jakiś czas też wymienimy się wiadomościami. I to by było na tyle, jeśli chodzi o piłkarzy. Ale mam też kontakt z szefem ochrony.
Wygląda na to, że raczej nie pomożesz zbytnio trenerowi w analizie przeciwnika.
Czy nie pomogę? Nie zgodzę się. Myślę, że śmiało mógłbym coś podpowiedzieć trenerowi. Oglądam mecze Wisły co tydzień. Śledzę jej losy i liczę, że to będzie ten sezon, bo zaczęli go świetnie. Może lepiej by było dla nich, jakby odpuścili sobie puchar i skupili się na lidze (śmiech).
Przeciwko Wiśle grałeś czterokrotnie. Raz udało się ci się strzelić gola w barwach Podbeskidzia. Liczysz na poprawę tego bilansu w czwartek?
Oczywiście będę chciał pomóc zespołowi. Jeśli uda się golem, to super. Nie mam jednak Wiśle nic do udowodnienia. To nie zadziała na takiej zasadzie.
Tak czy inaczej, gola raczej celebrować nie będziesz.
Zdecydowanie nie.
Czujesz się spełnionym piłkarzem, czy jednak masz niedosyt i poczucie, że dało się wycisnąć z kariery trochę więcej?
Jeśli chodzi o zaangażowanie, nie mam sobie za dużo do zarzucenia. Skłamałbym jednak mówiąc, że jestem w stu procentach zadowolony z tego, co udało mi się osiągnąć. Można było wycisnąć więcej z tej mojej przygody z piłką. Meczów w Ekstraklasie w barwach Wisły, czy też strzelenia gola w debrach Krakowa nikt mi jednak nie zabierze. Tyle że mogło być tego więcej. Przeszkodziły mi kontuzje. Dwa razy zrywałem więzadła, przez co pauzowałem przez rok. Powrót do zdrowia po takim urazie nie jest prosty. Jak wróciłem na boisku po pierwszym zerwaniu, to było już w barwach Miedzi, byłem w życiowej formie – pięć goli i dwie asysty w pierwszych czterech meczach. Byłem w gazie, ale pech chciał, że po raz drugi puściły mi więzadła. Jako klub zrobiliśmy w tamtym sezonie awans, ale mnie osobiście bolała świadomość, że nie było mi dane przyczynić się do niego w większym stopniu. Ale też nie jest tak, że siedzę teraz i rozmyślam, że mogłem zrobić lepiej to albo tamto. Nie. Jestem zadowolony z drogi, którą przeszedłem. A to jeszcze nie koniec – jeśli zdrowie i forma pozwolą, mam przed sobą jeszcze kilka ładnych lat grania.
Sensacja w Bydgoszczy! Trzecioligowiec wyrzucił Wisłę z Pucharu Polski! [WIDEO]
Po pierwszej połowie chyba nikt nie spodziewał się takiego rezultatu. A jednak, bydgoski Zawsza koncertowo rozprawił się z Białą Gwiazdą wygrywając aż 4:1 i wyrzucając Wisłę z Pucharu Polski.
Mocne słowa Zielińskiego. „Jest mi zwyczajnie wstyd”
Korona Kielce odpadła z Pucharu Polski po porażce z drugoligową Chojniczanką. Trener Jacek Zieliński w mocnych słowach skomentował klęskę swojego zespołu.
Kolejna niespodzianka w Pucharze Polski! Jagiellonia poza rozgrywkami!
Jagiellonia miała potężną przewagę na boisku, ale to GKS Katowice świętuje awans do ćwierćfinału Pucharu Polski! Śląski zespół odprawił z kwitkiem Dumę Podlasia.
Miał potencjał na większe granie