Jest przynajmniej jedna rzecz gorsza od rewolucji zapowiedzianej na trzy miesiące przed końcem sezonu. To rewolucja permanentna. Pierwsza przechodzi w drugą, druga w trzecią i końca nie widać, podobnie jak zwycięzców. Wokół tylko ofiary. Jak w Milanie.
Który jest oczywiście także w stanie permanentnego kryzysu. Ligi Mistrzów nie oglądali tam od 2014 roku, europejskie puchary by były nawet w tym sezonie, ale za bałagan finansowo-organizacyjny UEFA cofnęła przepustkę uzyskaną na boisku. Teraz miało być lepiej pod każdym względem, a zapowiada się, że będzie gorzej. Nikłe nadzieje na wejście do szóstki i powalczenie o finał Pucharu Włoch prawdopodobnie rozwiały publiczne pranie brudów i przecieki o nowym rozdaniu. No bo jak zmotywować trenera i większość piłkarzy do osiągnięcia celu, kiedy właściwie już pracują na wymówieniu? Owszem, są profesjonalistami, więc powinni zasuwać bez względu na okoliczności. Ale czy piłka nie jest piłką, nawet jeśli spuści się z niej powietrze?
Dwa wywiady Na pierwszym froncie calcio toczy wojnę z koronawirusem. Tam są rzucone największe siły i środki, co nie przeszkadza prowadzić walk na innych odcinkach. Inter starł się z władzami ligi, w Romie szykują się do zmiany właściciela, a w Milanie rozgorzała wojna domowa. Po jednej stronie stanął Ivan Gazidis, po drugiej Zvonimir Boban. Obaj wysokiej rangi funkcjonariusze klubowi. Zarządcy, zatem mocni nie tylko w gębie. Sekundantami pierwszego zostali obecni właściciele Paul i Gordon Singerowie, którzy udzielili kredytu Li Yonghongowi, ale kiedy Chińczyk zalegał ze spłatą już pierwszej raty, to przejęli jego aktywa. Czyli Milan. To stało się w lipcu 2018 roku. W grudniu zatrudnili Gazidisa, który przez 9 lat pracy w Arsenalu Londyn zdobył pozycję bardzo sprawnego i cenionego menedżera korporacyjnego. Boban – wiadomo światowa marka. Jeden z piękniejszych symboli Milanu. Po karierze świetny ekspert telewizyjny i dobrze rokujący działacz FIFA. Stamtąd ściągnął go Paolo Maldini, panowie Singer otworzyli drzwi do klubu zatrzaśnięte jeszcze przez Adriano Gallianiego i posłali w dyrektory.
Boban pojawił się niedługo przed rozpoczęciem sezonu. Powierzenie funkcji trenera Marco Giampaolo, co było autorskim pomysłem Maldiniego, uważał za błąd, który już wspólnymi siłami naprawili w październiku. Kiedy po zmianie kierowcy, Milan niespecjalnie przyspieszył, zaprosili do pedałowania pod górę Zlatana Ibrahimovicia, z którego jak na razie trudno, żeby byli niezadowoleni. I liczyli na ostry finisz. Następnie na dołożenie kolejnych cegiełek w planie odbudowy Milanu.
Bo tak wedle wyobrażenia Bobana miał wyglądać podział ról w klubie: dla finansisty, ale futbolowego dyletanta, Gazidisa planowanie budżetu, budowa stadionu, szeroko rozumiana organizacja, natomiast dla dwóch dawnych kolegów z boiska – piłkarski human reaserch: trenerzy, kontrakty, transfery. Nie docenił Gazidisa, który uzbrojony po zęby przez Singerów, nie zamierzał ani niczym się dzielić, ani przed nikim ustępować. To on wymyślił, że Milan zatrudni Ralfa Rangnicka. Taka informacja od kilku tygodni krążyła między
Włochami a Niemcami, podawały ją bardziej lub mniej wiarygodne źródła, ale nikt nie potwierdzał, więc równie dobrze można było ją traktować na zasadzie zwykłej plotki albo jedną z dopuszczalnych i rozważanych opcji. Nic pewnego.
Na wszelki wypadek, żeby uspokoić lekko wzburzone wody i uciszyć niebezpieczny szum medialny, Gazidis udał się do redakcji „La Gazzetta dello Sport” w celu udzielenia wywiadu, w którym opowiadał, jak to z Bobanem i Maldinim świetnie się rozumieją i wiosłują w tym samym kierunku. Jeśli się spierają, to na zasadzie burzy mózgów. Że nie ma żadnej umowy z Rangnickiem i Stefano Pioli cieszy się pełnym poparciem. Był 22 lutego. Minął tydzień i na łamach tego samego dziennika, dodajmy najpoczytniejszej i najbardziej opiniotwórczej gazety w Italii, Boban wystawił Gazidisa na pośmiewisko. Ubierając swoje wypowiedzi w zgrabne i eleganckie formułki, zarzucił mu ewidentne kłamstwo. Zdradził, że decyzja o zatrudnieniu Niemca właściwie została już podjęta i to podjęta jednoosobowo, a im została po prostu zakomunikowana. Bez żadnej konsultacji i dyskusji. Tak ma być i tak będzie. Koniec, kropka. – Był to całkowity brak kultury i szacunku dla nas – żalił się prasie Boban. – Myślałem, że w Milanie będziemy zjednoczeni, ale tylko tak myślałem…
Udzielając tego wywiadu, Chorwat podpisał na siebie wyrok. Adwokaci pracują nad rozwodem i wszystkimi jego konsekwencjami. Przesądzony został także los dyrektora sportowego Frederica Massary. Raczej na pewno z końcem sezonu dymisję złoży Maldini. Gazidis postawi na swojego faworyta, w którym widział już sukcesora Arsene’a Wengera w Arsenalu, ale tam trafił na mocną opozycję, która przeforsowała kandydaturę Unaia Emery’ego i dlatego odszedł, zatem postawi go na polu oczyszczonym z wszystkich poddających w wątpliwość nowy projekt.
Tani i młody To będzie piąta rewolucja na przestrzeni dwóch lat. Na czele pierwszej stanęli panowie Singer pod rękę ze sprawującym funkcję dyrektora generalnego Brazylijczykiem Leonardo, którzy trenerowi Gennaro Gattuso sprezentowali Gonzalo Higuaina. Po odstrzeleniu Argentyńczyka i przywitaniu Gazidisa, który zajął gabinet Leonardo, na scenę wkroczył wart 70 milionów euro duet Krzysztof Piątek – Paqueta. Zaprowadzili drużynę tylko o jedno miejsce i jeden punkt od Ligi Mistrzów, co i tak nie uratowało głowy Gattuso. Na przykładzie Giampaolo Maldini przekonał się, że w futbolu 2+2 nie zawsze równa się 4. W klubie, w którym roiło się od młodych piłkarzy z dużym potencjałem, trener umiejący w Empoli i Sampdorii zamienić wodę w wino wydawał się odpowiednim człowiekiem w odpowiednim miejscu. Pioli był przynajmniej obliczalny i ograniczał ryzyko, Ibrahimović dawał tak potrzebny w tych kryzysowych czasach kredyt zaufania u kibiców. Kiedy już tylko wypadało spokojnie poczekać na owoce czwartej rewolucji, Gazidis wszystko przed czasem wysadził w powietrze. Ibrę też posadził na beczce prochem i podpalił lont. W końcu szwedzki dinozaur tylko generował koszty i w dłuższej perspektywie by iinwestycją kompletnie nieopłacalną. Należało wydelejtować go z tabelki Excela.
Milan w zamysłach Gazidisa ma być tani i młody, z kadrą składającą się w większości z zawodników poniżej 23. roku życia. Takie zdrowe byczki głodne sukcesu, do którego mają dobiec na stosunkowo niewielkich porcjach paszy. 1,5 miliona euro będzie wynosił górny limit zarobków dla nowo zakontraktowanych piłkarzy. Co z tymi, którzy teraz dostają zdecydowanie więcej, jak Gianluigi Donnarumma z 6 milionową pensją czy Alessio Romagnoli z 3,5 miliona rocznie? Wydaje się, że menedżer, który sam kasuje klub na 4 miliony, nie będzie im robił przeszkód w odejściu. Zresztą o transferze bramkarza, który mógłby zasilić milanowe konto co najmniej 50 milionami euro, spekuluje się od dawna.
Filozofia Gazidisa w pełni pokrywa się z tą wyznawaną przez Rangnicka, który nigdy nie kupował gwiazd, zawsze je kreował, stąd ta miłość. W Schalke 04, Hoffenheim, Salzburgu i Lipsku miał status wizjonera i wielkiego budowniczego. Ottmar Hitzfeld oceniał, że rozwój niemieckiego futbolu w ostatnich dwóch dekadach to w dużym stopniu jego zasługa.
Po „zdradzie” Bobana i ujawnieniu zamiarów Gazidisa, co w oczach opinii publicznej ustawiło go w niewygodnej sytuacji – przede wszystkim jako osoby niewiarygodnej, ruszyła kampania ocieplania wizerunku Rangnicka. Pojawiała się narracja w stylu: nie zapominamy jeszcze o tym sezonie, nie grzebiemy go, ale gwarantujemy, że warto poczekać na to, co będzie. Na pewno się nie zawiedziecie.
Brak stabilizacji Rangnick to drugi Arrigo Sacchi. Niemiec, który zresztą też profesjonalnym piłkarzem nie był, zawsze nisko chylił głowę przed dokonaniami legendarnego trenera. – Nagrywałem każdy mecz jego Milanu. Analizowałem akcja po akcji. To, co on zrobił dla futbolu, było niewiarygodne – chwalił. Italianizował się też dzięki Zdenkowi Zemanowi, którego metody podpatrywał podczas letnich okresów przygotowawczych w Trentino, gdzie niby na wakacje zabierał żonę. A że na przełomie lat 80-tych i 90-tych XX wieku calcio górowało nad resztą futbolowej Europy, więc czerpał wzory od najlepszych. Ponoć równocześnie na tyle poznał język włoski, żeby w miarę swobodnie nim się posługiwać.
Że ten innowator i zarazem spadkobierca myśli Sacchiego wejdzie do Milanu, jest już właściwie przesądzone. Tylko nie wiadomo, w jakiej roli: zanosi się, że wejdzie w garnitur dyrektora sportowego, a do codziennej pracy z piłkarzami wyznaczy kogoś innego (wobec tego opcja z dalszym ciągiem trenera Piolego, choć mało realna, nie jest całkowicie wykluczona).
Projekt został obmyślony na 3 lata, w porywach do 4. Ambitna i zarazem mało realna to perspektywa. Gdzie jak gdzie, ale w wielkich klubach żadne pojęcie nie dewaluuje się tak szybko jak projekt. Wygrywasz – jesteś, przegrywasz – znikasz. W kolejce czeka następny. Trudno sobie wyobrazić, żeby przy pierwszych poważnych turbulencjach niemiecki pilot bezpiecznie wylądował i raz jeszcze wystartował. Tym bardziej że sami Singerowie sprawiają wrażenie tymczasowości. Żadne sentymenty z Milanem ich nie łączą, jedynie interesy. Ich fundusz nie jest od utrzymywania i prowadzenia firm, jest od wyciągania z kryzysu i podnoszenia wartości, a następnie sprzedawania z zyskiem. Kwestia ceny i z dnia na dzień pozbędą się tego trochę kłopotliwego klubu. A jeśli taki brak stabilizacji pojawia się już na samej górze, trudno, żeby nie był odczuwalny na niższych szczeblach. I na tym polega problem Milanu. Prawdopodobnie najważniejszy.
Tomasz LIPIŃSKI
TEKST UKAZAŁ SIĘ W NUMERZE 10/2020 TYGODNIKA „PIŁKA NOŻNA”