Koronawirus zbiera żniwo na wszystkich frontach. Wiele gałęzi gospodarki jest zamrożonych, co rusz dowiadujemy się o nowych obostrzeniach, firmy walczą o przetrwanie. A jak wygląda sytuacja finansowa w ligowych klubach?
PAWEŁ GOŁASZEWSKI
Kiedy w marcu rozgrywki ligi polskiej wyhamowały, wielu prezesów zastanawiało się jak związać koniec z końcem. Były obawy przed utratą świadczeń sponsorskich, a to oznaczałoby potężne dziury w budżetach. PKO Bank Polski Ekstraklasa jednak jako jedna z pierwszych lig w Europie wznowiła rozgrywki, co było znakomitą informacją dla wszystkich: prezesów – bo to oznaczało, że transze od największych sponsorów będą niezmiennie wpływały do klubowych kas; piłkarzy i trenerów – ponieważ mogli dokończyć rywalizację w formie sportowej, a nie przy zielonym stoliku; kibiców – gdyż mogli emocjonować się futbolem i przynajmniej na chwilę zapomnieć o kolejnych wynikach zakażeń COVID-19.
DZIEŃ MECZOWY
Od dziewięciu miesięcy sytuacja w futbolu na całym świecie nie jest kolorowa. Nawet tak wielkie kluby jak Barcelona były zmuszone do cięć wynagrodzeń. W Polsce nie było inaczej. Wiosną toczyła się głośna dyskusja na temat obniżki pensji piłkarzy, trenerów i innych pracowników klubowych. Zgodnie z uchwałą Ekstraklasy, obniżka miała obowiązywać do minimum pierwszego meczu ligowego w Ekstraklasie rozgrywanego jako impreza masowa z udziałem publiczności, jednak nie krócej niż do zakończenia sezonu rozgrywkowego 2019-20 lub do 30 czerwca 2020 – w zależności od tego, które z tych zdarzeń nastąpi później. Dzisiaj zatem piłkarze pobierają już sto procent wynagrodzeń (chyba że drużyna porozumiała się z władzami klubu inaczej), a widzów na trybunach znowu nie ma…
Kibice wrócili na trybuny w pierwszej kolejce rundy finałowej. Początkowo organizator mógł wpuścić na obiekt maksymalnie tyle osób, aby wypełnić 25 procent pojemności stadionu. Połowa trybun mogła być wypełniona od początku rozgrywek 2020-21. Wraz ze wzrostem zakażeń rząd ponownie zabronił obecności widzów na wydarzenia sportowe – nie tylko w sporcie profesjonalnym, ale także amatorskim. Nawet mecze dziecięce muszą odbywać się bez udziału kibiców.
– Obecnie imprez masowych nie ma, ale wydatki związane z najmem stadionu się utrzymały – mówi Agnieszka Syczewska, wiceprezes Jagiellonii Białystok. – Niezależnie od tego, czy mogliśmy wpuścić na stadion 25 czy 50 procent kibiców, i tak musieliśmy zgłosić spotkanie jako imprezę masową. Nasz klub zaczyna zarabiać na meczu, kiedy trybuny wypełnią się w co najmniej 50 procentach pojemności. W trakcie pandemii trzeba było dokładać z klubowej kasy do organizacji spotkań, bo koszty były praktycznie takie same jak przy otwartym całym stadionie. Trzeba przecież opłacić służby porządkowe, a do tego jeszcze zakupić środki dezynfekujące dla wszystkich widzów itp.
Według raportu firmy Deloitte, który został opublikowany kilka tygodni temu, w 2019 roku z dnia meczowego kluby odnotowały przychód na poziomie 88 milionów złotych (ważne: raport objął tylko 26 kolejek sezonu 2019-20, które odbyły się przed pandemią). To kwota o pięć milionów większa niż rok wcześniej, ale patrząc po frekwencji i ograniczeniach, z którymi zmagamy się od marca, w 2020 roku będzie olbrzymi spadek w tym sektorze. Inna sprawa, że tylko Legia, Lech i Wisła Kraków przekroczyły kwotę 10 milionów złotych z tytułu dnia meczowego. Niektóre kluby, na przykład Zagłębie, Piast, Pogoń, Raków czy Wisła Płock, nie przekroczyły nawet 2 milionów złotych, a często koszty organizacji spotkania były większe niż przychód, ale koniec końców każda drużyna wyszła na plus. Przynajmniej w teorii.
Syczewska: – Jagiellonia w ostatnich latach notowała przychód średnio pomiędzy 4 a 6 milionów złotych ze sprzedaży biletów i karnetów. W dodatku klub dotknęło zamknięcie galerii handlowych, ponieważ nasz sklep klubowy znajduje się właśnie w galerii. Musieliśmy wzmocnić sprzedaż online, ale zdajemy sobie sprawę, że nie będziemy w stanie nadrobić tej straty, choć grudzień jest miesiącem żniw w handlu, to już po pierwszej fali pandemii widzieliśmy, że jest mniej osób w galeriach. W porównaniu do 2019 roku odnotujemy stratę w sklepie, ale nie jesteśmy pod tym względem wyjątkiem. Każdy sprzedawca powie to samo.
RYNEK TRANSFEROWY
Porównując budżety klubów, które prezesi deklarowali przed rundą wiosenną 2020, a rundą jesienną 2020, tylko trzy kluby podały niższe kwoty (źródło: Skarby Piłkarskie Ekstraklasy tygodnika „Piłka Nożna”). Mowa o Cracovii, Legii i Wiśle Płock. Największą różnicę podali mistrzowie Polski, którzy w teorii mieli w kasie o 10 milionów złotych mniej w porównaniu do poprzedniego sezonu. Inna sprawa, że kluby czasami tuszują prawdziwy stan finansów. Przed obecnymi rozgrywkami przy tworzeniu Skarbu Piłkarskiego napotkaliśmy na sytuację, gdy klub X „dostosował” budżet do klubu Y, a dokładniej chciał podać po prostu większy. Jak częsta jest to praktyka?
Polskie kluby często muszą ratować budżety sprzedażą zawodników, aby wszystko się spięło. Spójrzmy na przykład Michała Karbownika – mówiło się, że może ustanowić rekord Ekstraklasy, a Brighton zapłaciło za niego zaledwie 5,5 mln euro, czyli o połowę mniej niż za Jakuba Modera z Lecha. Kilka tygodni wcześniej taka sytuacja wydawała się nie do pomyślenia, ale brak awansu do fazy grupowej Ligi Europy postawił mistrzów Polski w niekorzystnej pozycji negocjacyjnej.
Ogólnie jednak pod względem transferów wychodzących w minionym oknie liga polska nie wypadła źle. Jak podaje portal transfermarkt. de przychody wyniosły 38,995 mln euro, a wydatki 4,475. Rekordowy do tej pory był sezon 2019-20, w którym przychody były o trzy miliony euro większe, ale przed nami jeszcze okno zimowe, a kilka perełek (na przykład Jakub Kamiński i Tymoteusz Puchacz z Lecha) może spowodować, że rekord znowu zostanie pobity. Pod względem wydatków sytuacja jest jednak zupełnie inna. Polskie kluby z reguły więcej wydają latem niż zimą, a porównując obecny sezon do poprzedniego, jest to kwota trzykrotnie mniejsza. Trudno będzie się także zbliżyć do wyników z pięciu jeszcze wcześniejszych sezonów, a o pobiciu rekordu z okien transferowych rozgrywek 2010-11 nawet nie ma mowy.
Spadek wydatków jest ogólnym trendem światowym. Sekretarz generalny PZPN, Maciej Sawicki, poinformował na Twitterze, że latem europejskie kluby wydały 40 procent mniej pieniędzy (około 3,9 mld euro) na transfery niż rok wcześniej. Jest to kwota na poziomie okna z lata 2015 roku. Tradycyjnie najwięcej pieniędzy wydały kluby angielskie, a osiem z nich wyprzedziło wszystkie inne kluby w Europie.
ORGANIZACJA
Co pół roku polskie kluby wyjeżdżają na zgrupowania, aby odpowiednio przygotować się do rozgrywek. Latem zazwyczaj wybierają ośrodki w kraju, zimą – zagraniczne, co wiąże się z kolejnymi kosztami. Pandemia jednak mocno pokrzyżowała plany, choć i tak jedenaście ekstraklasowych drużyn udało się na kilkudniowe obozy w różnych częściach Polski. Nie pojechały jedynie: Cracovia, Górnik, Legia, Śląsk i Wisła Kraków. Latem jednak ograniczenia w przemieszczaniu były mocno poluzowane, ale zimą sytuacja może być zupełnie inna.
Władze Ekstraklasy poinformowały, że rozgrywki wrócą do gry w ostatni weekend stycznia. Zawodnicy będą mieli zatem nieco ponad miesiąc przerwy, a prezesi już głowią się nad tym, czy ich drużyny polecą na zimowe zgrupowania. – Decyzję podejmiemy na dniach, ale jeśli zdecydujemy się na obóz zagraniczny, będziemy musieli zorganizować lot czarterowy, a to wiąże się z dodatkowymi wydatkami. Do tej pory korzystaliśmy z lotów rejsowych, więc koszty były zdecydowanie mniejsze – tłumaczy wiceprezes Jagi.
Zaostrzone przepisy sanitarne również działają na niekorzyść finansową klubów. Piłkarze muszą mieć zapewnione większe przestrzenie, a to wiąże się z kolejnymi kosztami, na przykład jeśli chodzi o transport i szeroko pojętą logistykę. Czesław Michniewicz w rozmowie z TVP Sport przyznał, że zawodnicy nie korzystają z szatni, ale przebierają się w pokojach w Legia Training Center, sztab nie prowadzi odpraw grupowych, a pokazuje wszystko na boisku, posiłki zawodnicy i sztab jedzą o różnej porze, aby zwiększyć przestrzenie pomiędzy osobami.
Kluby są także zobligowane do wykonywania regularnych badań. – Na same testy przeznaczamy co miesiąc około 100 tysięcy złotych, a do tego należy doliczyć jeszcze inne działania, na przykład zakup środków dezynfekujących – tłumaczy Syczewska. – O stratach w tym roku nie chcę jeszcze mówić, bo sytuacja jest bardzo dynamiczna. Najważniejsze, że gramy, to powoduje, iż mamy regularne wpływy od sponsorów i z tytułu praw telewizyjnych.
PARTNERZY I SPONSORZY
Wczesną wiosną bardzo dużo mówiło się o tym, że największe umowy sponsorskie mogą być renegocjowane z uwagi na wstrzymanie rozgrywek. Na szczęście dla klubów zarówno nadawcy telewizyjni, jak i sponsor tytularny rozgrywek nie zmieniły warunków, które były zapisane w umowie.
– Nie zmieniliśmy wysokości świadczeń, a nawet nie przyszło nam do głowy, aby renegocjować umowę z Ekstraklasą – mówi Mariusz Chłopik, dyrektor do spraw marketingu sportowego PKO Banku Polskiego. – Jako PKO Bank Polski braliśmy czynny udział w odmrażaniu futbolu w Polsce. Jesteśmy pewni, że chcemy się związać z Ekstraklasą na wiele lat. Pandemia koronawirusa jest zdarzeniem losowym, takie zdarzenia nie powinny wpływać na relacje pomiędzy partnerem a sponsorem. Oczywiście o ile pozwala sponsorowi na to sytuacja finansowa, bo wiadomo, że każdy przypadek trzeba traktować osobno. Kiedy w marcu rząd zadecydował o wstrzymaniu rozgrywek, byłem w stałym kontakcie z prezesem Ekstraklasy S.A. Marcinem Animuckim oraz wiceprezesem Marcinem Mastalerkiem. Odbyliśmy wiele rozmów, były zapytania, jak podchodzimy do tej sytuacji. Odpowiadaliśmy, że spokojnie czekamy na rozwój wydarzeń. Odmrożenie polskiej ligi nastąpiło bardzo szybko, dograliśmy sezon do końca, więc nie musieliśmy renegocjować umowy. Tu na pewno trzeba podziękować stronie rządowej, PZPN i Ekstraklasie za sprawne zajęcie się tematem. Nie chcieliśmy z nikim się przerzucać na maile, nowe zapisy w umowie itp. Po to zostaliśmy partnerem tytularnym, aby być partnerem ligi grającej, a nie zamrożonej, dlatego mocno włączyliśmy się w działania, aby wznowić rozgrywki po przymusowej wiosennej przerwie.
Kilka zasad współpracy pomiędzy PKO Bankiem Polskim a Ekstraklasą zostało jednak zmienionych. Sponsorowi tytularnemu rozgrywek przysługują bilety na wszystkie mecze na wszystkich stadionach na najwyższym poziomie rozgrywkowym w Polsce. Z wiadomych przyczyn z tego punktu umowy PKO Bank Polski nie mógł korzystać, a w zamian za to wynegocjował między innymi dłuższy czas na bandach reklamowych dookoła murawy czy dodatkowe świadczenia w internecie.
– W zeszłym roku mieliśmy 300 milionów złotych ekwiwalentu jako partner tytularny rozgrywek. Był to absolutny rekord, jeśli chodzi o polską ligę. Kiedy rozgrywki zostały zamrożone, postawiliśmy mocno na działania w internecie. Zdecydowaną część tej kwoty udało nam się uzyskać właśnie z sieci. Dzisiaj internet jest dla nas pierwszym dostawcą wartości mediowej PKO Banku Polskiego w kontekście Ekstraklasy. Nie jest to telewizja, radio czy prasa. Patrząc przyszłościowo: kluby bardziej powinny oglądać się na to, co dzieje się z młodzieżą. Prezes Liverpoolu powiedział kilka tygodni temu, że jego najpoważniejszym przeciwnikiem dzisiaj nie jest Manchester City Pepa Guardioli, ale gra Fortnite. Badania pokazują, że jedna trzecia milenialsów (osoby urodzone w obecnym tysiącleciu – przyp. red.) nie interesuje się piłką, kilkanaście procent jej nie lubi, a dwadzieścia procent 13-14-latków w ogóle nie chce się nią interesować. Za kilka lat podobnie będzie w Polsce, więc warto już dziś myśleć o przyszłości, by nie obudzić się, kiedy wyprzedzą nas inne dyscypliny – wyjaśnia Chłopik.
W przypadku mniejszych sponsorów umowy w wielu klubach były renegocjowane, ponieważ na przykład sprzedana loża nie mogła pełnić swojej funkcji. Inna sprawa, że nawet w tak trudnych czasach Legia i Lech pozyskały bardzo silnych partnerów w postaci firm Plus500 oraz AliExpress. Kontrakt mistrzów Polski z Plus500 jest rekordowy w skali kraju.
Obecna umowa PKO Banku Polskiego z Ekstraklasą wygasa wraz z końcem obecnego sezonu. Co dalej? – Na razie nie podjęliśmy negocjacji w sprawie nowej umowy, ale myślę, że niedługo powinny się rozpocząć. Nasze świadczenia mamy wyliczone z tytułu liczby meczów, więc cierpliwie czekamy na to, jakie warunki przedstawi Ekstraklasa i co my będziemy mogli jej zaproponować. Podchodzimy do tego bardzo spokojnie. Z moich obserwacji wynika, że sponsorzy wcale nie chcą wykorzystać sytuacji z koronawirusem i przekazują klubom kwoty, jakie przekazywaliby w normalnych warunkach. Spójrzmy na Legię i Lecha, które związały się z wielkimi firmami. Grupa Masspex podpisała nową umowę z PZPN w przypadku Pucharu Tymbarku. Obecna rzeczywistość jest stratą dla jednych, a szansą dla drugich. Futbol jest tak nośnym i masowym sportem, że nie spodziewałbym się wielkiego odpływu sponsorów. W takich chwilach człowiek przekonuje się, z jakimi ludźmi współpracuje i na kogo może liczyć w trudnych momentach. Jako PKO Bank Polski rośniemy w części sponsoringowo-marketingowej, a wraz z nami rośnie Ekstraklasa. Od ponad dwóch lat wzajemnie uczymy się siebie – kończy Chłopik.
TEKST UKAZAŁ SIĘ W TYGODNIKU „PIŁKA NOŻNA (NR 48/2020)
Po tym, jak negocjacje między Zagłębiem Lubin a Rakowem Częstochowa ws. wykupu Leonardo Rochy zakończyły się fiaskiem, „Miedziowi” ruszyli na poszukiwania nowego snajpera. Padło na dwukrotnego reprezentanta Węgier.
Michał Synoś znajdował się w kręgu zainteresowań polskich oraz zagranicznych klubów. 18-letni stoper podjął już decyzję, gdzie będzie występował od sezonu 2026-27.