Walczącej do ostatnich sekund meczu Wiśle Płock nie udało się przełamać. Podopieczni Macieja Bartoszka zanotowali dziewiąty mecz z rzędu bez zwycięstwa, lecz remis i jeden punkt odniesiony z Jagiellonią jest dla nich na wagę złota, bo trafienie wyrównujące z ich strony padło w ostatniej akcji mecz.
Dla Macieja Bartoszka to był gorzko-słodki debiut. (fot. 400mm.pl)
14 lutego 2020 roku. Wówczas Wisła Płock różnicą jednego gola pokonała Lecha Poznań (1:0). Jednocześnie było to – jak dotąd – ostatnie ekstraklasowe zwycięstwo. Od tamtego czasu po dziś dzień minęło ponad dwa miesiące, w trakcie których „Nafciarze” rozegrali dziewięć ligowych meczów, z czego tylko trzy z nich zremisowali, a w pozostałych sześciu ponieśli porażkę.
W związku z niepokojąco słabą formą kierownictwo płockiego klubu postawiło dokonać roszady na stołku trenerskim. Radosława Sobolewskiego zastąpił Maciej Bartoszek. Efekt nowej miotły – przynajmniej na razie – nie zadziałał w pełni. Wisła pod wodzą Bartoszka w dalszym ciągu nie przełamała się, choć pokazała charakter, walczyła do samego końca, co poskutkowało doprowadzeniem do wyrównania w ostatniej akcji.
Wynik spotkania został otwarty w trzydziestej piątej minucie, kiedy to Damian Rasak w środkowej strefie boiska stracił futbolówkę na rzecz Martina Pospisila. Czech przebiegł z piłką przy nodze kilkadziesiąt metrów i obsłużył prostopadłym podaniem rozpędzonego na skrzydle Macieja Makuszekwskiego, a ten natychmiast zagrał w pole karne, gdzie kontratak skutecznie wykończył Jesus Imaz.
Jagiellonia podwyższyła prowadzenie do dwóch goli w sześćdziesiątej minucie. Imaz oddał strzał z bliskiej odległości, lecz strzegący dostępu do bramki Krzysztof Kamiński wykazał się refleksem i zdołał odbić piłkę, która na jego nieszczęście trafiła wprost pod nogi wbiegającego Bartosza Bidy. Futbolówka po jego uderzeniu odbiła się od wewnętrznej strony słupka i zatrzepotała w siatce.
Płocczanie usiłowali odrobić bramkowe straty, lecz za każdym razem brakowało im skuteczności i szczęścia pod bramką Xaviera Dziekońskiego. Strzelecka niemoc została przełamana dopiero w siedemdziesiątej dziewiątej minucie. Mateusz Szwoch oddał bezpośredni strzał z rzutu wolnego. Gdyby nie lekceważąca postawa Dziekońskiego, który zbagatelizował uderzenie, piłka nie odbiłaby się od słupka i nie przekroczyłaby linii bramkowej.
W osiemdziesiątej piątej minucie Jesus Imaz mógł postawić przysłowiową kropkę nad „i”. Mógł, co więcej, nawet to zrobił, bo wygrał pojedynek sam na sam z Kamińskim i po raz drugi skierował piłkę między słupki, lecz jak wykazała analiza poczyniona przez VAR, w momencie podania Hiszpan znajdował się na ofsajdzie.
A przecież – jak wiadomo – niewykorzystane sytuacje lubią się mścić. Nie inaczej było i tym razem. W piątej minucie doliczonego czasu gry Wisła doprowadziła do wyrównania. Alan Uryga oddał mocny strzał po ziemi tuż sprzed pola karnego. Dziekoński nie miał szans na skuteczną interwencję.
Kolejny brak zwycięstwa w wykonaniu Wisły sprawia, że w dalszym ciągu nie może ona być spokojna jeśli chodzi o ligowy byt. Na pięć kolejek przed końcem sezonu „Nafciarze” plasują się na trzynastej pozycji z sześciopunktową przewagą nad strefą spadkową. Niewykluczone jednak, że sposób, w jaki Bartoszek i Spółka skompletowali jeden punkt, stanie się swego rodzaju momentem przełomowym i podziała na nich mobilizująco w kontekście walki o utrzymanie.
Po tym, jak negocjacje między Zagłębiem Lubin a Rakowem Częstochowa ws. wykupu Leonardo Rochy zakończyły się fiaskiem, „Miedziowi” ruszyli na poszukiwania nowego snajpera. Padło na dwukrotnego reprezentanta Węgier.
Michał Synoś znajdował się w kręgu zainteresowań polskich oraz zagranicznych klubów. 18-letni stoper podjął już decyzję, gdzie będzie występował od sezonu 2026-27.