Odnalazł
Romę w kiepskiej kondycji fizycznej i
psychicznej. W depresji. Po dwóch miesiącach kuracji postawił ją
na nogi.
W poprzedni piątek rozniósł Fiorentinę, która długo nie zamierzała opuścić
trzeciego miejsca. Już mu nikt nie zarzucił, że wygrywał tylko ze
słabymi. Po Frosinone, Sassuolo, Sampdorii, Carpi, Palermo i Empoli
siódma z rzędu ofiara niby miała klasę i renomę, ale wyglądała
jak niewinny baranek przy wygłodniałej wilczycy. Skończyło się
jak skończyło, ale mogło 6:1, a nawet 7:1 i to wcale nie przy
stuprocentowej skuteczności rzymian.
Dwie
drogi
Długimi
momentami grali porywająco. Skrzydłowi, szybcy niczym wystrzelone z
łuku strzały, trafiali tylko w środek tarczy. W pomocy było jak w
ulu, dużo ruchu, bieganiny i zamieszania, ale wszyscy pracowali na
równych prawach i każdy dokładnie wiedział, co ma robić.
Wreszcie obrońcy – jakby spokojniejsi i bardziej obliczalni niż
zdarzało się u Rudiego Garcii.
Z
Francuzem przez 2,5 sezonu bywało i bardzo dobrze, i dobrze, ale
pewnego poziomu nie dało się przeskoczyć. Zbyt był przywiązany
do pewnych nazwisk i schematów i choćby nie wiadomo co, nie
zamierzał od nich odstępować. Elastyczności nie miał za grosz.
Jeśli Roma miała zagrać na tak, to każdy wiedział jak. Czytało
się w niej jak w otwartej książce, którą co silniejsi rywale
zamykali rozbawieni na długo przed ostatnim rozdziałem. Natomiast
jeśli Roma się bała, to stawiała w bramce autokar, z którego
wyrzucała od czasu do czasu najszybszych pasażerów, jak Gervinho
czy Juan Iturbe. Kto pamięta dwumecze z Bayernem Monachium w
poprzednim sezonie i Barceloną w tym, przyzna, że źle się na to
patrzyło. I źle się kończyło.
Największa
różnica na korzyść Spallettiego polega na tym, że on ma pomysły,
a nie jeden pomysł na drużynę i nie boi się konfrontacji. Jeśli
jest przekonany do konkretnej idei, to odstawi na bok Francesco
Tottiego lub Edina Dżeko i będzie dążył do jej realizacji.
Tymczasem Garcia wszystkich chciał mieć za przyjaciół. To owszem
tworzyło pozytywny klimat, ale nie poprawiało wyników. Spalletti
wybrał trudniejszą i bardziej ryzykowną (wrogowie, których ma,
tylko czekają na jego potknięcie) drogę: budowanie atmosfery przez
wyniki, będą zwycięstwa to będzie OK. I jest OK.
Fałszywa
dziewiątka
Trudno
też nie oprzeć się wrażeniu, że piłkarze Garcii dreptali w
miejscu. Zupełnie się nie rozwijali. Gervinho jak przyszedł z
Anglii szybki i denerwująco bezradny pod bramką, tak w
nienaruszonym stanie odszedł do Chin, kosztujący fortunę Iturbe
też pozostał tylko sprinterem. To dwa najbardziej wyraziste
przykłady, ale było ich więcej. Spalletti z pewnością
wykrzesałby z nich dużo więcej. Już w Udinese wprowadził na
wyższą półkę Antonio di Natale, Vincenzo Iaquintę, Sulley Alego
Muntariego czy Davida Pizarro. Podczas pierwszego pobytu w Romie dał
nowe oblicze Simone Perrotcie, Amantino Manciniemu czy Rodrigo
Taddeiemu – piłkarzom wcześniej kompletnie niedocenianym i prawie
anonimowym. Teraz coraz wyżej pomaga się wspinać Mohamedowi
Salahowi, Stephanowi El Shaarawy’emu czy Diego Perottiemu.
Chwaloną
za wyniki Romę już można z czystym sumieniem komplementować za
styl. To także znak rozpoznawczy Spallettiego. Takie piętno
odcisnął podczas pierwszego pobytu, trwającego przeszło cztery
lata. Tylko dwóch trenerów utrzymało się w rzymskim siodle
dłużej: Nils Liedholm oraz Fabio Capello. I akurat z tymi
nazwiskami wiążą się dwa z trzech tytułów mistrzowskich w
historii.
Pierwsza
drużyna Spallettiego nie była zwycięska, ale piękna. Rozkochała
w sobie wielu Włochów i nie tylko Włochów. W mrocznym okresie
przed i po calciopoli była powiewem świeżości. Między grudniem
2005 roku a lutym roku następnego odniosła jedenaście ligowych
zwycięstw, ustanawiając rekord wszech czasów, później pobity
przez Inter. W jej grze chodziło o rozmach, ofensywę, taktyczne
nowinki, by nie powiedzieć, że rewolucję. To Spalletti na dużą
skalę wprowadził do włoskiego futbolu pozycję fałszywej
dziewiątki, czyli kogoś skutecznego jak środkowy napastnik, ale
bardziej z cechami ofensywnego pomocnika. Tottiemu było w to graj.
Sezon 2006-07 zakończył z 26 ligowymi golami, tytułem króla
strzelców, co także pozwoliło mu założyć Złotego Buta. Tak
wysoko ustawionej poprzeczki raczej nigdy nie przeskoczy Perotti,
który na razie posadził na ławce Dżeko.
Jeszcze
wyżej
Gdyby
jeszcze dodać próby Spallettiego wskrzeszenia dawnego Perrotty w
dzisiejszym Radji Nainggolanie, który biega więcej do przodu i
bliżej bramki rywala niż do tyłu, to można by wysnuć wniosek, że
w swoich pomysłach jest wtórny. Być może, ale skuteczny i
konsekwentny. I to przecież dopiero początek drogi, którą
zamierza kroczyć do połowy 2017 roku, a do tego czasu poprawić
wcześniejsze osiągnięcia. Z Romą trzy razy został wicemistrzem
Włoch i dwa razy awansował do ćwierćfinału Ligi Mistrzów.
W
tym sezonie jedno i drugie to raczej misja niewykonalna. Na rewanż
do Madrytu pojechał po pochwały za styl i odwagę, czego Roma
wcześniej nie miała. Wrócić z Santiago Bernabeu, gdzie zresztą
łysy trener już wygrywał, z podniesioną głową to cel jak
najbardziej do zrealizowania. A później pozostanie tylko Serie A.
Bez wątpienia kusi patrzenie przed siebie za Napoli i Juventusem.
Jeśli po najbliższych trzech kolejkach z Udinese, Interem i Lazio,
stopnieją straty do wicelidera, Roma może mierzyć wyżej. W innym
przypadku trzeba bronić ostatniego miejsca na podium.
Tomasz
Lipiński
ARTYKUŁ UKAZAŁ SIĘ RÓWNIEŻ W NAJNOWSZYM NUMERZE TYGODNIKA „PIŁKA NOŻNA”