Rządzący hiszpańską piłką od wybuchu pandemii powtarzali, że liga musi zostać dokończona. Żadna z ważnych postaci nie zająknęła się nawet o możliwości przedwczesnego zamknięcia sezonu. Nieugięta postawa i brak wątpliwości sprawiły, że Primera Division wraca jako druga z czołowych lig Europy.
LESZEK ORŁOWSKI
Sukces, bo tak to trzeba nazwać, ma dwóch ojców i jedną matkę. Inaczej niż to na ogół bywa w życiu, w tej historii kobieta zamiast skłócić przyjaciół, pogodziła wrogów. Ową damą jest sekretarz do spraw sportu (w randze ministra) Irene Lozano, a panami prezydent RFEF Luis Rubiales oraz szef La Liga Javier Tebas – jak się wydawało śmiertelni wrogowie. Gdyby swoim zwyczajem w trakcie procesu reaktywacji futbolu rzucali sobie kłody pod nogi, nic by z tego nie było, na pewno by się nie udało. Jednak pani Lozano wzięła koguciki za łeb i kazała zapomnieć o starych waśniach. 19 kwietnia trzy strony zawarły pakt i pozostały wierne jego ustaleniom, dzięki czemu już w czwartek Liga Santander wznowi rozgrywki. Prasa hiszpańska od razu po tym, jak ukazały się zdjęcia Tebasa i Rubialesa ściskających sobie prawice napisała, że pani Lozano powinna dostać pokojowego Nobla. Coś w tym jest…
Kolejne etapy powrotu do treningów opisywaliśmy w „Piłce Nożnej”. Tak jak wszędzie: najpierw wykonano testy zawodnikom i członkom sztabów trenerskich oraz medycznych. Ujawniono ośmiu aktywnych posiadaczy koronawirusa oraz 160 właścicieli przeciwciał, którzy bezobjawowo przeszli zakażenie. Wszyscy oni dostali oczywiście pozwolenie na treningi, do których z czasem wróciła i owa ósemka.
Oczywiście pozostaje pytanie, czy zawodnicy z grupy, która zwalczyła wirusa, będą wytrzymywali mecze tak jak pozostali, czy szybciej nie dopadnie ich zmęczenie? Lekarze, na przykład w Barcelonie, gdzie jest pięć takich przypadków, nie są pewni. To się dopiero okaże w trakcie rozgrywek.
Dalej też było tak jak wszędzie: piłkarze trenowali indywidualnie, potem w małych grupach, w większych, by wreszcie wznowić zajęcia w pełnych składach. Ponieważ w różnych częściach kraju, z uwagi na odmienne sytuacje epidemiologiczne, obowiązywały różne fazy powrotu do normalności, przez pewien czas miała miejsce niezdrowa sytuacja, że na przykład zawodnicy klubów z Andaluzji mogli już trenować w grupach, a ci z Madrytu i Katalonii, gdzie wirus trzymał się najmocniej, jedynie indywidualnie. Gdyby to się miało dłużej utrzymać, start rozgrywek był zagrożony. Na szczęście minister zdrowia, długo sprzeciwiający się wznowieniu rywalizacji, zmienił zdanie i poszedł futbolowi na rękę znosząc w odniesieniu do zawodowych piłkarzy obostrzenia.
Tak jak wszędzie, nie wszyscy uczestnicy futbolowego przedsięwzięcia wykazali się dyscypliną i olejem w głowie. Najgłośniejszy był wybryk kilku zawodników Sevilli: Evera Banegi, Franco Vazqueza, Lucasa Ocamposa i Luuka de Jonga. Pod koniec maja, gdy dopuszczalne były zgromadzenia nie przekraczające dziesięciu osób, spotkali się z partnerkami i przyjaciółmi w liczniejszym gronie na ogrodowym koktajlu, a jedna z pań wrzuciła zdjęcie do sieci. Czterech niemądrych piłkarzy zapłaciło kary, a następnego dnia zostało skierowanych na indywidualne treningi; ciekawe, czy ten incydent znajdzie odzwierciedlenie w składzie Nervionenses na czwartkowe derby Sewilli?
Kolejne testy nie wykazały już nowych zakażonych. Premier Pedro Sanchez ogłosił, że Primera i Segunda mogą grać od 8 czerwca. Ostatecznie stało się tak, jak umyślił sobie Tebas, czyli liga zostanie wznowiona derbami Sewilli w Boże Ciało. Długo brakowało oficjalnego komunikatu w tej sprawie, gdyż szef La Liga czekał na ostateczne meldunki o gotowości bojowej ze strony klubów.
Problem z kontraktami
Wszystko wskazuje na to, że do 30 czerwca rozgrywki będą toczyły się zgodnie z napiętym planem, zakładającym, że mecze odbywają się codziennie: jedna kolejka od piątku do poniedziałku, a następna od wtorku do czwartku. Natomiast co stanie się później, tego w tej chwili nikt nie jest w stanie przewidzieć. Hiszpanie, z charakterystyczną dla siebie beztroską, nie zadali sobie trudu by przed wznowieniem rywalizacji definitywnie rozwiązać problem wygasających 30 czerwca kontraktów wielu piłkarzy, uznając, że można przecież zrobić to jutro (maniana).
FIFA wprawdzie zaproponowała automatyczne przedłużenie umów futbolistów do końca sezonu, jednak przecież każdy kraj ma swoje prawo pracy, ważniejsze od wytycznych dowolnej międzynarodowej korporacji. Z zaleceń futbolowej centrali niewiele więc sobie robią futboliści oraz ich agenci.
W Hiszpanii panuje w temacie prawie absolutna cisza. Przebiła się przez nią tylko informacja o sporze między Valencią a Ezequielem Garayem, któremu kontrakt właśnie z końcem miesiąca wygaśnie. Wygląda na to, że wszyscy odkładają rozwiązanie swoich problemów na ostatnią chwilę. A będą one olbrzymie. Czy zawodnik już dogadany z innym klubem zaryzykuje odniesienie kontuzji w okresie, gdy z nikim nie jest związany umową? Ile oraz co sobie zażyczy za kilka dodatkowych występów?
Nie mniejsze zamieszenie niechybnie wyniknie w kwestii zawodników wypożyczonych, których cesje kończą się 30 czerwca. Każdy właściciel danego piłkarza będzie kombinował, czy dalsza jego gra w klubie, do którego jest wypożyczony, będzie korzystna, czy wręcz przeciwnie? Na lipiec jest zaplanowanych sporo „konfliktowych” meczów (patrz ramka). Jedyne co FIFA może w tej materii ustalić, to fakt, iż zawodnik nie będzie mógł po 30 czerwca zagrać w innym klubie niż ten, w którym grał dotychczas w bieżącym sezonie, co jednak nie rozwiązuje wszystkich problemów.
Co to będzie, co to będzie? Aż strach pomyśleć. Ależ mądrzy są ci Niemcy, którzy wznowili ligę wcześniej i zakończą ją jeszcze w czerwcu.
Innym przewidywanym, a właściwie to już istniejącym kłopotem, jest plaga kontuzji wynikająca z pospiesznego łapania formy oraz nierównego stopnia przygotowania zawodników w momencie wznowienia treningów; to oczywiste, że nie wszyscy z jednakową starannością wykonywali prace domowe w okresie kwarantanny. Urazy podczas treningów zdarzały się zawsze, ale przeważnie były marginesem. Teraz w trakcie trzech pierwszych tygodni treningów 28 zawodników z 14 zespołów doznało rozmaitego rodzaju kontuzji. Spośród nich 19 to urazy mięśniowe, a 9 – wynikłe ze starć z kolegami. Ponad połowa wszystkich przypadków dotyczy mięśni uda.
A może jednak z widzami?
Nie tylko w Polsce rozmaici włodarze dumają, czy nie dałoby się jednak jeszcze w tym sezonie wpuścić widzów na trybuny. W Hiszpanii, jak już napisaliśmy, restrykcje znoszone są nierównomiernie. Na Wyspach Kanaryjskich nie ma już od dawna nowych zakażeń, prowincja znalazła się w fazie trzeciej wychodzenia z pandemii, nie występują więc przeciwwskazania do organizowania imprez masowych. Prezydent drugoligowego UD Las Palmas (Segunda Division idzie tym samym szlakiem, co Primera), Miguel Angel Ramirez oświadczył, że nie oglądając się na resztę na mecze swego klubu sprzeda bilety i wpuści widzów. – La Liga nie ma prawa zabronić nam tego – wypalił. W jego tropy poszedł prezydent Realu Oviedo, Arturo Elias i zakomunikował, że jeśli Asturia, gdzie epidemia też wygasła, znajdzie się w fazie trzeciej, na co się zanosi, to uczyni podobnie. Władze Galicji zakomunikowały, że kluby z tego regionu mogą zapraszać widzów; szefowie Celty od razu zaczęli o tym myśleć już w kontekście meczu 28. kolejki z Villarrealem. W innych hiszpańskich klubach, które na pewno nie będą miały takiej możliwości, podniosły się głosy oburzenia. Najlepiej oddaje to wypowiedź zawodnika Alcorcon, Carlosa Pomaresa: – Wszyscy gramy w tej samej lidze i powinniśmy mieć takie same warunki.
Zdaje się, że sprawa zostanie rozstrzygnięta na szczeblu rządowym. Skoro dyrektor Centrum Koordynacji Alertów i Zagrożeń, de facto szeryf walki z epidemią Fernando Simon (zbiegiem okoliczności noszący takie samo nazwisko jak polski ekspert Krzysztof Simon i cieszący się podobnym autorytetem) powiedział, że wpuszczenie widzów tylko na niektóre stadiony nie byłoby sprawiedliwe, to media spekulują, iż niebawem pani Lozano wyda dekret nakazujący w całym kraju rozgrywanie do końca sezonu meczów bez widzów.
Nie jest też zresztą bynajmniej pewne, że po wakacjach (wedle wstępnych planów 19 września), liga wszędzie wróci już z pełnymi stadionami. Jest propozycja, by do końca roku 2020 wpuszczać na obiekty jedynie 30-50% frekwencji, a dopiero od 1 stycznia 2021, jeśli oczywiście nie nastąpi nawrót pandemii, zezwolić na sprzedaż kompletu biletów. Niektóre kluby już dziś informują swoich abonentów, że za niewykorzystaną część karnetów na ten sezon, dostaną zniżkę na karnet na rozgrywki 2021-22.
Wedle wstępnego porozumienia między RFEF, La Liga i AFP – związkiem zawodowym hiszpańskich piłkarzy, po wznowieniu rozgrywek, ze względu na letnie upały, miało nie być meczów w środku dnia. Jednak już na pierwszą kolejkę zaplanowano spotkania o 13.00 i w sobotę, i w niedzielę. Tebas uspokaja tłumacząc, że układając plany poszczególnych weekendowych kolejek, jego ludzie będą kierowali się prognozami pogody i tylko w wypadku korzystnych przewidywań, czyli umiarkowanych temperatur w danym regionie, wyznaczą mecze na tę porę, a jeśli okaże się poniewczasie, że jednak grzeje za mocno, spotkania będą przekładane na 17. Ciekawa to koncepcja, bo przecież o 17 jest zwykle jeszcze bardziej gorąco, niż o 13… Większość meczów będzie zaczynała się o 19.30 oraz o 22.00. Sądząc po rozpisce dwóch pierwszych kolejek, 22. została zarezerwowana dla gigantów La Liga.
Skoro jesteśmy przy kwestii godzin i miejsc rozgrywania meczów, trzeba odnotować, iż dwa kluby Primera Division nie będą zapraszały gości na te stadiony, na które zapraszały ich zwykle.
Florentino Perez na wieść o wstrzymaniu rozgrywek natychmiast przystąpił do prac na Santiago Bernabeu, który przechodzi obecnie gruntowny remont. Od razu zapadła decyzja, że jeśli liga zostanie wznowiona bez widzów, to sześć pozostałych meczów domowych odbędzie się na Estadio Alfredo di Stefano, głównym boisku ośrodka treningowego Valdebebas, znajdującego się tuż przy lotnisku Barajas. Został zbudowany w 2006 roku, boisko ma identyczne wymiary jak to na Santiago Bernabeu (105×68), dokładnie taka sama jest również hybrydowa nawierzchnia, co było bardzo istotne dla piłkarzy, a na trybuny wchodzi 6 tysięcy kibiców, co oczywiście w obecnej sytuacji jest faktem o małym znaczeniu.
Levante za kwotę 17 milionów euro wymienia właśnie dach na Estadio Ciutat de Valencia, zbudowanym w 1969 roku i od tego czasu w zasadzie nie remontowanym. Jest nadzieja, że prace zostaną skończone przed inauguracją sezonu 2020-21. Istniało kilka pomysłów na to, gdzie drużyna Paco Jemeza będzie podejmować gości. W grę wchodził stadion treningowy w ośrodku Villarrealu oraz Estadio Castalia w Castellon. Ostatecznie wybór padł na świeżo zbudowany Estadio Olimpico Camilo Cano w niewielkiej miejscowości La Nucia położonej niedaleko Alicante.
Derby Sewilli na początek
Piłkarze wrócą do boju 11 czerwca, by zafiniszować 19 lipca. Tak więc 110 spotkań zostanie rozegranych w zaledwie 39 dni! W Segunda Division także do zakończenia jest 11 kolejek, ona też planuje skończyć regularny sezon tego samego dnia, zaś do 2 sierpnia potrwają baraże o awans do Primera. Jeśli wszystko potoczy się zgodnie z planem…
Tak jak Bundesliga wróciła słynnymi derbami między Borussią a Schalke, tak La Liga serwuje na początek danie zupełnie wyjątkowe, jakim jest starcie dwóch ekip ze stolicy Andaluzji. Tak jak i w przypadku starcia rozgrzewającego niemieckich fanów, tak i w Hiszpanii od razu pierwszego dnia otrzymamy odpowiedź na pytanie, czy wszystko może potoczyć się zgodnie z planem. Chodzi oczywiście o kibiców. Jeśli fani z Sewilli zdecydują się obejrzeć mecz swych drużyn w domach, jeśli nie wyjdą na ulice by urządzić sobie jakąś dogrywkę, to już chyba przy okazji żadnego innego spotkania nie przyjdzie to im do głowy. Obawa nie jest wydumana, odnosił się do tej kwestii Monchi w ostatnim wywiadzie przed Gran Derbi. – To nie czas na kaprysy, pokazywanie, kim jesteśmy. Zostańmy w domach – mówił, dowodząc jednocześnie, że dla Sevilli derby z Betisem już dawno przestały być najważniejszym meczem sezonu, gdyż jej ambicje sięgają znacznie dalej niż panowanie w mieście; czwartkowe starcie jest po prostu pierwszym z jedenastu, które mają doprowadzić Sevillę do Ligi Mistrzów. Wcześniej niemiło pod adresem lokalnego rywala odezwali się były prezydent Jose Maria del Nido oraz trener i dyrektor Joaquin Caparros (- Betis ma się tak do Sevilli, jak Sevilla do Barcelony); Monchi oraz obecny sternik musieli schładzać temperaturę zapewniając o pełnym szacunku dla lokalnego rywala.
Trener Betisu Rubi już dawno powiedział, że dzięki starannemu podejściu do zagadnienia treningu zawodników podczas zamknięcia chce zyskać przewagę nad rywalami, a następnie wykorzystać ją, by osiągnąć na mecie sezonu siódme miejsce i zagrać po wakacjach w pucharach. Mecz z lokalnym rywalem od razu pokaże, czy te ambicje mają uzasadnienie. – Mamy skład, mamy siłę by osiągnąć cel – głośno mówi stoper Zou Feddal. W tygodniu przed derbami najgłośniej było o tym, że napastnik Borja Iglesias w proteście przeciwko rasizmowi pomalował sobie paznokcie na czarno.
Dodajmy, że przez owe 39 dni ciężko pracować będą nie tylko piłkarze. Od 12 czerwca codziennie o godzinie 14 będzie zbierał się Komitet Rozgrywek, by rozpatrywać na bieżąco wszelkie sprawy dyscyplinarne.
Zdrowie i choroby hegemonów
Nie ma sensu silić się na żadne proroctwa odnośnie tego, kto jak będzie grał i punktował po wznowieniu sezonu na podstawie głosów dochodzących z poszczególnych klubów. Niemniej tematu wyścigu o mistrzostwo między Barcą a Realem nie można tu pominąć. Na starcie Katalończycy posiadają dwa punkty przewagi, a ściślej półtora, bo bilans bezpośrednich spotkań lepszy mają Los Blancos.
W ramce prezentujemy kalendarz gier gigantów. Jest on w miarę równoważny. Podobnie kształtuje się także sytuacja kadrowa ekip. W obu przerwa sprawiła, że wrócili kontuzjowani napastnicy, aczkolwiek nie wszyscy. Zinedine Zidane dysponuje obecnie zarówno Edenem Hazardem, który nie grał przez trzy miesiące, jak i Marcosem Asensio, nieobecnym przez dziesięć miesięcy. Francuski trener zatem zapewne będzie dokonywał licznych zmian na pozycjach skrzydłowych, bo przed zatrzymaniem sezonu w znakomitej dyspozycji był Vinicius, a Lucas Vazquez, Rodrygo, jak również Gareth Bale, trenowali ponoć nienagannie i są niezwykle głodni gry. Natomiast zabraknie przez jakiś czas Luki Jovicia, który w Serbii spadł ze ściany na piętę i ją sobie uszkodził oraz Mariano Diaza, który także wrócił z domu niezdrów. Tak więc Benzema nie będzie miał dublera.
Barcelona świętuje powrót do zdrowia Luisa Suareza. Gdyby nie koronawirus, walczyłaby o tytuł bez niego. Jednak na tym nie koniec dobrych wieści związanych z napastnikami. Oto w zadziwiającej formie fizycznej stawił się Martin Braithwaite. Duńczyk pracował w domu o wiele ciężej niż inni, nie zamierza za darmo oddawać miejsca w jedenastce, nawet samemu El Pistolero. Ponadto Leo Messi nie zdecydował się skorzystać z opcji rozwiązania kontraktu z Barcą. W jego umowie widniała taka opcja, z tym, że winien był zgłosić swój zamiar przed 1 czerwca, a nie uczynił tego. Jednak jego kontrakt wygasa już za rok, w czerwcu 2021 roku, więc niebawem rozpocznie się telenowela związana z przedłużeniem.
Nie będzie łatwo dojść do porozumienia, gdyż Barcelona po prostu nie ma obecnie pieniędzy. Potrzebuje jak najszybciej zarobić na transferach 70 milionów euro, tymczasem brakuje chętnych, by zapłacić odpowiednie kwoty za zawodników przeznaczonych do sprzedaży: Coutinho, Semedo, Vidala i Todibo. Oczywiście cały czas prasa pisze o transferach do klubu, wciąż najczęściej o Lautaro Martinezie, ale na razie zakupy są mrzonkami. Zawodnicy zostali poproszeni o zrzeknięcie się kolejnych procentów swoich zarobków. Mimo że prezydent Bartomeu osobiście się do nich pofatygował, niczego w tym temacie nie wskórał.
Wszystko wskazuje na to, że o ile w Realu piłkarze podczas finiszowego sprintu będą myśleć wyłącznie o grze, o tyle w Barcelonie na czoło wysunie się niebawem kwestia przyszłości klubu. Jeśli ktoś chce z tego faktu wyciągać wnioski co do zdobywcy mistrzowskiego tytułu, to oczywiście może.
Przy wielu niewiadomych pewne jest jedno: zaczyna się 39 niezwykle gorących, dosłownie i w przenośni, dni. Już w czwartek wszyscy wielbiciele hiszpańskiego futbolu wpadną w trans. Ciekawe, jakie będzie wybudzenie?
Real Madryt obserwuje pomocnika. To piłkarz z Serie A
Real Madryt monitoruje rynek transferowy w poszukiwaniu wzmocnień na nowy sezon. Na radarze Królewskich znalazł się zawodnik jednego z włoskich zespołów.