Ten tytuł należy jeszcze traktować dosłownie i banalnie. Do wymiaru symbolicznego może dopiero urosnąć. Niewykluczone, że już w sobotę. Wszystko w mocy i rękach Bartłomieja Drągowskiego.
W meczu z Napoli Drągowski otrzyma szansę poprawienie swoich notowań w Fiorentinie.
Gdyby wyjechał ze stadionu San Paolo z czystym kontem, gdyby zatrzymał Napoli, byłby kimś. Wreszcie dałby sobie szansę na zaistnienie w lidze, w której niby jest już trzeci sezon, ale jakby ciągle go w niej w ogóle nie było.
AFRONT Z LAFONTEM
Bronił od przypadku do przypadku, nie pozbywając się na dłużej niż dwie kolejki pozycji numeru 2 w Fiorentinie. Działo się tak tylko wtedy, kiedy jedynka zasłużyła na wcześniejsze wakacje i odpuściła ostatnią kolejkę, zobaczyła czerwoną kartkę lub doznała kontuzji. W sumie pięć meczów (plus dwa w Pucharze Włoch), w tym tylko dwa całe na 79 możliwości. Nie na to liczył bramkarz porównywany do Wojciecha Szczęsnego lub z racji przynależności klubowej do Artura Boruca, a wliczając jeszcze Rafała Wolskiego i Jakuba Błaszczykowskiego czwarty Polak w klubie z Florencji.
Jeśli nie wydarzy się nic niespodziewanego, z Napoli zagra dlatego, że uraz wyeliminował Albana Lafonta. Niezły afront Drągowskiemu uczynili działacze z tym transferem Lafonta. Po odejściu Marco Sportiello do Frosinone z pewnością narobił sobie nadziei na dużo więcej w nowym sezonie, a tu nagle jak grom z jasnego nieba spadł młodszy o dwa lata i wart 8 milionów euro ciemnoskóry Francuz, rodem z Burkina Faso. Starszym i bardziej doświadczonym jakoś jeszcze nie wstyd było ustępować, ale młodszemu, prawie juniorowi to już trochę głupio. A chociażby zapłacona słona cena za Lafonta to jemu wskazywała pierwsze miejsce w kolejce do bramki.
Ten fakt musiał dać dużo do myślenia Polakowi. Skoro przez dwa lata nie zdobył zaufania i trenerzy postawili na młodszego, to znaczyło, że stanął przed murem, którego nigdy już nie przeskoczy. Zatem nie warto przed nim dłużej stać i czekać w nieskończoność, lepiej go ominąć i zdecydować się na zmianę otoczenia. Niewykluczone, że nosił się z takim zamiarem, ale napotkał drugi mur: nikt nie chciał go wykupić za kwotę zbliżoną do zapłaconej przez Fiorentinę, która też nie zamierzała go wypożyczać, z kolei jakąkolwiek własną inicjatywę naszego bramkarza blokował ważny do 2021 roku kontrakt.
W drugiej kolejce (mecz z Sampdorią w pierwszej został przełożony) zgodnie z wszystkimi znakami usiadł na ławce, w trzeciej podniósł się z niej w przerwie. I to było to wejście Smoka, bo też takim przydomkiem ochrzciła go klubowa szatnia (drago to po włosku smok). Nie puścił gola z Udinese, choć tradycyjnie o lekkie drżenie serca przyprawiało kibiców każde jego wyjście do dośrodkowań. W tym sezonie, który na razie specjalnie dla bramkarzy w Serie A udany nie jest, został jedynym z grona 24 broniących ze statusem niepokonanego. Na razie o tym statystycznym fakcie cichuteńko, ale Napoli mogłoby go wykreować na prawdziwego bohatera. Lub zepchnąć w czeluście rezerwy. Zapowiada się najważniejszy sprawdzian w jego karierze. Ile to już historia futbolu zna takich przypadków, że kontuzja lub pech jednego utorowały drugiemu drogę do wielkiej kariery? Spektakularny występ pozwoliłby puścić w niepamięć wszystko inne: to, że ktoś był droższy, bardziej doświadczony, miał większe nazwisko czy osiągnięcia. Miałby swoje pięć minut, które mógłby przeciągnąć w miesiące.
NIE TEN AUTOBUS
Zadebiutował 16 miesięcy temu. Tak się dzieje nie tylko we Włoszech, że w ostatniej kolejce sezonu na plan pierwszy wskakują statyści i 28 maja 2017 roku Drągowski, który nie miał żadnych szans na wygranie rywalizacji z Rumunem Ciprianem Tatarusanu, zaliczył swój pierwszy raz. Na kolejną ligową okazję czekał aż do kwietnia tego roku, kiedy Sportiello w siódmej minucie wyleciał z boiska z czerwoną kartką. Piłkarze Lazio oddali sześć strzałów i zdobyli cztery bramki. Statystycznie więc tamten występ rezerwowego należało ocenić raczej nisko i tak został we Włoszech oceniony, ale wrażenie pozostało takie, że mógł zrobić więcej tylko przy jednym golu. To było zdecydowanie bardziej pechowe popołudnie niż nieudane.
Dyskwalifikacja Sportiello pozwoliła utrzymać miejsce w składzie i w przegranym 0:1 meczu z Sassuolo należał do najlepszych w zespole. Z sześciu strzałów obronił pięć, uchronił przed wyższą porażką, a skapitulował tylko po uderzeniu Matteo Politano, bliźniaczo podobnym do tego Michała Janoty z meczu Arka – Zagłębie Sosnowiec. Mimo to trener Stefano Pioli nie zburzył na koniec sezonu obowiązującej hierarchii i do bramki wrócił Sportiello, którego w ostatniej kolejce mocno poturbował Franck Kessie z Milanu. Bramkarz jakoś dotrwał do przerwy i poprosił o zmianę. Drągowski z San Siro przywitał się wynikiem 1:2, a pożegnał 1:5. Na koniec poprzedniego sezonu jego bilans w Serie A chluby mu nie przynosił: 4 mecze i 10 goli, średnia 2,5.
W świetle tych liczb Fiorentina wydaje się autobusem, który wywiózł go w zupełnie innym kierunku od zamierzonego. Optymistyczny plan zakładał wywalczenie w ciągu dwóch sezonów miejsca w składzie i dzięki regularnym występom na obczyźnie zbliżenie się do reprezentacji Polski. Tymczasem o pierwszej kadrze ciągle marzy, a co gorsza stracił pewny grunt pod nogami w młodzieżowej. Najpierw koło nosa przeszły mu ubiegłoroczne młodzieżowe mistrzostwa Europy. Niby w drużynie Marcina Dorny był jednym z najmłodszych, ale też najbardziej obytych z dorosłym futbolem, a tymczasem z bramki wygryzł go ówczesny pierwszoligowiec, pozornie wróbelek przy takim orle jak on, Jakub Wrąbel.
Nic to, przecież w tej kategorii wiekowej czekał go jeszcze jeden turniej. Eliminacje zaczął u Czesława Michniewicza na pierwszym miejscu w protokole meczowym i taki stan obowiązywał w meczach z Gruzją i Finlandią. Później zjechał na pozycję 12 i na siedząco śledził grę Tomasza Loski. Wreszcie przestał być wpisywany gdziekolwiek, bo Kamil Grabara wdarł się przed bramkarza Górnika Zabrza, który na pocieszenie zachował dystans przed Drągowskim.
Te dwa lata z okładem we Florencji mimo wszystko nie może nazwać czasem straconym. Był to czas pokory, której – każdy to powie – Drągowskiemu trochę się przydało. Zebrał wiele trudnych i bolesnych doświadczeń. Śmierć Davide Astoriego podczas marcowego zgrupowania przed meczem z Udinese, w którym także uczestniczył, nauczyła chyba najwięcej. A z tego, ile nauczył się jako bramkarz, w sobotę przeegzaminuje go starszy o trzy lata Arkadiusz Milik.