Rok temu znokautowali wszystkich. Teraz o tytuł musieli walczyć do ostatniej kolejki, a mimo to Pep Guardiola twierdzi, że dorobił się mocniejszej drużyny. W tej sytuacji fatalną informacją dla rywali Manchesteru City jest deklaracja Katalończyka, że w kolejnej edycji The Citizens będą jeszcze mocniejsi.
ZBIGNIEW MUCHA
Angielski wyścig był pasjonujący. Liverpool i Man City wywalczyły – odpowiednio – 97 i 98 punków. Wyższa liczba oznacza drugi najlepszy rezultat w historii Premier League. Lepiej spisała się tylko ekipa… City – rok temu, gdy zgarnęła 100 oczek; 19 więcej od wicemistrza zza miedzy, 25 od Liverpoolu.
Guardiola jest przekonany, że nigdy w karierze żaden tytuł nie przyszedł mu z taką trudnością. Kolejne mistrzostwo Anglii często wisiało na włosku, a nawet wydawało się nieprawdopodobne. Przecież pierwszy raz w tym roku, The Citizens na fotelu lidera rozsiedli się dopiero po 29 kolejce i wygranej w Bournemouth, ale prowadzenia nie oddali już do końca. Maszyna zacięła się w sumie czterokrotnie, Liverpool doznał tylko jednej porażki w sezonie, ale jakże ważnej, bo właśnie z City. Choć wielu życzyło po prawie 30 latach tytułu The Reds, czerwony kolor wciąż nie może się przebić przez niebieski. Ten – dzięki MC, Chelsea i Leicester – pozostaje królewską barwą już od sześciu lat.
– Od początku poprzedniej edycji wywalczyliśmy 198 punktów i obroniliśmy tytuł, to był dla nas niesamowity sezon. Żeby zdobyć mistrzostwo potrzebowaliśmy 14 zwycięstw z rzędu, cały czas walcząc na czterech frontach. Zdawaliśmy sobie sprawę, że nie możemy stracić ani jednego punktu. Dokonaliśmy czegoś wielkiego… Kiedy mieliśmy 7 punktów straty do Liverpoolu, tłumaczyliśmy sobie, że sezon jest długi i trzeba zachować spokój, ale to było bardzo trudne… Następny sezon będzie jeszcze trudniejszy, ale my również będziemy silniejsi – zapewnia trener roku w Premier League.
– Też uważam, że obecny Man City jest mocniejszy od tego sprzed roku. Przede wszystkim zespół ustabilizował formę na niebotycznie wysokim poziomie. Od początku sezonu wyglądali na ekipę zdolną do walki na czterech frontach i to na wysokim szczeblu, możliwie jak najdłużej. Ale znamienne są przy tym słowa samego Guardioli, który zaznaczył, że to nikt inny, tylko Liverpool tak bardzo zmobilizował jego drużynę – mówi Rafał Nahorny, komentator Premier League w Canal+ Sport.
Nie tylko Vinnie
Ten znaczony efektownym finiszem, ale i piekielnie trudny sezon miał swoje przełomy. Jeszcze pod koniec grudnia The Reds cieszyli się z 10 punktów przewagi. W praktyce co prawda niby 7, bo rywale mieli mecz zaległy, lecz i tak przewaga wydawała się gigantyczna. Potem jednak Man City właściwie przestał się mylić i zaczął odrabiać straty w ekspresowym tempie. Od porażki z Newcastle (29.1) już do końca rozgrywek ligowych niebieski walec zanotował 14 kolejnych wygranych.
Kluczowy był oczywiście mecz w przedostatniej kolejce z Leicester i gol w końcówce Vincenta Kompany’ego, piłkarza-symbolu współczesnego City. Piłkarza, który był przy pierwszym tytule w 2012, był przy kolejnych – 2014 i 2018, i w końcu dołożył cegłę do ostatniego mistrzostwa. Strzelił zwycięskiego gola, huknął w samo okienko z prawie 30 metrów. Przerażeni jego decyzją Kun Aguero i Raheem Sterling, krzyczeli: Vinnie, nie rób tego. W Premier League od 2008 roku, czyli od kiedy w niej występuje, nie zdobył gola zza pola karnego, od 2013 roku nie uderzył celnie w światło bramki. Chwalił się, że na treningach robił to często, ale nie brzmiał wiarygodnie, a kumple tego nie potwierdzali. Ta bramka była z gatunku rzeczy „typowych dla City”. Tak często powiadają ich kibice, gdy wspominają o niezwykłych wydarzeniach – zarówno wpadkach, jak i sukcesach, a pojemność owej nieprzewidywalności jest szeroka. „Typowy dla City” może być więc gol Kompany’ego, jak i zdobycie oraz stracenie ponad 100 bramek w jednym sezonie, a tak też w historii klubu się zdarzało. W każdym razie 1:0 z Leicester prócz milowego kroku do tytułu oznaczało również, że w drugim z rzędu sezonie piłkarze z Etihad przynajmniej raz wygrali z każdym ligowym rywalem. Poprzednio taka sztuka udała się Preston. W XIX wieku.
Swoją wagę miał oczywiście bezbramkowy remis na Anfield, kiedy niepocieszony, ale wyjątkowo wówczas pragmatyczny Pep, wyzbył się marzeń o pięknej grze, stawiając na konkret i zmieniając ustawienie 1-4-3-3 na 1-4-2-3-1. Jednak naprawdę kluczowe okazało się domowe zwycięstwo nad Liverpoolem, oznaczające jedyną porażkę orkiestry Kloppa w rozgrywkach. Przed spotkaniem LFC był pierwszy, miał serię dziewięciu wygranych, MC – dopiero trzeci, z siedmiopunktową stratą do lidera. To zwycięstwo zmieniło wszystko.
29 mm do sukcesu
W sukurs chłopcom Guardioli przychodziła nawet technologia. To system goal line nie uznał – słusznie – bramki Sadio Mane w spotkaniu z mistrzami Anglii (słynna interwencja Johna Stonesa!), zaliczył natomiast trafienie Aguero na Turf Moor w kolejce numer 36. Piłka przekroczyła wówczas linię bramkową o 29 mm, ale to wystarczyło, by wygrać jedną bramką z Burnley. Argentyńczyk okazał się znów wielkim liderem. W pewnym momencie rozgrywek osiągnął wysokość przelotową i formę mistrzowską, w efekcie w piątej edycji PL z rzędu ustrzelił co najmniej 20 goli.
Nahorny: – Nie spuścili z tonu, mimo że przez bardzo długie fragmenty sezonu musieli sobie radzić bez najlepszego w ich szeregach przed rokiem, architekta tytułu Anno 2018, Kevina De Bruyne. Mieli też kłopoty z obsadą lewej obrony z uwagi na kontuzję Benjamina Mendy’ego, aczkolwiek zastępujący go często Ołeksandr Zinczenko na pewno nie był najsłabszym ogniwem. Podochodzono do niego ostrożnie, bo to jednak mniejsze nazwisko, gdzieś z Ukrainy, pozyskany za zaledwie 2 miliony euro, tymczasem naprawdę radził sobie nieźle. Generalnie ciężko wskazać ewidentnie najsłabsze ogniwo w zespole, wymagające natychmiastowej wymiany, podobnie jak nie będzie łatwo wyłuskać to zdecydowanie najsilniejsze. Niby jest fenomenalny Sterling, ale na drugim skrzydle nie ustępował mu wiele Bernardo Silva. Liczby ma oczywiście gorsze, ale to zupełnie inny typ – nie przebija się na boisku łokciami, pracuje częściej dla kolegów. Skrzydła to w ogóle była potężna broń mistrza Anglii. Dobrze wyglądał Riyad Mahrez, dopiero czwarty na liście Guardioli, który mówił, że aż przykro mu czasami było, gdy musiał wpuszczać z ławki takich zawodników jak Algierczyk czy Leroy Sane.
Niemniej symbolem Sky Blues zdaje się pozostawać David Silva. Hiszpan grał równo, rzadko kiedy zawodził. Przybył do klubu w 2010 roku, do niezłej drużyny, ale tylko niezłej, to znaczy takiej, która potrafiła przegrać z Lechem Poznań i która o tytułach dopiero mogła marzyć. Pozostał do dziś.
Czas wpuścić szczupaki
Co dalej? – Będą jeszcze silniejsi – również nie ma wątpliwości Nahorny. – Pep wydaje dużo, w tym roku pewnie wyda nawet bardzo dużo, ale wydaje z głową, na tych piłkarzy, na których mu zależy. Wzmocni zespół nie dlatego, że ten jest słaby, ale dlatego, że trzeba czasami wpuścić do stawu dwa, trzy głodne szczupaki, które narobią pozytywnego zamieszania. To warunek dalszego rozwoju. Nastąpią zapewne inwestycje w defensywę, może trzeba będzie poszukać dublera dla świetnego, ale już 34-letniego Fernandinho.
Co ciekawe, w pewnym momencie menedżer wpadł na pomysł skopiowania swojego dzieła z Barcelony, kiedy cofnął do obrony Javiera Mascherano. Podobnie zamierzał chyba uczynić z Fernandinho, ostatecznie działo się to przede wszystkim w sytuacjach, kiedy przechodził w trakcie gry na trójkę obrońców. Postęp w grze defensywnej dokonał się w tym sezonie niewątpliwie. Świetnie radził sobie Aymeric Laporte (pechowo – fatalny występ zdarzył mu się akurat w meczu decydującym o awansie do półfinału Champions League), który nawet jeśli musiał sporadycznie występować na lewej flance, też dawał radę. Ederson z kolei wybrany został przez kolegów-piłkarzy bramkarzem sezonu (raczej na wyrost, aczkolwiek wielką klasę zademonstrował już po ogłoszeniu wyboru), cały zespół stracił tylko 23 bramki, o cztery mniej niż w poprzednim sezonie.
A mimo to boss zamierza wzmacniać tyły – mówi się o zainteresowaniu Matthijsem de Ligtem, Harrym Maguirem czy Benem Chilwellem. Rodri mógłby docelowo zastąpić w drugiej linii Fernandinho, a 120 milionów odstępnego nie musi odstraszyć od zakupu Joao Felixa. W orbicie zainteresowań jest także Antoine Griezmann. Zmiany są nieuniknione, ponieważ kilku graczy może pożegnać Etihad, wśród nich: Danilo, Nicolas Otamendi, Ilkay Guendogan czy Fabian Delph, który chyba nieco podpadł menedżerowi po czerwonej kartce w pierwszym, przegranym meczu z Leicester. Nową umowę klub zaproponował Sane, lecz Niemiec nie kwapi się do złożenia podpisu. Po pierwsze – nie do końca jest zadowolony z roli w zespole, a po drugie – w ofertach może albo przebierać albo… skupić się na jednej, tej pochodzącej z Monachium.
Pożegnać przyjdzie się również z Kompanym i choć do decydujących rozmów miało dojść dopiero po finale FA Cup, to wzruszające chwile po meczu z Leicester, gdy Belg paradował po murawie z piątką swoich dzieci, były wymowne. I oto już wiadomo, że Kompany podpisał trzyletni kontrakt z Anderlechtem. W Brukseli ma być grającym trenerem. Kto zatem przejmie opaskę kapitańską? Być może Bernardo Silva. – On jest wyjątkowo silny, nikt nie zasługuje na opaskę bardziej od niego. Tyle że wiele razy mówiłem, że jest w 50 procentach liderem, a w 50 klaunem. Jeśli proporcje się zmienią i będzie liderem w 75, a klaunem tylko w 25, zostanie kapitanem – zawyrokował VK w rozmowie z „RMC Sports”.
Uszatka kontra śledztwo
Nie ma w Premier League bardziej elektryzującej drużyny od Liverpoolu, nie ma bardziej energetycznego menedżera od Juergena Kloppa, nie ma piękniejszego hymnu niż „You’ll Never Walk Alone” wybrzmiewający na Anfield. A jednak melodyjny i melancholijny „Blue Moon” też ma swój urok. Na razie w niebieskim Manchesterze panuje radość, bo uzupełnieniem mistrzostwa są puchary – Anglii i Ligi. Nikomu wcześniej nie udało się zdobyć Triple Crown, pod tym względem Obywatele są pionierami, a ich sukces został hojnie nagrodzony; do podziału drużyna dostała około 20 milionów euro.
O kolejnym fiasku podbicia Ligi Mistrzów lepiej szybko zapomnieć, zgodnie z zasadą: „pokażemy za rok”. Tyle że to akurat wcale nie jest takie pewne i to wcale nie z powodu wieloletniego już „defektu” Guardioli, który odkąd odszedł z Barcelony nie potrafi sięgnąć po uszatkę. Z Bayernem trzy razy wyhamował w półfinale, z City idzie mu jeszcze gorzej – 1/8 i dwa ćwierćfinały. Komentator „Guardiana” napisał, że być może Pep, znakomity w końcu strateg (w domyśle do wielkich kampanii), nie bardzo pasuje do rozgrywek pucharowych, kiedy o wyniku decyduje często detal, może przypadek, zwykła ludzka pomyłka.
Ale powód odłożenia na później planów podbicia Europy może być bardziej prozaiczny i groźny zarazem. Otóż klubowi grożą konsekwencje za rzekome łamanie zasad Finansowego Fair Play przez właściciela klubu, szejka Mansoura bin Zayeda. Przybył do Manchesteru pięć lat później niż uczynił to Roman Abramowicz w Londynie, ale jego działalność wydaje się bardziej spektakularna. Chelsea w erze przedabramowiczowskiej była mimo wszystko klubem wyżej notowanym – pod każdym, także sportowym względem – od City. Mansour wydał na potrzeby zespołu grubo powyżej miliarda euro, osiągnął wielkie sukcesy sportowe, ale właśnie nadchodzić może zaćmienie niebieskiego księżyca. Otóż sprytnymi zagraniami ów dżentelmen z Abu Zabi i członek rodziny królewskiej, nieudzielający żadnych praktycznie wywiadów i praktycznie niebywający na meczach swojej drużyny, miał wykorzystywać umowy sponsorskie do naginania zasad FFP (przypomnijmy – od 3 lat, czyli tylko w okresie pracy Guardioli na Etihad, klub zanotował około 300 milionów funtów deficytu wyłącznie z tytułu działalności transferowej). Od dłuższego czasu UEFA prowadzi śledztwo w sprawie tychże działań, a wszczęto je po publikacjach magazynu „Der Spiegel” opierającego się z kolei na materiałach Football Leaks. Jeśli potwierdzą się nieczyste zagrania, Manchesterowi grozi nawet roczne wykluczenie z rozgrywek europejskich. Według „New York Timesa” otwarte pozostaje pytanie: czy już w najbliższym, czy może dopiero następnym sezonie. Klub podchodzi spokojnie do tych rewelacji. Wydał oświadczenie, informując, że oskarżenia są całkowicie fałszywe, dowody jego uczciwości zostaną przekazane odpowiedniej komisji. Z kolei „Bild” donosi, że przeciwko klubowi osobne śledztwo prowadzą władze ligi angielskiej.
Ewentualne udowodnienie naruszania zasad FFP niosłoby znamiona recydywy; w 2014 roku Man City został już raz ukarany przez UEFA, wówczas tylko grzywną finansową. Ewentualny zamach na udział mistrza Anglii w Champions przyniósłby nie tylko wymierne straty finansowe, ale pozbawiłby szejka szansy na zrealizowanie ambicji numer 1, nawet jeśli jego trener ma inną gradację celów. – Nie przyjechałem tutaj, by wygrać Ligę Mistrzów chociaż wiem, że ludzie tak mówią… Chcę, by drużyna prezentowała styl, którego oczekuję – zapewniał czas jakiś temu Guardiola. Nie do końca ma rację. Choć znów był najlepszy w najlepszej lidze świata, to Mansour nie odpuści – Pep musi być najlepszy także w Europie.
TEKST UKAZAŁ SIĘ W OSTATNIM (21/2019) NUMERZE TYGODNIKA „PIŁKA NOŻNA”
Cole Palmer opuści Chelsea? Liam Rosenior stawia sprawę jasno
W ostatnim czasie w brytyjskich mediach pojawiło się sporo plotek łączących Cole’a Palmera z odejściem z Chelsea. Liam Rosenior, szkoleniowiec The Blues, przed dzisiejszym meczem Ligi Mistrzów z Napoli skomentował te doniesienia.